Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oliver Stone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oliver Stone. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 kwietnia 2013

"Spring break, forever?" - recenzja "Spring Breakers" Harmony' ego Korine'a





Narzekanie na stan współczesnej popkultury należy do ulubionych rozrywek dyżurnych ekspertów z telewizji śniadaniowej. Przy okazji premiery "Spring Breakers" jednym głosem z owymi celebrytami intelektu przemówiła także lwia część polskiej krytyki filmowej. W recenzjach najnowszego dzieła Harmony'ego Korine'a do znudzenia powtarzają się zachwyty nad sposobem, w jaki reżyser obnażył pustkę nastoletniej egzystencji bohaterów. W podobnych głosach pobrzmiewa ton fałszywej wyższości i złośliwej satysfakcji, którego brakuje jednak samemu "Spring Breakers".

Owszem, Korine wykpiwa popkulturę za sprawą przedrzeźniania jej własnego języka. Biegłością w sztuce pastiszu faktycznie dorównuje "Urodzonym mordercom" Olivera Stone'a czy najważniejszym dokonaniom Gregga Arakiego. Prawdziwa klasa "Spring Breakers" polega jednak na umiejętności połączenia drwiny ze zrozumieniem, szyderstwa ze współczuciem. Gdy jedna z bohaterek – słowami rodem z podręcznika dla pensjonarek – skarży się na poczucie bezsensu swojego życia, jesteśmy w stanie w pełni odczuć autentyzm jej goryczy. Mimo podjętej przez egzaltowane studentki próby wyrwanie się z zaklętego kręgu pozostanie jednak niemożliwe. "Spring Breakers", choć chwilami nieodparcie zabawne, ostatecznie okazuje się bardziej przygnębiające niż dowolny traktat Schopenhauera.

(...) Więcej na łamach Dziennika


piątek, 5 października 2012

TYLKO KRÓTKO, PROSZĘ: "Savages" Olivera Stone'a



Choć mamy dziś w kinach wysyp atrakcyjnych premier, przewrotnie chciałbym przypomnieć o filmie z zeszłego tygodnia. A jest o czym mówić, bo - wbrew chłodnemu przyjęciu krytyki- uważam "Savages" Olivera Stone'a za film autentycznie znakomity!


W swoim nowym filmie Oliver Stone efektownie odbija się od artystycznego dna. „Savages” to charakterystyczne dla reżysera moralizatorskie przemówienie, tyle, że tym razem wygłoszone na potężnym haju. Bynajmniej nie chodzi tylko o to, że fabuła filmu pozostaje osadzona w środowisku kalifornijskich plantatorów marihuany. Tak jak chociażby w „Salwadorze”, Stone zanurza się w świecie rodem z szalonej, narkotycznej wizji, która niepostrzeżenie zamienia się w krwawy koszmar. „Savages” atakuje zmysły połączeniem teledyskowego montażu, energetycznej ścieżki dźwiękowej i chaotycznej pracy kamery. Niczym w nieprzyzwoicie campowej „Drodze przez piekło” reżyser z maestrią żongluje schematami typowymi dla kina klasy B. Film Stone'a przypomina koktajl perwersyjnego seksu i widowiskowej przemocy, który przy okazji zostaje doprawiony smoliście czarnym poczuciem humoru. Jak przystało na twórczość autora „Urodzonych morderców”, pozorna atrakcyjność przedstawionego w ten sposób świata okazuje się jednak zwodnicza. Z biegiem czasu w reżyserze odzywa się bowiem pasja zbuntowanego aktywisty. W filmie Stone'a lokalne konflikty między handlarzami narkotyków swoją brutalnością niewiele różnią się od działań wojennych w Iraku. Winą za taki stan rzeczy reżyser obarcza głównie hipokryzję polityki narkotykowej Stanów Zjednoczonych. Nawet jeśli w "Savages" reżyser ryzykuje zwyczajowe oskarżenia o demagogię i populizm, Ameryka powinna mieć się na baczności. Jeden z jej najbardziej przenikliwych krytyków powrócił w wielkim stylu.

Savages: ponad bezprawiem
Reżyseria: Oliver Stone
Ocena: 9/10