Narzekanie na stan współczesnej popkultury należy do ulubionych rozrywek dyżurnych ekspertów z telewizji śniadaniowej. Przy okazji premiery "Spring Breakers" jednym głosem z owymi celebrytami intelektu przemówiła także lwia część polskiej krytyki filmowej. W recenzjach najnowszego dzieła Harmony'ego Korine'a do znudzenia powtarzają się zachwyty nad sposobem, w jaki reżyser obnażył pustkę nastoletniej egzystencji bohaterów. W podobnych głosach pobrzmiewa ton fałszywej wyższości i złośliwej satysfakcji, którego brakuje jednak samemu "Spring Breakers".
Owszem, Korine wykpiwa popkulturę za sprawą przedrzeźniania jej własnego języka. Biegłością w sztuce pastiszu faktycznie dorównuje "Urodzonym mordercom" Olivera Stone'a czy najważniejszym dokonaniom Gregga Arakiego. Prawdziwa klasa "Spring Breakers" polega jednak na umiejętności połączenia drwiny ze zrozumieniem, szyderstwa ze współczuciem. Gdy jedna z bohaterek – słowami rodem z podręcznika dla pensjonarek – skarży się na poczucie bezsensu swojego życia, jesteśmy w stanie w pełni odczuć autentyzm jej goryczy. Mimo podjętej przez egzaltowane studentki próby wyrwanie się z zaklętego kręgu pozostanie jednak niemożliwe. "Spring Breakers", choć chwilami nieodparcie zabawne, ostatecznie okazuje się bardziej przygnębiające niż dowolny traktat Schopenhauera.
(...) Więcej na łamach Dziennika