Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Finlandia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2013

Bez prozacu ani rusz - recenzja "Samotnego portu - miłość" Aku Louhimiesa








Polski tytuł filmu Aku Louhimiesa nie kłamie. "Samotny port – miłość" okazuje się tak depresyjny, że nie sposób oglądać go bez wsparcia tabletki prozaku.

Louhimies udowadnia, że w swoim spojrzeniu na świat znacząco różni się chociażby od Akiego Kaurismakiego. Twórca "Człowieka z Hawru" od początku kariery daje się poznać jako socjalistyczny marzyciel i dobrotliwy szaman, który swoimi filmami zaklina nieprzyjazną rzeczywistość. Louhimies, przeciwnie, pozuje raczej na demaskatora zbiorowych iluzji. W "Samotnym porcie…" fiński reżyser tworzy na ekranie wiarygodny portret umierającego raju

(...) Więcej na łamach Dziennika

czwartek, 18 października 2012

Samotność we dwóch - o „Robinsonach z Mantsinsaariii” Wiktora Asliuka



Już w dniach 26-28 października w Warszawie odbędzie się druga edycja jednej z najsympatyczniejszych imprez filmowych w Polsce- Bulba Movie.  Jednym z najciekawszych tytułów tegorocznego Festiwalu Filmów Białoruskich okażą się z pewnością "Robinsonowie z Mantsinsaariii” Wiktora Asliuka. Jakiś czas temu miałem przyjemność napisać kilka słów o tym filmie dla oficjalnej strony festiwalu.

W zrealizowanych w 2008 roku „Robinsonach z Mantsinsaariii” Witor Asliuk po raz kolejny dał wyraz fascynacji prowincjonalną rzeczywistością. (...)

W jednej ze scen Asliuk pokazuje wnętrze mieszkania Białorusina, w którym honorowe miejsce zajmują portrety Lenina i Łukaszenki. Chwilę później orientujemy się, że tuż obok nich wiszą również tandetne kobiece akty. Przedni wizualny dowcip przy okazji mówi bardzo wiele o charakterystycznym stylu Asliuka. Inaczej niż chociażby Wiktor Daszuk czy Jura Chaszczewadzki, twórca „Koły” nie ma w sobie temperamentu politycznego aktywisty. W swoim zwrocie w stronę pozornie błahej codzienności Asliuk wydaje się znacznie bliższy tendencji reprezentowanej w białoruskim kinie przez Halinę Adamowicz. Tak jak w filmach tej reżyserki, w „Robinsonach...” liczy się przede wszystkim kontemplacja surowej przyrody i towarzyszących życiu bohaterów rytuałów. Tylko chwilami wrażenie separacji od zewnętrznego świata w mieszkaniu Białorusina usiłuje zakłócić brzmienie starego radia. Kolejne trzaski psującego się sprzętu bardzo szybko zostają jednak zagłuszone przez ekspansywne odgłosy natury.

Wśród wszystkich zarejestrowanych w filmie dźwięków brakuje tylko jednego – głosu ludzkiej rozmowy. Historii opowiadanej w „Robinsonach...” dodaje smaczku fakt, że Białorusin i Fin nie utrzymują ze sobą kontaktu. Trudno przesądzić jakie okoliczności skłoniły bohaterów do przyjęcia tak desperackiej postawy. Asliuk nie próbuje być w tej kwestii dociekliwy, nie zasypuje staruszków gradem pytań. Decyduje się na milczącą akceptację ich tajemnicy. (....)

Więcej na portalu Bulba Movie


czwartek, 12 stycznia 2012

Kino, nostalgia i bracia Marx- rozmowa z Akim Kaurismakim



 Cinema Enchante przerywa noworoczne milczenie i powraca krótkim, lecz barwnym wywiadem z Akim Kaurismakim. Z reżyserem znakomitego "Człowieka z Hawru" zastanawiamy się, czy Jaruzelski miał szansę polubić braci Marx, rozważamy tezę o wyższości Finlandii nad Wyborową oraz przywołujemy to, co o życiu i śmierci miał do powiedzenia Raymond Chandler.

(...) 

Piotr Czerkawski: Łącznikiem z  młodszą tradycją francuskiego kina pozostaje  epizod Jeana- Pierre'a Leauda. „Człowiek z Hawru” to już trzeci film, przy którym współpracujesz z kultowym aktorem Truffauta i Godarda.

Aki Kaurismaki: Kiedy byłem młodym kinofilem, traktowałem Leauda jako mojego absolutnego idola! Starałem się go imitować, gdy w 1981 roku w filmie „Kłamca”  zagrałem jedyną większą rolę w życiu. Uwielbiam u Leauda absolutne nieprzystosowanie do rzeczywistości połączone z niemal surrealistyczną skłonnością do romantyzowania płci przeciwnej. W dzisiejszych czasach taka postawa wydaje się już zupełnie unikatowa.

(...)

Większość krytyków porównuje twoje poczucie humoru do dowcipu Charliego Chaplina. Tymczasem nazwisko bohatera „Człowieka...” odwołuje się do braci Marx.

Kocham braci Marx. Kim trzeba być, żeby ich nie lubić? Generałem Jaruzelskim? Oczywiście nie jest tak, że zdradzam dla nich Chaplina. Jego podejście do rzeczywistości wydaje mi się coraz bardziej uzasadnione. Rozumiem to tym lepiej, im bardziej się starzeję.


Zastanawiam się jak twoja fascynacja przeszłością wpływa na stosunek do współczesnego kina. Czy dostrzegasz jakichś twórców, którzy swoim dorobkiem nawiązywaliby do okresu świetności kina autorskiego?

Nie mam żadnych wątpliwości, że największymi reżyserami naszych czasów są bracia Dardenne. Wierzę, że w „Człowieku...” udało mi się zawrzeć podobny rodzaj wrażliwości, empatii i humanizmu, który dostrzegam w ich kolejnych filmach.

Twoje kino jest pełne nawiązań do dorobku całej europejskiej kultury. W jaki sposób naznacza cię to, że urodziłeś się akurat w Finlandii?

Jeśli jesteś Finem, musisz mieć w sobie pewien specyficzny rodzaj melancholii, który przenika każdą twoją aktywność, także kino. W porównaniu z Polakami mamy jednak to szczęście, że nasza wódka jest łagodniejsza niż Wyborowa. Takie rzeczy mają pewne znaczenie, ale i tak staram się, żeby moje kino było jak najbardziej uniwersalne. Jak powiedział Raymond Chandler,  nieważne gdzie się rodzisz tak samo jak nieważne, gdzie leżysz po śmierci.

 Cała rozmowa ukazała się w styczniowym numerze miesięcznika Kino