Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulrich Seidl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulrich Seidl. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 września 2015

"Lepsze niż prawda" - fragment rozmowy z Ulrichem Seidlem zamieszczonej w październikowym "Zwierciadle"






Piotr Czerkawski: Mówi się, że w swoich filmach – łącznie z wchodzącym na polskie ekrany „W piwnicy” – sięga pan do podświadomości bohaterów i wydobywa z niej ukryte lęki, frustracje i pragnienia. Czy czuje się pan zatem dłużnikiem Zygmunta Freuda?

Ulrich Seidl:  W każdym swoim filmie ruszam w podróż do najmroczniejszych zakamarków ludzkiej duszy. Widzowie, którzy zechcą mi towarzyszyć, muszą być przygotowani na to, że zetkną się także z ciemnymi stronami własnej psychiki. Nie obiecuję zatem, że wycieczka ta będzie przyjemna, ale na pewno może okazać się wzbogacająca. Może i brzmi to jak psychoanalityczny wykład, ale zaręczam, że nie uważam Freuda za mistrza ani przewodnika. Jeśli bohater mojego najnowszego filmu urządził w swojej piwnicy strzelnicę, niekoniecznie musi w ten sposób odreagowywać traumy z dzieciństwa bądź leczyć kompleksy seksualne.   W XXI wieku takie wyjaśnienia wydają mi się zbyt proste. Psychoanalizę zostawiam więc w spokoju, niech zajmują się nią komicy w stylu Woody’ego Allena. Sam chcę być wolny od myślowych schematów i po prostu bacznie przyglądać się rzeczywistości.

(...)

Pańskie filmy wymykają się gatunkowym klasyfikacjom. Czasem trudno zorientować się gdzie przebiega w nich granica między fikcją, a dokumentem. Czy nie uważa pan, że takie podejście jest nieuczciwe wobec widza?

Nie, bo przecież dawno pozbyliśmy się już złudzeń, że film dokumentalny stanowi po prostu obiektywny zapis rzeczywistości. Jako reżyser za każdym razem patrzysz przecież na świat z określonej perspektywy i narzucasz swoją wizję poruszanych problemów. Różnica polega na tym, że większość dokumentalistów próbuje swoje ingerencje wstydliwie zatuszować, a ja w ogóle się z nimi nie kryję. Zresztą w filmie dokumentalnym kłamie nie tylko reżyser, lecz także bohaterowie . Przed kamerą każdy człowiek automatycznie staje się aktorem, chce wypaść jak najlepiej i stworzyć na ekranie określony obraz siebie. Znacznie bardziej niż prawda liczy się dla mnie wiarygodność. Podam panu przykład związany z filmem „W piwnicy”. Historia o neonaziście, który zawiesił tam portret Hitlera jest autentyczna. Opowieść o kobiecie trzymającej w piwnicy lalki do złudzenia przypominające noworodki została natomiast od początku do końca wymyślona. Czy gdybym teraz tego nie zdradził, byłby pan w stanie dostrzec różnicę? Pewnie nie. Z psychologicznego punktu widzenia obie historie są przecież tak samo prawdopodobne.

„W piwnicy” czy trylogia „Raj: miłość”, „Raj: wiara”, „Raj: nadzieja” jednych widzów przerażają, innym wydają się nieprzyzwoicie zabawne. Jak postrzega pan rolę humoru w pańskiej twórczości?

Często sięgam po środki takie jak absurd czy groteska. Robię to z czystej uczciwości. Skoro konfrontuję widzów z tak wieloma scenami, które uwierają i prowokują dyskomfort, humor powinien redukować napięcie i zapewniać im chwile wytchnienia. Na pewno jednak żadnego z moich filmów nie można nazwać komedią i nie sądzę, że byłbym w stanie nakręcić ją w przyszłości. W końcu, gdy piszesz scenariusz komedii, zakładasz, że cała sala będzie śmiała się w tych samych momentach. Z moimi filmami jest natomiast tak, że czasem na jakieś scenie zaśmieje się jeden człowiek, a cała reszta jest zniesmaczona i nie ma pojęcia, co go rozbawiło. Takie sytuacje bardzo mnie fascynują, bo wiele mówią o subiektywnej naturze humoru. To z czego się śmiejesz często określa przecież jakim jesteś człowiekiem.

Co w takim razie bawi na co dzień Ulricha Seidla?

Mój ulubiony typ dowcipu to taki, po którym w pierwszej chwili nie możesz opanować śmiechu, ale potem więźnie ci on w gardle. Odkąd pamiętam bawią mnie także stare, nieme komedie Charliego Chaplina i Bustera Keatona.

Skoro nasze spotkanie zbliża się do końca, muszę zadać pytanie, które nurtuje mnie już od dawna: co właściwie trzyma pan w piwnicy?

Szkielety… Proszę wybaczyć, tylko żartowałem. W rzeczywistości będzie to całkiem pokaźna kolekcja austriackich alkoholi.

Więcej w październikowym numerze Zwierciadła


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Czekam aż umrze ostatni nazista - wywiad z Sudabeh Mortezai, twórczynią filmu "Macondo"






Piotr Czerkawski: W „Macondo” opowiada pani historię przebywającej w Wiedniu rodziny z Czeczenii. Czy istnieją jakieś szczególne powody, dla których zainteresowała się pani przedstawicielami tej narodowości?

Sudabeh Mortezai: Chciałam, aby mój film był jak najbliższy rzeczywistości, a zorientowałam się, że w austriackich obozach dla uchodźców mieszka po prostu ogromna ilość Czeczenów. Równie licznie reprezentowani są tam właściwie tylko obywatele Somalii i Afganistanu. Ostatnimi czasy przybywa też bardzo wielu uciekinierów z Syrii. Nie bez posępnej ironii można stwierdzić, że wystarczy jedna wizyta w obozie, by zorientować się jak wygląda aktualna sytuacja polityczna na świecie.

Na głównego bohatera pani filmu urasta 11- letni Ramasan. W „Macondo” najbardziej uderzyła mnie świadomość, że otoczenie stawia wobec małego chłopca wymagania godne dorosłego mężczyzny. Z czego bierze się taka postawa?

Sytuacja Ramasana wydaje mi się typowa dla dzieci dorastających w rodzinach uchodźców. Wiele spośród nich odbywa przyspieszony kurs dojrzewania i konfrontuje się z sytuacjami, na które nie sposób było się wcześniej przygotować. Po wyjeździe do innego kraju na Ramasanie i jemu podobnych spoczywa wielka odpowiedzialność, bo dzieci szybciej uczą się języka, łatwiej akceptują nową rzeczywistość i często stają się dla dotkniętych traumą rodziców przewodnikami po nowej rzeczywistości.

Podejrzewam, że duży wpływ na Ramasana muszą wywierać także patriarchalne wzorce kulturowe, wedle których został wychowany.

Istotnie, czeczeńskie społeczeństwo składa się z klanów, wewnątrz których panuje bardzo ścisła hierarchia. Jeśli dochodzi do konfliktu, nie można rozwiązać go inaczej niż przez interwencję rodowych przywódców. Taki system sprawił, że Czeczeni stali się hermetyczni i rzadko kiedy nawiązywali kontakty z innymi kulturami. Dlatego właśnie asymilacja w zachodnich społeczeństwach jest dla nich jeszcze trudniejsza niż w przypadku przedstawicieli innych narodów.

Jak wiele wiedziała pani o Czeczenach przed przystąpieniem do pracy nad „Macondo”? 

Prawie nic. Miałam jedynie świadomość, że to muzułmański naród z Kaukazu. Gdy przygotowałam się do realizacji filmu, chciałam przeczytać wszystko o Czeczenii, ale w języku niemieckim powstało na ten temat tak niewiele książek, że uporałam się z nimi w kilka tygodni. Później doszłam do wniosku, że aby poznać prawdę o jakimś narodzie, należy odczytać szyfr ukryty w jego sztuce. Spędziłam więc sporo czasu na zapoznawaniu się z czeczeńską prozą i poezją. Najwięcej dały mi jednak spotkania z ludźmi, obserwacja zachowań osób, które zapraszałam na castingi. Uświadomiłam sobie wtedy na przykład jak ogromną rolę wśród Czeczenów odgrywa kwestia honoru.

Macondo z pani filmu to istniejące w rzeczywistości osiedle dla uchodźców położone na obrzeżach Wiednia. Łatwo jednak zauważyć, że tę samą nazwę nosiło fikcyjne miasteczko ze „Stu lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza. Czy podczas realizacji filmu myślała pani o podobieństwie między tymi dwoma miejscami?

Nazwa Macondo została nadana osiedlu przez grupę uciekinierów z Chile, którzy przybyli tam w latach 70., w czasach dyktatury Pinocheta.  Trudno mi jednak powiedzieć skąd wzięło się to skojarzenie. Sama jestem wielką fanką „Stu lat…”, którą przeczytałam już w wieku 12 lat, ale w trakcie pracy nad filmem nie myślałam o niej zbyt często. Realizm magiczny sytuuje się przecież na antypodach mojego oszczędnego, paradokumentalnego stylu. Jeśli jednak tytuł zachęci widzów do interpretacji filmu w duchu Marqueza, nie mam nic przeciwko temu.

W „Macondo” udało się pani dostrzec pewien kłopotliwy paradoks: austriackie społeczeństwo niechętnie akceptuje imigrantów, ale oni sami również nie kwapią się do integracji ze swoimi gospodarzami.

Trzeba pamiętać, że uchodźcy nie opuszczają swoich krajów z własnej woli. Jeśli z niezależnych od ciebie przyczyn musiałeś nagle pożegnać swoją ojczyznę, w naturalny sposób zaczynasz ją idealizować i powracać myślami do rodzinnego domu. Wiele osób w Europie nie potrafi tego zrozumieć i wychodzi z założenia, że uchodźcy powinni być wdzięczni losowi za to, że trafili do kraju, który jest bogaty i wysoko rozwinięty cywilizacyjnie. Problemy rodzą się więc głównie z braku empatii.

Podjęty przez panią temat życia muzułmańskich imigrantów w Austrii został niedawno poruszony także przez Ulricha Seidla w jego prowokacyjnym filmie „Raj: wiara”. Czy podoba się pani twórczość tego reżysera?

Podziwiam Seidla jako filmowca i wiem, że w pewnym sensie jesteśmy do siebie podobni. Oboje chętnie pracujemy z naturszczykami i funkcjonujemy na pograniczu fikcji i dokumentu. Jednocześnie jednak reprezentujemy zupełnie inne rodzaje wrażliwości. Popatrzmy chociażby na ostatni film Seidla – „W piwnicy”. Reżysera manipuluje tam bohaterami i widzami w sposób na jaki nigdy w życiu bym sobie nie pozwoliła.

Filmy Seidla często opierają się na piętnowaniu charakterystycznej dla części Austriaków arogancji, i ksenofobii. Czy zderzyła się pani z takimi zjawiskami we własnym życiu?

Niestety tak. Przyjechałam do Austrii w wieku 12 lat i muszę przyznać, że przez długi czas czułam się jak obiekt powszechnej niechęci. Widziałam, że ludzie na ulicach dosłownie wytykają mnie palcami. Z rozmów z innymi imigrantami wynika, że taka postawa była wówczas na porządku dziennym. Byłam rozgoryczona tym bardziej, że wcale nie przyjechałam do Austrii jako zalękniona dziewczynka z Trzeciego Świata, która snuje się po ulicy w czarczafie. Przeciwnie, mówiłam perfekcyjnie po niemiecku i wykazywałam tendencje do asymilacji. Co z tego jednak, jeśli dla większości ludzi bardziej liczyło się to, że mam odrobinę ciemniejszy kolor skóry? Jakkolwiek szokująco to nie zabrzmi, kwestia rasy wciąż determinuje w Austrii stosunek do człowieka. Biali, choćby wyznawali odmienną religię i byli wychowani w innym kręgu kulturowym, zawsze będą mieli tam lepiej niż ludzie, którzy – tak jak ja – przybyli na przykład z Iranu.

(...)


Marjane Satrapi – tak jak i pani – nie ukrywała, że znalezienie swojego miejsca w austriackiej rzeczywistości kosztowało ją wiele wysiłku. Czy istnieje szansa, że w przyszłości ten proces będzie mniej bolesny niż kiedyś?

Jak najbardziej. Austriackie społeczeństwo jest dziś znacznie bardziej tolerancyjne i przyzwyczajone do imigrantów niż w okresie mojej młodości. Nowe generacje mogą od podstaw definiować swoją tożsamość i uwolnić się wreszcie od obciążenia haniebną przeszłością kraju. Na zakończenie powiem prowokacyjnie: Austria stanie się znacznie lepszym miejscem do życia w momencie, gdy umrze ostatni nazista.

Więcej w grudniowym numerze miesięcznika KINO 

 
 

piątek, 31 stycznia 2014

Kino oralnego niepokoju - recenzja "Nimfomanki, część II"






„Nimfomanka – część 2” porzuca uwodzicielską bezpretensjonalność swojej poprzedniczki i zamienia się w kino oralnego niepokoju. Nowy film Larsa von Triera sprawia znacznie więcej bólu niż rozkoszy. Mimo wszystko, relacje między głównymi bohaterami pozostają pozornie bez zmian. Podczas gdy Seligman wciąż traktuje uczone książki jako krynicę mądrości, Joe używa ich głównie do stymulacji swojej łechtaczki. Rozpoczęty w pierwszej części salonowy flirt przeciwstawnych postaw tym razem zamienia się jednak w brutalny konflikt. Von Trier próbuje zatuszować gwałtowną zmianę tonacji za sprawą – jednocześnie ironicznej i wzniosłej - gry z mistrzami kina. Duński reżyser przegląda się w krzywym zwierciadle Andreja Tarkowskiego, zgrywa krnąbrnego ucznia Michaela Hanekego czy wreszcie zawstydza swymi fantazjami bohaterki „Raju: miłości” Ulricha Seidla. Kłopoty z „Nimfomanką” zaczynają się wtedy, gdy Trier pozostaje sam na sam z własnymi neurozami. Jakby przestraszony lekkością poprzedniej części, reżyser próbuje tym razem zneutralizować ją za sprawą kiczu i dosadności. Obie te strategie okazują się jednakowo chybione. Na właściwe tory sprowadza „Nimfomankę” dopiero przewrotne zakończenie. Inteligencka wyrozumiałość Seligmana okazuje się w nim tylko maską skrywającą jego samczą arogancję. Wywołana tym zachowaniem reakcja Joe w pierwszej chwili szokuje, ale ostatecznie pozostaje uzasadniona. Udająca opowieść o uzależnieniu „Nimfomanka” w rzeczywistości staje się przekonującym świadectwem emancypacji.


wtorek, 24 września 2013

Podziwiam Kieślowskiego - wywiad z Ulrichem Seidlem







Piotr Czerkawski: Pokazany premierowo na festiwalu w Berlinie „Raj: nadzieja” był dla mnie wielką niespodzianką. Nie spodziewałem się, że jakikolwiek film Ulricha Seidla może okazać się równie subtelny.
Ulrich Seidl: Pańskie zdziwienie wynikło zapewne z tego, że zamierzyłem „Nadzieję” jako film o młodości. A młodość… Cóż, zawsze ma w sobie coś niewinnego.

To jednak niejedyna przyczyna mojego zaskoczenia. Dotychczas rzadko kiedy opowiadał pan w swoich filmach o bohaterach nastoletnich. Czy podczas realizacji „Nadziei” trudno było panu odnaleźć się w ich hermetycznym światku?

Chociaż z pozoru może to wyglądać inaczej, moje zadanie nie było trudniejsze niż praca, którą wykonuję zazwyczaj. Nie mogę też powiedzieć, by specjalnie się od niej odróżniało. Kiedy jechałem do Afryki, by kręcić „Raj: miłość”, czy wcześniej realizowałem „Import/Export” na Ukrainie, również musiałem eksplorować zupełnie obce dla mnie środowiska. Przede wszystkim jednak usiłowałem poznać i zrozumieć ludzi, którzy funkcjonują w nich na co dzień. To najważniejsze zadanie, ale i największa przyjemność jaką znajduję dla siebie jako reżyser. Uważam ciekawość za wielką cnotę filmowca.

(...)


W „Wierze” bardzo zaintrygowała mnie scena, w której po latach powraca pan do bohatera pańskiego dokumentu „Miłośnik biustów”.  Czy w przyszłości również możemy spodziewać się po panu podobnych zabiegów?

Nie sądzę. Nie jestem typem reżysera, który zaprzyjaźnia się z bohaterami i szczególnie interesuje się ich dalszymi losami. W swoich dokumentach opowiadam historię, którą uważam za zamkniętą i nie mam potrzeby, by do niej powracać. Sytuacja z Rene Rupnikiem z „Miłośnika biustów” była jednak specyficzna.  Jednym z głównych tematów tamtego filmu była skomplikowana relacja bohatera z matką. W „Wierze” Rupnik mówi, że matka już nie żyje, a on sam musi ułożyć swoje życie na nowo. Mimo że mamy do czynienia z filmem fabularnym, bohater opowiada prawdę o sobie i przemyca na pole fikcji rodzaj głębokiego autentyzmu.

Zrealizowana przez pana „rajska” trylogia przypomina mi w swoich założeniach gorzką odpowiedź na „Dekalog” Krzysztofa Kieślowskiego. Czy ceni pan filmy tego twórcy?

Nie widziałem wszystkich części „Dekalogu”, ale przyznam, że podziwiam Kieślowskiego. Nie mogę powiedzieć, żeby inspirował mnie bezpośrednio, ale w swojej trylogii z całą pewnością nie staram się go atakować ani wchodzić w polemikę.

Uczucie nadziei bywa uważane krzepiące, ale wielokrotnie spotyka się także z lekceważeniem i jest traktowane jako oznaka słabości. Która postawa wydaje się bliższa panu?

Nigdy nie pokusiłbym się o lekceważenie nadziei. Choćby dlatego, że jest ona nierozerwalnie związana z wiarą i miłością. Z tych wszystkich uczuć nadzieja wydaje mi się jednak najczystsza i w największym stopniu wolna od nadużyć.

Więcej w piątkowym Dzienniku 

 

czwartek, 27 czerwca 2013

Najlepsze filmy II kwartału w polskich kinach







Tradycyjnie przedstawiam listę swoich ulubionych filmów ostatnich trzech miesięcy wraz z krótkimi uzasadnieniami.

1. Przed północą (Before Midnight, Richard Linklater)


"„Przed północą” to film, który mógłby zrobić Eric Rohmer, gdyby dożył ery Facebooka i Twittera. Richard Linklater podnosi te same kwestie, które przed laty interesowały francuskiego mistrza w „Miłości po południu”. Twórca „Slackera” analizuje szansę na przetrwanie długoletniego związku, w który coraz wyraźniej wkrada się rutyna i zniechęcenie.(...)" (CINEMA ENCHANTE)


2. Spring Breakers (Harmony Korine)


"Owszem, Korine rzeczywiście wykpiwa popkulturę za sprawą przedrzeźniania jej własnego języka. Biegłością w sztuce pastiszu faktycznie dorównuje "Urodzonym mordercom" Olivera Stone'a czy najważniejszym dokonaniom Gregga Arakiego. Prawdziwa klasa "Spring Breakers" polega jednak na umiejętności połączenia drwiny ze zrozumieniem, szyderstwa ze współczuciem (...)" (DZIENNIK 5.04)


3. Raj: wiara (Paradise: Faith, Ulrich Seidl)




"Łatwo wyobrazić sobie, że po seansie „Raju: wiary” Tomasz Terlikowski zaklął siarczyście, arcybiskup Głódź z wrażenia upuścił kieliszek z winem, a nowowybrany papież  obłożył Ulricha Seidla  ekskomuniką. W swoim nowym filmie austriacki reżyser konfrontuje przecież widzów z masturbacją krzyżem, pluciem na wizerunek Jezusa i znieważeniem portretu Benedykta XVI.(...)" (HIRO 04/2013)

4. Stoker (Chan-wook Park)

"(...) Po seansie „Stokera” doktor Freud z pewnością uśmiechnąłby się znacząco, by chwilę później odpalić nienaturalnie długie cygaro." (CINEMA ENCHANTE)


5. Imagine (Andrzej Jakimowski)


"Polski reżyser wstrzymuje się z oceną swojego bohatera aż do  finału, który przywołuje na ekranie magię kina Felliniego. Ostatnia scena "Imagine" stanowi manifest intymnej rewolucji, paradoksalnie skromną deklarację wizjonerstwa. (...)" (CINEMA ENCHANTE) 

6. Taka piękna katastrofa (It's a Disaster, Todd Berger)



„Taka piękna katastrofa” to niepozorny klejnot absurdu. Film Todda Bergera jest jak von Trierowska „Melancholia” znieczulona sporą dawką prozacu bądź „Piosenka o końcu świata” zaintonowana  na zakrapianej winem imprezie (...)" (FILM 06/2013)


7. Dziewczyna z szafy (Girl From the Closet, Bodo Kox)  


"W kinie umiejętne zestawienie sprzeczności potrafi wstrząsnąć widzem. Nie ukrywam, że w "Dziewczynie..." chciałem go trochę oszukać. Początek filmu obiecuje przecież komedię, a z biegiem czasu opowiadania historia staje się coraz bardziej dramatyczna." (Bodo Kox, wywiad dla "Dziennika")


8.  U niej w domu (In the House, Francois Ozon)


"Claude z "U niej w domu" nie ma problemu ze znalezieniem inspiracji. Mój bohater poszukuje za to idealnego sposobu na opowiedzenie historii. Zastanawia się, jak wykorzystać obserwacje ze swojego otoczenia, a jednocześnie nikogo nie zranić i nie przekroczyć granic etyki. (...)" (Francois Ozon, Dziennik, 23.05)

9. Bling Ring (Sofia Coppola)


"„Bling Ring” to jednocześnie hipsterska odpowiedź na „Słodkie życie” i burżuazyjna wersja „Spring Breakers”(...)" (CINEMA ENCHANTE)


10. Dom na weekend (Home for Weekend, Hans- Christian Schmid)



"W filmie Schmida sielankowe rodzinne spotkanie zamienia się w festiwal wzajemnych oskarżeń, odkrytych sekretów i zdemaskowanych kłamstw. Na burżujów zaplątujących się w sieć własnej hipokryzji reżyser spogląda jednak bez złośliwej satysfakcji właściwej ironistom pokroju Francois Ozona (...)" (DZIENNIK 21.06)