Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harmony Korine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harmony Korine. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2013

Najlepsze filmy II kwartału w polskich kinach







Tradycyjnie przedstawiam listę swoich ulubionych filmów ostatnich trzech miesięcy wraz z krótkimi uzasadnieniami.

1. Przed północą (Before Midnight, Richard Linklater)


"„Przed północą” to film, który mógłby zrobić Eric Rohmer, gdyby dożył ery Facebooka i Twittera. Richard Linklater podnosi te same kwestie, które przed laty interesowały francuskiego mistrza w „Miłości po południu”. Twórca „Slackera” analizuje szansę na przetrwanie długoletniego związku, w który coraz wyraźniej wkrada się rutyna i zniechęcenie.(...)" (CINEMA ENCHANTE)


2. Spring Breakers (Harmony Korine)


"Owszem, Korine rzeczywiście wykpiwa popkulturę za sprawą przedrzeźniania jej własnego języka. Biegłością w sztuce pastiszu faktycznie dorównuje "Urodzonym mordercom" Olivera Stone'a czy najważniejszym dokonaniom Gregga Arakiego. Prawdziwa klasa "Spring Breakers" polega jednak na umiejętności połączenia drwiny ze zrozumieniem, szyderstwa ze współczuciem (...)" (DZIENNIK 5.04)


3. Raj: wiara (Paradise: Faith, Ulrich Seidl)




"Łatwo wyobrazić sobie, że po seansie „Raju: wiary” Tomasz Terlikowski zaklął siarczyście, arcybiskup Głódź z wrażenia upuścił kieliszek z winem, a nowowybrany papież  obłożył Ulricha Seidla  ekskomuniką. W swoim nowym filmie austriacki reżyser konfrontuje przecież widzów z masturbacją krzyżem, pluciem na wizerunek Jezusa i znieważeniem portretu Benedykta XVI.(...)" (HIRO 04/2013)

4. Stoker (Chan-wook Park)

"(...) Po seansie „Stokera” doktor Freud z pewnością uśmiechnąłby się znacząco, by chwilę później odpalić nienaturalnie długie cygaro." (CINEMA ENCHANTE)


5. Imagine (Andrzej Jakimowski)


"Polski reżyser wstrzymuje się z oceną swojego bohatera aż do  finału, który przywołuje na ekranie magię kina Felliniego. Ostatnia scena "Imagine" stanowi manifest intymnej rewolucji, paradoksalnie skromną deklarację wizjonerstwa. (...)" (CINEMA ENCHANTE) 

6. Taka piękna katastrofa (It's a Disaster, Todd Berger)



„Taka piękna katastrofa” to niepozorny klejnot absurdu. Film Todda Bergera jest jak von Trierowska „Melancholia” znieczulona sporą dawką prozacu bądź „Piosenka o końcu świata” zaintonowana  na zakrapianej winem imprezie (...)" (FILM 06/2013)


7. Dziewczyna z szafy (Girl From the Closet, Bodo Kox)  


"W kinie umiejętne zestawienie sprzeczności potrafi wstrząsnąć widzem. Nie ukrywam, że w "Dziewczynie..." chciałem go trochę oszukać. Początek filmu obiecuje przecież komedię, a z biegiem czasu opowiadania historia staje się coraz bardziej dramatyczna." (Bodo Kox, wywiad dla "Dziennika")


8.  U niej w domu (In the House, Francois Ozon)


"Claude z "U niej w domu" nie ma problemu ze znalezieniem inspiracji. Mój bohater poszukuje za to idealnego sposobu na opowiedzenie historii. Zastanawia się, jak wykorzystać obserwacje ze swojego otoczenia, a jednocześnie nikogo nie zranić i nie przekroczyć granic etyki. (...)" (Francois Ozon, Dziennik, 23.05)

9. Bling Ring (Sofia Coppola)


"„Bling Ring” to jednocześnie hipsterska odpowiedź na „Słodkie życie” i burżuazyjna wersja „Spring Breakers”(...)" (CINEMA ENCHANTE)


10. Dom na weekend (Home for Weekend, Hans- Christian Schmid)



"W filmie Schmida sielankowe rodzinne spotkanie zamienia się w festiwal wzajemnych oskarżeń, odkrytych sekretów i zdemaskowanych kłamstw. Na burżujów zaplątujących się w sieć własnej hipokryzji reżyser spogląda jednak bez złośliwej satysfakcji właściwej ironistom pokroju Francois Ozona (...)" (DZIENNIK 21.06)


niedziela, 23 czerwca 2013

"Spring Breakers" a la Bauman - recenzja "Bling Ring" Sofii Coppoli






„Bling Ring” to jednocześnie hipsterska odpowiedź na „Słodkie życie” i grzeczniejsza wersja „Spring Breakers”. Podczas gdy Harmony Korine bombardował ekran seksualnymi metaforami i pożerał wzrokiem  roznegliżowane ciała aktorek, Sofia Coppola woli feteszyzować markowe ciuchy i designerską biżuterię. Przy okazji autorka czyni swój film nieświadomą ilustracją tezy  Zygmunta Baumana: „Najlepszego lekarstwa na neurozy dostarczają nam zakupy. Pod tym względem każdy sklep przypomina dziś aptekę”. Młodociani włamywacze z „Bling Ring” traktują domy okradanych przez siebie celebrytów jak ekskluzywne butiki, w których nikt nie domaga się opłaty za zakupione towary. Skok przez płot dzielący ulicę od domu Paris Hilton czy Orlando Blooma oznacza nie tylko przekroczenie granicy między rozczarowującą codziennością, a popkulturowym Edenem hollywoodzkich gwiazdeczek. Aktywność podjęta przez bohaterów „Blig Ring” to także rozpaczliwa próba ucieczki z domu, w którym odebrały sobie życie przytłoczone depresją siostry Lisbon z „Przekleństw niewinności”. Pójście tym tropem pozwala dostrzec w „Bling Ring” intrygujący paradoks. W ultranowoczesnym świecie Macbooka, Twittera i iPhone'a zaskakująco silnie umocowują się pozostałości myślenia magicznego. Włamywacze z filmu Coppoli zdają się wychodzić z założenia, że odebranie celebrycie części garderoby bądź biżuterii pozwoli na zagarnięcie przynależnego mu splendoru i przejęcie najważniejszych cech osobowości. Proces upodabniania się do swoich idoli zostaje przewrotnie spuentowany w kapitalnym epilogu. Jednej z bohaterek udaje się w końcu natknąć na podziwianą od lat gwiazdę. Traf chce, że spotkanie ma miejsce w stanowym więzieniu.

środa, 17 kwietnia 2013

Godard na deskorolce - kino Harmony'ego Korine'a







Harmony Korine to Godard na deskorolce, geniusz szperający w popkulturowym śmietniku i jeden z najbardziej ekscentrycznych twórców amerykańskiego kina. W debiutanckim „Gummo” Korine nie miał oporów przed pokazaniem dzieciaków wykorzystujących seksualnie dziewczynę z zespołem Downa i zabijających dla rozrywki dzikie koty. Kilka lat później w „Julienie Donkey - Boyu” reżyser skłonił samego Wernera Herzoga do biegania przed kamerą w dresie i masce przeciwgazowej. W przerwach między realizacją filmów Korine pisał piosenki dla Bjork, realizował teledyski i przygotowywał dziwaczne performensy. Z biegiem czasu dynamiczna kariera nieprzyzwoicie zdolnego młokosa zaczęła tracić impet. Zrealizowane po ośmiu latach rozbratu z kinem „Pan Samotny” i skandalizujące „Trash Humpers” nie powtórzyły sukcesu poprzedników. Prawdziwy powrót Korine'a nastąpił dopiero za sprawą wchodzących niedługo na nasze ekrany „Spring Breakers”. Pojawienie się tego filmu na niemrawym festiwalu w Wenecji było jak spalenie ukradkowego jointa w samym środku rodzinnego przyjęcia. Korine nie oburzał już jak dawniej, lecz wciąż zachował w sobie żyłkę inteligentnego błazna. „Spring Breakers” bardziej niż „Gummo” przypomina najlepsze filmy Olivera Stone'a czy Gregga Arakiego. Tak jak one, wykpiwa popkulturę za sprawą mistrzowskiego pastiszu jej własnego języka.


Ponownie triumfujący dziś Korine od dzieciństwa miał zadatki na postać wyjątkową. Mały Harmony wychowywał się w trockistowskiej komunie i z bliska podziwiał najbardziej szalone happeningi rodziców. Przesiąknięty anarchistycznym duchem rzucił szkołę a zamiast matury napisał prowokacyjny scenariusz „Dzieciaków”. Na prośbę znacznie starszego reżysera Larry'ego Clarka, Korine stworzył opowieść osadzoną w środowisku własnych rówieśników. Rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania zleceniodawcy. Nastoletni bohaterowie „Dzieciaków” spędzają czas na piciu, ćpaniu i uprawianiu seksu. Pogrążeni w marazmie i pozbawieni ambicji dążą do autodestrukcji, której przychodzi z pomocą szalejąca wokół epidemia AIDS. Premiera „Dzieciaków” wywołała skandal, lecz jednocześnie zapewniła swoim twórcom niebywały rozgłos. Towarzysząca filmowi mieszanka fascynacji i obrzydzenia stała się znakiem rozpoznawczym wszystkich następnych projektów Korine'a.

Samodzielne próby reżyserskie scenarzysty „Dzieciaków” wielokrotnie spotykały się z odrzuceniem krytyki. Jednocześnie jednak Korine urósł do rangi nowej nadziei współczesnego kina w oczach kilku doświadczonych kolegów. Twórca „Gummo” wzbudził zachwyt Gusa Van Santa, który zaprosił go do zagrania małych ról w „Buntowniku z wyboru” i „Last Days”. Pochwał pod adresem Korine'a nie szczędził także Lars von Trier. Duńskiemu twórcy szczególnie spodobał się – realizujący założenia Dogmy - „Julien Donkey – Boy”. O tym samym filmie Bernardo Bertolucci powiedział, że „dokonał rewolucji w myśleniu o języku kina”.

(...)

Korine błyskotliwie rozwinął pomysł zasygnalizowany przed kilkoma laty w „Panu Samotnym”. W tamtym filmie niezadowoleni ze swego konwencjonalnego życia ludzie porzucali swe tożsamości, by stać się sobowtórami Marylin Monroe czy Charliego Chaplina. Bohaterki „Spring Breakers” również spełniają się w naśladownictwie, choć zdecydowanie zmieniły swe pokoleniowe wzorce. Pójście tym tropem pozwoliło Korine'owi na wykorzystanie genialnego pomysłu obsadowego. W „Spring Breakers” gwiazdy Disneya – Selena Gomes i Vanessa Hudgens – z dziewczynek z pierwszej ławki zamieniły się w spragnione wrażeń lolitki. Odkrywające dla siebie świat seksu i dragów nastolatki niespecjalnie różnią się od bohaterów „Dzieciaków” czy „Gummo”. Jednocześnie jednak, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, decydują się aktywnie zawalczyć o zmianę swojego losu. W trakcie tytułowych „wiosennych ferii” dziewczyny – wzorem straceceńców z klasycznych filmów drogi – wyruszają w podróż, która ma przynieść zwrot w rozczarowującym życiu. Korine doskonale wie jednak, że żadnego przełomu nie będzie. Prezentowany w „Spring Breakers” niekończący się karnawał ma w sobie coś ze stypy. Wymarzona przez bohaterki sceneria plaż Florydy stanowi wyłącznie zbiorową halucynację, wytwór karmionego popkulturą umysłu. W świecie „Spring Breakers” narkotyków nie da się przedawkować, seks nie prowadzi do zajścia w ciążę a w przypadku braku pieniędzy zawsze można obrabować okoliczny sklep. Korine nie mówi o tym wprost, ale z każdą chwilą daje odczuć, że pozornie nieustające wakacje zmierzają ku nieuchronnemu końcowi. W ten sposób powtarzany w filmie slogan „Spring break forever, bitches!” z prostej deklaracji hedonizmu przemienia się w utopijny okrzyk rozpaczy.

(...)

Więcej w kwietniowym HIRO 

piątek, 5 kwietnia 2013

"Spring break, forever?" - recenzja "Spring Breakers" Harmony' ego Korine'a





Narzekanie na stan współczesnej popkultury należy do ulubionych rozrywek dyżurnych ekspertów z telewizji śniadaniowej. Przy okazji premiery "Spring Breakers" jednym głosem z owymi celebrytami intelektu przemówiła także lwia część polskiej krytyki filmowej. W recenzjach najnowszego dzieła Harmony'ego Korine'a do znudzenia powtarzają się zachwyty nad sposobem, w jaki reżyser obnażył pustkę nastoletniej egzystencji bohaterów. W podobnych głosach pobrzmiewa ton fałszywej wyższości i złośliwej satysfakcji, którego brakuje jednak samemu "Spring Breakers".

Owszem, Korine wykpiwa popkulturę za sprawą przedrzeźniania jej własnego języka. Biegłością w sztuce pastiszu faktycznie dorównuje "Urodzonym mordercom" Olivera Stone'a czy najważniejszym dokonaniom Gregga Arakiego. Prawdziwa klasa "Spring Breakers" polega jednak na umiejętności połączenia drwiny ze zrozumieniem, szyderstwa ze współczuciem. Gdy jedna z bohaterek – słowami rodem z podręcznika dla pensjonarek – skarży się na poczucie bezsensu swojego życia, jesteśmy w stanie w pełni odczuć autentyzm jej goryczy. Mimo podjętej przez egzaltowane studentki próby wyrwanie się z zaklętego kręgu pozostanie jednak niemożliwe. "Spring Breakers", choć chwilami nieodparcie zabawne, ostatecznie okazuje się bardziej przygnębiające niż dowolny traktat Schopenhauera.

(...) Więcej na łamach Dziennika