Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Haneke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Haneke. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 stycznia 2017

Ratuje mnie stoicyzm - rozmowa z Johnem Hurtem



(...)

Piotr Czerkawski: „Snowpiercer” przedstawia bardzo gorzką wizję świata przyszłości. Czy podziela pan pesymizm reżysera?

Nie sądzę, żeby świat w 2039 roku mógł wyglądać tak jak w filmie, ale sztuka ma prawo wyolbrzymiać pewne problemy. Tylko wtedy może prowokować dyskusję na ważne tematy. Żyjemy w takich czasach, że jeśli nie wstrząśniesz widzami, nigdy nie zainteresują się tym, co masz do powiedzenia.

Czy myśli pan, że kino wciąż ma w sobie moc, by zmieniać zastaną rzeczywistość?

Aż takim optymistą na pewno nie jestem. Wciąż uważam jednak, że oglądanie filmów potrafi poszerzyć nasze horyzonty i umożliwić spojrzenie na niektóre sprawy z nieznanego dotychczas punktu widzenia. W tym samym czasie może, oczywiście, zapewniać widzom świetną rozrywkę i zapewniam, że nie ma w tym żadnej sprzeczności.

Oprócz ról w wielu filmach ma pan na swoim koncie także występ w „Doktorze Who” uznawanym za najdłuższy serial science – fiction w historii telewizji. Jak wspomina pan to doświadczenie?

Zanim zagrałem w „Doktorze Who” odnosiłem wrażenie, że zdaję sobie sprawę z popularności tego serialu. Szybko jednak zorientowałem się, że jej nie doceniłem. To wspaniałe uczucie być częścią przedsięwzięcia, które jest ważne dla tak wielu osób, czasem buduje wręcz pomosty między pokoleniami. „Doktor Who” kojarzy mi się ze świetną zabawą, ale także z ciężką pracą. W serialu roi się od quasi – naukowych odniesień, więc do grania w kolejnych odcinkach trzeba było przygotowywać się jak do klasówki.

Innego rodzaju kult towarzyszy serii o „Harrym Potterze”, z którą również był pan związany. Czy jest pan w stanie zrozumieć jej fenomen?

Podoba mi się, że to właściwie bardzo „realistyczne” fantasy. Niezależnie od aury niesamowitości mamy tam przecież do czynienia z uniwersalną historią o dojrzewaniu. Na takiej samej zasadzie działały na odbiorców najbardziej klasyczne baśnie.

Czy styl gry prezentowany przez pana dziś różni się od aktorstwa, które uprawiał pan na początku kariery?

Nie, bo nigdy nie starałem się grać w określony sposób. To nie sztuka wyuczyć się konkretnej techniki i mechanicznie stosować ją w kolejnych rolach. Dlatego właśnie nie jestem zwolennikiem metody aktorskiej Lee Strasberga. Uważam, że jest szkodliwa, bo ogranicza twoją wyobraźnię i w praktyce sprowadza się do prostego naśladownictwa.

Czy po ponad pół wieku grania w filmach wciąż czerpie pan z niego tę samą przyjemność?

Oczywiście, pewnie dlatego, że nigdy nie traktowałem aktorstwa jako misji, lecz uważałem się po prostu za dostarczyciela rozrywki. Takie podejście bynajmniej nie oznacza jednak, że oceniam swoją działalność jako pozbawioną znaczenia. Dobrze wiem jak bardzo ludzie potrzebują wytchnienia od codzienności. Mimo że lubię swoją pracę, nie będę jednak pana okłamywał, że wszystko układa się w niej idealnie. Czasem dzięki aktorstwu bywam szczęśliwy, innym razem popadam przez nie w depresję.

W jaki sposób radzi pan sobie z takimi kryzysami?

Nie zawsze mi się to udaje. Ogólnie rzecz biorąc, ratuje mnie jednak pewien stoicyzm. Gdy wychodzisz na dwór w czasie deszczu, korzystasz z parasolki. Jeśli nie masz jej przy sobie, musisz zmoknąć, ale niedługo później wyschniesz i wszystko wróci do normy.

Czy to prawda, że niewiele zabrakło, a zamiast aktorem zostałby pan malarzem?

Tak, moi rodzice na pewno byliby z tego bardzo zadowoleni. Na moją pasję aktorską patrzyli raczej z niechęcią, bo uważali, że to zawód bez przyszłości. Jako malarz mogłem natomiast zostać przynajmniej nauczycielem. Nie posłuchałem ich, ale do dziś traktuję malarstwo jako hobby.


A może myśli pan czasami o przejściu na aktorską emeryturę?

O nie. W aktorstwie decydujesz się na ten krok w dwóch przypadkach: albo jesteś ciężko chory, albo nikt nie chce już z tobą pracować. Na całe szczęście nie spełniam jeszcze żadnego z tych warunków.

A zatem może ma pan listę reżyserów, z którymi chciałby pan pracować w przyszłości?


Och, proszę mi wierzyć, że byłoby ich całe mnóstwo. Gdybym jednak musiał wymienić tylko jedno nazwisko, zdecydowałbym się chyba na Michaela Hanekego.

Rozmowa ukazała się w kwietniu 2014 roku w "Dzienniku. Gazecie Prawnej" przy okazji polskiej premiery filmu "Snowpiercer"

czwartek, 31 marca 2016

Polacy nadrabiają stracony czas - rozmowa z Tomaszem Wasilewskim (kwietniowy miesięcznik "Zwierciadło")




Piotr Czerkawski: W „Zjednoczonych stanach miłości” opowiadasz historię czterech kobiet, które nie mogą znaleźć swego miejsca w Polsce wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Czy myślisz, że w dzisiejszych czasach ich życie byłoby szczęśliwsze?

Tomasz Wasilewski: Jestem pewien, że zarówno sto lat temu, jak i współcześnie wszystkie moje bohaterki odczuwałyby te same emocje.  Różnica polega na tym, że dziś ich pragnienia zostałyby pewnie łatwiej zaakceptowane przez otoczenie. Pytanie tylko, czy byłoby to dla mnie wciąż interesujące? W kobietach, które portretuję na ekranie, fascynuje mnie przecież właśnie rozdźwięk pomiędzy marzeniami, a niemożnością ich spełnienia.

W roku 1990 miałeś tylko dziewięć lat. Jak wspominasz tamten czas?

Wychowałem się w małym mieście bardzo podobnym do tego, które pokazuję w filmie. Pamiętam, że w każdą niedzielę chodziłem z rodzicami do kościoła, który stał w szczerym polu, a i tak co godzinę zapełniał się do ostatniego miejsca. Katolicyzm wywierał realny wpływ na styl życia – w całej okolicy nie było rozwodników ani rodzin bezdzietnych. Miałem poczucie, że wszyscy są do siebie podobni i żyją według tych samych wzorców, w jednakowych mieszkaniach w bliźniaczo podobnych do siebie blokach. „Zjednoczone…” wzięły się z tego, że po latach spróbowałem odpowiedzieć na pytanie: „Co właściwie mogło dziać się w życiu ludzi funkcjonujących w takich realiach?”.

Jak wyglądała wtedy pozycja kobiet?

Większość z nich spędzała czas w domach. Podczas gdy mężowie szli do pracy w jednostce wojskowej, moja mama i jej koleżanki spotykały się we własnym gronie, codziennie około południa rytualnie popijały kawę, pogrążały się w rozmowach, a potem wspólnie gotowały obiady dla rodziny. Jako dziecko regularnie im towarzyszyłem, przesiąkłem atmosferą tych spotkań. Równie duży wpływ wywarła na mnie starsza o cztery lata siostra, która często zapraszała do domu przyjaciółki.  To wszystko chyba tłumaczy dlaczego po latach napisałem „Zjednoczone…” właśnie z perspektywy kobiet.

Twoje bohaterki są mocno naznaczeni przez komunę. Czy myślisz, że dziś w naszym kraju zmagamy się jeszcze z piętnem poprzedniego ustroju?

Tych kilka lat życia w komunizmie bardzo mnie osobiście ukształtowało, choć trudno mi powiedzieć jak konkretnie. Moja starsza siostra na pewno odczuwa coś podobnego jeszcze mocniej. Świadomość, że jako kraj zmarnowaliśmy czterdzieści parę lat na funkcjonowanie w nieludzkim systemie może być paraliżująca, ale z drugiej strony sprawia, że teraz chętnie nadrabiamy stracony czas. Nie bez powodu Polacy masowo poparli przecież Unię Europejską, a dziś chętnie podróżują po świecie. 

(…)
Do scenariusza „Zjednoczonych…” wróciłeś po ośmiu latach przerwy. Jak dużo zmian wprowadziłeś do pierwowzoru?

Na pewno uczyniłem zawarte w nim emocje mniej ekstremalnymi. Poza tym zacząłem zadawać sobie inne pytania niż kiedyś. Dawniej związek Jacka i Agaty interesował mnie ogólnie jako relacja damsko – męska. Dziś liczy się dla mnie przede wszystkim fakt, że to para z 15 – letnim stażem. Cieszę się, że taka ewolucja w moim myśleniu nastąpiła i mam nadzieję, że będzie trwać dalej. Jestem wielkim fanem „Miłości” Hanekego i chciałbym nakręcić kiedyś równie mądry film. Doskonale wiem jednak, że jeszcze długo nie będzie to możliwe, bo wciąż mam za mało życiowego doświadczenia.

Byłeś zaskoczony faktem, że jury festiwalu w Berlinie uhonorowało cię właśnie za scenariusz?

Tak, bo do tej pory nagradzano mnie za reżyserię, a jako scenarzysta nie byłem za bardzo doceniany, szczególnie na festiwalach filmowych. Już w werdykcie podkreślono, że to także nagroda dla całej ekipy, bo sposób skonstruowania postaci pozwolił zabłysnąć czterem głównym aktorkom.  Po gali miałem przyjemność długo rozmawiać z Meryl Streep, która potwierdziła te słowa i powiedziała, że od razu po seansie jury uznało film za godny jakieś nagrody. Miałem wrażenie, że mówi szczerze. Tym bardziej, że potem weszła na poziom osobisty, wyznała, że bardzo przeżyła „Zjednoczone…”, doskonale rozumie jego bohaterki i dziękuje mi za ten film. Usłyszeć podobne słowa od wielkiej ikony kina to najpiękniejsze, co mogło mi się przytrafić.

Czy sądzisz, że Srebrny Niedźwiedź oprócz radości ściągnie na ciebie presję?


Na szczęście nie mam czasu, by o niej myśleć. Teraz marzę tylko o tym, by oderwać się od tego całego zgiełku, wyjechać gdzieś na miesiąc i dokończyć kolejny scenariusz. Muszę to zrobić, by jak najszybciej wrócić na plan.

(...)
Cały wywiad ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika Zwierciadło


czwartek, 3 lipca 2014

Ratuje mnie stoicyzm - wywiad z Johnem Hurtem







(...)

Czy myśli pan, że kino wciąż ma w sobie moc, by zmieniać zastaną rzeczywistość?

Aż takim optymistą na pewno nie jestem. Wciąż uważam jednak, że oglądanie filmów potrafi poszerzyć nasze horyzonty i umożliwić spojrzenie na niektóre sprawy z nieznanego dotychczas punktu widzenia. W tym samym czasie może, oczywiście, zapewniać widzom świetną rozrywkę i zapewniam, że nie ma w tym żadnej sprzeczności.

Oprócz ról w wielu filmach ma pan na swoim koncie także występ w „Doktorze Who” uznawanym za najdłuższy serial science – fiction w historii telewizji. Jak wspomina pan to doświadczenie?

Zanim zagrałem w „Doktorze Who” odnosiłem wrażenie, że zdaję sobie sprawę z popularności tego serialu. Szybko jednak zorientowałem się, że jej nie doceniłem. To wspaniałe uczucie być częścią przedsięwzięcia, które jest ważne dla tak wielu osób, czasem buduje wręcz pomosty między pokoleniami. „Doktor Who” kojarzy mi się ze świetną zabawą, ale także z ciężką pracą. W serialu roi się od quasi – naukowych odniesień, więc do grania w kolejnych odcinkach trzeba było przygotowywać się jak do klasówki.

Innego rodzaju kult towarzyszy serii o „Harrym Potterze”, z którą również był pan związany. Czy jest pan w stanie zrozumieć jej fenomen?

Podoba mi się, że to właściwie bardzo „realistyczne” fantasy. Niezależnie od aury niesamowitości mamy tam przecież do czynienia z uniwersalną historią o dojrzewaniu. Na takiej samej zasadzie działały na odbiorców najbardziej klasyczne baśnie.

Czy styl gry  prezentowany przez pana dziś różni się od aktorstwa, które uprawiał pan na początku kariery?

Nie, bo nigdy nie starałem się grać w określony sposób. To nie sztuka wyuczyć się konkretnej techniki i mechanicznie stosować ją w kolejnych rolach. Dlatego właśnie nie jestem zwolennikiem metody aktorskiej Lee Strasberga. Uważam, że jest szkodliwa, bo ogranicza twoją wyobraźnię i w praktyce sprowadza się do prostego naśladownictwa.

Czy po ponad pół wieku grania w filmach wciąż czerpie pan z niego tę samą przyjemność?

Oczywiście, pewnie dlatego, że nigdy nie traktowałem aktorstwa jako misji, lecz uważałem się po prostu za dostarczyciela rozrywki. Takie podejście bynajmniej nie oznacza jednak, że oceniam swoją działalność jako pozbawioną znaczenia. Dobrze wiem jak bardzo ludzie potrzebują wytchnienia od codzienności. Mimo że lubię swoją pracę, nie będę jednak pana okłamywał, że wszystko układa się w niej idealnie.  Czasem dzięki aktorstwu bywam szczęśliwy, innym razem popadam przez nie w depresję.

W jaki sposób radzi pan sobie z takimi kryzysami?

Nie zawsze mi się to udaje. Ogólnie rzecz biorąc, ratuje mnie jednak pewien stoicyzm. Gdy wychodzisz na dwór w czasie deszczu, korzystasz z parasolki. Jeśli nie masz jej przy sobie, musisz zmoknąć, ale niedługo później wyschniesz i wszystko wróci do normy.

Czy to prawda, że niewiele zabrakło, a zamiast aktorem zostałby pan malarzem?

Tak, moi rodzice na pewno byliby z tego bardzo zadowoleni. Na moją pasję aktorską patrzyli raczej z niechęcią, bo uważali, że to zawód bez przyszłości. Jako malarz mogłem natomiast zostać przynajmniej nauczycielem. Nie posłuchałem ich, ale do dziś traktuję malarstwo jako hobby.


Czy myśli pan czasami o przejściu na aktorską emeryturę?

O nie. W aktorstwie decydujesz się na ten krok w dwóch przypadkach: albo jesteś ciężko chory, albo nikt nie chce już z tobą pracować. Na całe szczęście nie spełniam jeszcze żadnego z tych warunków.

A zatem może ma pan listę reżyserów, z którymi chciałby pan pracować w przyszłości?

Och, proszę mi wierzyć, że byłoby ich całe mnóstwo. Gdybym jednak musiał wymienić tylko jedno nazwisko, zdecydowałbym się chyba na Michaela Hanekego.

Więcej na łamach Dziennika

 

piątek, 31 stycznia 2014

Kino oralnego niepokoju - recenzja "Nimfomanki, część II"






„Nimfomanka – część 2” porzuca uwodzicielską bezpretensjonalność swojej poprzedniczki i zamienia się w kino oralnego niepokoju. Nowy film Larsa von Triera sprawia znacznie więcej bólu niż rozkoszy. Mimo wszystko, relacje między głównymi bohaterami pozostają pozornie bez zmian. Podczas gdy Seligman wciąż traktuje uczone książki jako krynicę mądrości, Joe używa ich głównie do stymulacji swojej łechtaczki. Rozpoczęty w pierwszej części salonowy flirt przeciwstawnych postaw tym razem zamienia się jednak w brutalny konflikt. Von Trier próbuje zatuszować gwałtowną zmianę tonacji za sprawą – jednocześnie ironicznej i wzniosłej - gry z mistrzami kina. Duński reżyser przegląda się w krzywym zwierciadle Andreja Tarkowskiego, zgrywa krnąbrnego ucznia Michaela Hanekego czy wreszcie zawstydza swymi fantazjami bohaterki „Raju: miłości” Ulricha Seidla. Kłopoty z „Nimfomanką” zaczynają się wtedy, gdy Trier pozostaje sam na sam z własnymi neurozami. Jakby przestraszony lekkością poprzedniej części, reżyser próbuje tym razem zneutralizować ją za sprawą kiczu i dosadności. Obie te strategie okazują się jednakowo chybione. Na właściwe tory sprowadza „Nimfomankę” dopiero przewrotne zakończenie. Inteligencka wyrozumiałość Seligmana okazuje się w nim tylko maską skrywającą jego samczą arogancję. Wywołana tym zachowaniem reakcja Joe w pierwszej chwili szokuje, ale ostatecznie pozostaje uzasadniona. Udająca opowieść o uzależnieniu „Nimfomanka” w rzeczywistości staje się przekonującym świadectwem emancypacji.


środa, 30 października 2013

"Zamiast poszukiwać guru, powinieneś pogadać z własnym ojcem" - rozmowa z Davidem Sievekingiem, twórcą "Nie zapomnij mnie"



Piotr Czerkawski: „Nie zapomnij mnie” to ujmująco lekki film na bardzo poważny temat. W jaki sposób udało ci się pogodzić tę pozorną sprzeczność?
David Sieveking: To w dużej mierze zasługa mojej matki – jej charakteru i osobowości. Wyszedłem z założenia, że Gretel nie chciałaby oglądać smutnego filmu o swojej chorobie. Jestem pewien, że film przepełniony czułością sprawiłby jej znacznie większą przyjemność. Miałem szczęście, że – inaczej niż w przypadku wielu osób cierpiących na demencję – matka nie stała się agresywna ani paranoiczna. Pod wpływem swojej choroby okazała się nawet łagodniejsza niż kiedyś. Tak przynajmniej twierdzili ludzie, którzy wcześniej uważali ją za wycofaną intelektualistkę.
W czym tkwiła największa trudność związana z realizacją tak osobistego filmu jak „Nie zapomnij mnie”?
Specyfika tego typu dokumentu polega na niemożności przygotowania precyzyjnego planu wydarzeń. Czułem się jakbym brał udział w podróży, której ostateczny cel pozostaje dla mnie nieznany. Początkowo zamierzałem zrealizować dokument, który skupi się właściwie tylko na procesie demencji i chorobie Alzheimera. Byłem szczęśliwy, gdy okazało się, że „Nie zapomnij mnie” w równym stopniu może okazać się opowieścią o związku uczuciowym między matką i ojcem.
Na czym, w twoim odczuciu, polegał sekret ich skomplikowanej relacji?
Odnoszę wrażenie, że jej najistotniejsza zaleta była w tym samym czasie największym przekleństwem. Rodzice przywiązywali bardzo dużą wagę do tego, by nie wywierać na siebie presji. Dobre pomysły bardzo często zamieniają się jednak w szkodliwe dogmaty. Matka i ojciec prawie nigdy się nie kłócili, ale jednocześnie niewiele wiedzieli o sobie nawzajem. Gretel była bardzo pomocna dla otoczenia, ale nikomu nie lubiła opowiadać o własnych problemach. Ojciec dopiero po latach dowiedział się, że luźna natura ich związku niekoniecznie odpowiadała matce tak bardzo jak mogło się wydawać.

(...)
„Nie zapomnij mnie” bardzo różni się od twojego poprzedniego filmu, równie gorąco przyjętego „David chce odlecieć”. Jednocześnie jednak wydaje mi się, że te tytuły mają ze sobą coś wspólnego.
Rzeczywiście, oba filmy są przecież autobiograficznymi dokumentami. Wydaje mi się, że „Nie zapomnij mnie” każe z jeszcze większym krytycyzmem spojrzeć na zachowanie niektórych bohaterów „Davida…”. Po zrealizowaniu „Nie zapomnij mnie” chciałbym powiedzieć im: „Może zanim zaczniesz szukać oświecenia w Indiach, rozejrzysz się najpierw po własnym domu? Zamiast poszukiwać guru, powinieneś lepiej pogadać przez chwilę z własnym ojcem”.
Oswajanie się ze śmiercią bliskich zawsze stanowiło istotny temat dla światowego kina. Jak oceniasz w tym kontekście słynną „Miłość” Michaela Hanekego?
Uważam, że to znakomite, bardzo intensywne kino. Warto jednak podkreślić, że Haneke portretuje rodzinę dysfunkcyjną. Córka głównych bohaterów nie jest w stanie zdobyć się na poświęcenie wobec najbliższych. To częsty problem i bardzo dobrze, że reżyser zwrócił na niego uwagę. Relacje między mną, a rodzicami ułożyły się jednak w sposób skrajnie odmienny i z tej przyczyny „Nie zapomnij mnie” bywa często zestawiane z „Miłością” na zasadzie kontrastu.
Wielu krytyków traktuje „Nie zapomnij mnie” jako dowód na to, że kino może stanowić element psychologicznej terapii. Czy zgadzasz się z takim podejściem?
Oczywiście, że tak. Potencjał terapeutyczny tkwi w bardzo wielu filmach dokumentalnych. Mój ojciec sam przyznał, że na planie czuł się jak w gabinecie psychoanalityka. Dzięki „Nie zapomnij mnie” wrócił myślami do swojej przeszłości i na powrót przekonał się o własnych zaletach. Cieszę się, że nie wahał się opowiedzieć przed kamerą także o swoich niepowodzeniach. Myślę, że taka postawa tylko przysporzyła mu sympatii widzów. Wiem, że publiczność z miejsca zakochiwała się również w mojej matce. Za sprawą filmu po raz kolejny przekonałem się jak wielkim szczęściem było dla mnie posiadanie takich, a nie innych rodziców.

Więcej na łamach Dziennika

niedziela, 21 lipca 2013

Nie umiem robić filmów bez poczucia humoru - rozmowa z Andrew Bujalskim, reżyserem "Computer Chess"






Piotr Czerkawski: W „Computer Chess” doceniam przede wszystkim konsekwencję z jaką łączysz formę i treść. Czarno – biały obraz i lekko absurdalne dialogi nie pozostawiają wątpliwości. Zrealizowałeś autystyczny film o autystycznych bohaterach.

Andrew Bujalski: Wszystko zaczęło się od impulsu, który skłonił mnie do pracy na starych, wycofanych już z użycia kamerach. Potem zastanawiałem się długo nad historią najlepiej pasującą do takiego pomysłu. Doszedłem do wniosku, że powinienem w jakiś sposób powiązać fabułę ze światem techniki. Turniej komputerowych szachów i jego specyficzni uczestnicy wydali mi się pod tym względem zdecydowanie najbardziej interesujący.

Czy zgodzisz się ze stwierdzeniem, że „Computer Chess” znacząco różni się od twoich dotychczasowych filmów?

Staram się, by każdy mój film był inny od poprzednich. Niestety, ludzie mówią mi, że opowiadam ciągle o tym samym. Twoja uwaga wskazuje jednak, że może tym razem wreszcie udało się osiągnąć cel!

Z całą pewnością po raz pierwszy w karierze zdecydowałeś się osadzić swoją historię w przeszłości.  Czy właśnie ta decyzja miała decydujący wpływ na kształt fabuły?

Nie zależało mi na tym, by po prostu wskrzesić na ekranie minione czasy. To byłoby puste i efekciarskie. Wolałem raczej zbudować pomost między przeszłością, a teraźniejszością, w której kontynuujemy proces uzależniania naszego życia od techniki. Jestem zresztą silnie przekonany, że ,chcąc nie chcąc, jako artysta zawsze opowiadasz o dniu dzisiejszym. Nawet jeśli kręcisz film historyczny albo science- fiction, ekranowy świat będzie prawdopodobnie stanowić odbicie rzeczywistości, która otacza cię na co dzień.

Dlaczego jednak zdecydowałeś się opowiedzieć akurat o przełomie lat 70. i 80.?

Byłem wówczas bardzo małym dzieckiem i zacząłem zastanawiać się nad tym, jaki wpływ te dziwne czasy mogły wywrzeć na moją osobowość. W latach 60. Wszyscy chcieli być przecież hipisami, dekadę później gładko wkroczyli w erę disco. A lata 80.? Ni stąd, ni z owąd ludzie zamknęli się nagle w pokojach i wlepili wzrok w ekrany komputerów. Okres przejściowy między tak wyrazistymi przemianami musiał być naprawdę fascynujący!

Mimo wszelkich różnic, „Computer Chess” łączy z twoimi poprzednimi filmami ten sam rodzaj poczucia humoru.

Nie umiałbym uwolnić się od niego, nawet gdybym chciał. Pamiętam, że niedawno obejrzałem „Miłość” Hanekego. Uważam, że to świetny film, ale nie mogłem w pełni utożsamić się z tą wizją świata właśnie dlatego, że nie było w niej ani odrobiny humoru. Zaręczam, że gdyby przyszedł do mnie producent z walizką dolarów i powiedział: „Zrób film w stylu Michaela Hanekego!”, absolutnie nie wiedziałbym jak się do tego zabrać.

(...)

Więcej w najnowszym HIRO 

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Na fałszywej nucie - recenzja "Kwartetu" Dustina Hoffmana





Dustin Hoffman zaprasza nas na wizytę w domu zbyt spokojnej starości. „Kwartet” wygląda jak efekt podświadomej inspiracji chybionym „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta. W obu filmach autentyczne problemy podeszłego wieku nikną pod naporem egzaltowanej iluzji. Emerytowani śpiewacy operowi z „Kwartetu” wydają się nie mieć innych rozterek niż przekomarzanki przy herbatce i deklarowana w codziennych rozmowach tęsknota za przebrzmiałą sławą. Seans filmu Hoffmana wzbudza tęsknotę za pamiętną „Miłością” Hanekego. Chwilami aż chciałoby się, aby ponury Austriak wpadł na plan, wsypał komuś arszenik do herbaty, innemu odłączył aparat słuchowy, a w finale udusił poduszką jakąś pretensjonalną diwę. W fałszywie wybrzmiewającym „Kwartecie” nie ma jednak miejsca na podobny wstrząs. Spóźniony debiut reżyserski Hoffmana wygląda jak efekt działania znudzonego emeryta, który postanowił spróbować w życiu czegoś nowego. W tym przypadku korzystniej było chyba jednak skoczyć na bungee.

niedziela, 24 lutego 2013

Moje własne Oscary 2013








W pełni świadomy rozbieżności własnego gustu z sądami Akademii , mimo wszystko przedstawiam pożądaną przez siebie listę oscarowych zwycięzców.



NAJLEPSZY FILM - "Django", reż. Quentin Tarantino



" Tarantino w swoim filmie raz jeszcze przypomina mściciela, który w ramach „Operacji kino” bierze krwawy odwet na okrutnej historii. Tak jak w "Bękartach..."  zawierza sile iluzji i na naszych oczach próbuje odczarować prawdę za pomocą samoświadomego spektaklu."


NAJLEPSZY REŻYSER - Michael Haneke, "Miłość"


"Powolna agonia bohaterki ma w sobie wstrząsający autentyzm, który po raz ostatni można było zaobserwować bodaj w bergmanowskich „Szeptach i krzykach”. „Miłość” to kino z równie wysokiej półki, po dawnemu wizjonerskie i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach."


NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY - Wes Anderson, Roman Coppola, "Moonrise Kingdom"







"Moonrise Kingdom. Kochankowie z Księżyca" to najlepszy z dotychczasowych filmów Wesa Andersona.Amerykański reżyser z wdziękiem potrafi połączyć w nim ekscentryczną komedię, inicjacyjną baśń i ujmującą opowieść o sile pierwszej miłości."

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY - Chris Terrio, "Operacja Argo"



 "„Operacja Argo” stanowi zaklęty w doskonałych dialogach i błyskotliwych ripostach ironiczny portret Hollywood lat 70. Przy tym wszystkim wciąż pozostaje opowieścią o sile kina i drzemiącej w nim mocy przekształcania rzeczywistości. "




NAJLEPSZY DOKUMENT - "Searching for Sugar Man", reż.  Malik Bendjelloul



"Ostateczna wymowa „Sugar Mana” zyskuje jednak w sobie przewrotny optymizm, a prezentowany w filmie świat niespodziewanie odsłania drzemiący w sobie porządek. Zgodnie z wizją Bendjelloula autentyczny talent musi w końcu uzyskać uznanie, nawet jeśli – tak jak Rodriguez – będzie czekać na nie przez cztery dekady."

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY - "Miłość", reż. Michael Haneke





NAJLEPSZY AKTOR - Joaquin Phoenix, "Mistrz", reż. Paul Thomas Anderson





NAJLEPSZA AKTORKA - Jessica Chastain, "Wróg numer jeden", reż. Kathryn Bigelow





NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY - Christoph Waltz, "Django", reż. Quentin Tarantino






NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA - Amy Adams, "The Master", reż. Paul Thomas Anderson



poniedziałek, 7 stycznia 2013

Gwałt na psychice - recenzja "Pragnienia miłości" Michela Franco








„Pragnienie miłości” jest wszystkim tym czym mogłaby okazać się „Sala samobójców”, gdyby treść była w niej ważniejsza od formy a papierowe postacie ustąpiłby miejsca bohaterom z krwi i kości. Nagrodzony na festiwalu w Cannes film Michela Franco zaczyna się od pozornej błahostki, by konsekwentnie ewoluować w stronę pesymistycznej diagnozy współczesnej rzeczywistości. W meksykańskim dramacie wystarczy jeden impuls, by podzielić zbiorowość na grono „katów” i „ofiar” oraz rozpętać niekończącą się spiralę przemocy.

(...)

 
Coraz bardziej perfidne szantaże stosowane przez rówieśników pod adresem dziewczyny przypominają zagrywki bohaterów „Ukrytego” Michaela Haneke. Tak jak reżyser tamtego filmu, Franco umiejętnie kreuje na ekranie atmosferę osaczenia. Nieśpiesznie prowadzona intryga niespodziewanie zyskuje napięcie rodem z thrillera a jej finał zaczyna stanowić trudną do odgadnięcia zagadkę. Pomimo że „Pragnienie...” zaskakuje scenami fizycznej i psychicznej przemocy, najbardziej wstrząsającego elementu filmu nie stanowią jednak wcale prymitywne zachowania nastolatków. Znacznie wymowniejsze okazuje się konsekwentne milczenie Alejandry, która nie znajduje odwagi, by komukolwiek zwierzyć się ze swojej tragedii. Dziewczyna nie decyduje się nawet na rozmowę z kochającym ojcem. W efekcie reakcja niczego nieświadomego rodzica następuje stanowczo po niewczasie. Zamiast o pomoc córce mężczyźnie chodzi już wyłącznie o zemstę mogącą ukoić zranioną dumę.

(...)

Więcej w styczniowym FILMIE

 

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Najlepsze filmy IV kwartału w polskich kinach



1. Miłość (Amour, Michael Haneke)


„Powolna agonia bohaterki ma w sobie wstrząsający autentyzm, który po raz ostatni można było zaobserwować bodaj w bergmanowskich „Szeptach i krzykach”. „Miłość” to kino z równie wysokiej półki, po dawnemu wizjonerskie i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. (....)" - HIRO 11/2012


2. Moonrise Kingdom (Wes Anderson)




„Amerykański reżyser z wdziękiem potrafi połączyć w nim ekscentryczną komedię, inicjacyjną baśń i ujmującą opowieść o sile pierwszej miłości. Anderson uchyla przed nami drzwi do dziecięcej rupieciarni, oszałamiającej intensywną kolorystyką i bogactwem gadżetów (...)” - DZIENNIK 30.11.2012

3.  Niech żyją antypody (Viva Las Antipodas, Wiktor Kossakowski)


„Dokument Wiktora Kossakowskiego ma w sobie energię, której można spodziewać się po okrzyku manifestującym zachwyt nad światem. Jednocześnie jednak film rosyjskiego reżysera skutecznie broni się przed oskarżeniami o naiwność i egzaltację (...)" - DZIENNIK  9.11.2012

4. Mistrz (The Master, Paul Thomas Anderson)


 "Paul Thomas Anderson wciąż w mistrzowskiej formie. W swoim najnowszym filmie amerykański reżyser potwierdził reputację najbardziej przenikliwego, obok Todda Solondza, krytyka swojej ojczyzny. (...)- DZIENNIK 16.11.2012

5.  Operacja Argo (Argo, Ben Affleck)






„Operacja Argo” zakończyła się pełnym sukcesem. Trudno zgodzić się z przewrażliwionymi krytykami, którzy po tym filmie dostrzegają w Benie Afflecku wyłącznie zdolnego propagandzistę. W „Operacji Argo” bardziej niż ideologiczne wyrachowanie reżysera rzuca się w oczy jego młodzieńczy wręcz entuzjazm. (...)" - CINEMA ENCHANTE


6. Siedmiu psychopatów (7 Psychopaths, Martin McDonagh)




"Twórca „Siedmiu psychopatów” prowadzi wyrafinowaną grę z przyzwyczajeniami widza. Tam gdzie spodziewamy się erupcji przemocy film zaskakuje nas ekscentrycznym żartem a pozornie monotonną scenę potrafi ubarwić absurdalną puentą. (...)" - CINEMA ENCHANTE


7. Skyfall (Sam Mendes)






"Jeśli artystyczna klęska „Quantum of Solace” miała być gwoździem do trumny dla bondowskiej serii, „Skyfall” przynosi jej autentyczne zmartwychwstanie. Bodaj od czasu „Dziewczyny z tatuażem” Finchera nie mieliśmy na ekranie filmu, w którym radość ze snucia opowieści tak wyraźnie łączyłaby się z formalną maestrią reżysera.(...)" - CINEMA ENCHANTE


8. Bogowie ulicy (End of Watch, David Ayer)



"Bijący z filmu autentyzm stanowi przede wszystkim zasługę Ayera, który jako scenarzysta „Dnia próby” czy reżyser „Królów ulicy” zapracował na status speca od kina policyjnego..W swoim nowym filmie amerykański twórca wznosi się na wyżyny umiejętności. „Bogom ulicy” udaje się połączyć wdzięk „Zabójczej broni” z energią „Elitarnych” (...)" - DZIENNIK 16.12.2012


9. Take This Waltz (Sarah Polley)




"Sarah Polley już po raz drugi w karierze ujawnia niepospolity talent reżyserski. "Take This Waltz" z gracją balansuje na krawędzi rutyny i szaleństwa, poczucia bezpieczeństwa i skłonności do ryzyka. (...)" - DZIENNIK 5.10.2012


10. Kurczak ze śliwkami (poulet aux prunes, Marjane Satrapi, Vincent Paronnaud)



"Reżyserski duet zabiera widza w nostalgiczną podróż do Teheranu lat 50. Irańska stolica w niczym nie przypomina – znanej z telewizyjnych newsów – posępnej twierdzy ajatollahów. Filmowy Teheran tętni życiem, a reżyserzy robią wszystko, by zapoznać widza z jego barwami, smakami i zapachami. (...)" - DZIENNIK 26.12.2012


czwartek, 20 grudnia 2012

Najlepsze filmy roku 2012 w polskich kinach


Zapraszam do zapoznania się z moim wyborem najlepszych filmów roku 2012 w polskich kinach. Tradycyjnie uzasadniam każdy wybór krótkim fragmentem recenzji.

1. Człowiek z Hawru (Le Havre), Aki Kaurismaki


„Ostentacyjnie staroświecki film Kaurismakiego nie przypomina kawiarnianego lamentu nad teraźniejszością. Rozbrzmiewający francuskimi chansons i rockowymi szlagierami „Człowiek...” stanowi raczej buntowniczy hymn na cześć nostalgii wyzwalającej w bohaterach skrywany humanizm. (...)" - FILM 01/2012


2. Miłość (Amour), Michael Haneke


„Powolna agonia bohaterki ma w sobie wstrząsający autentyzm, który po raz ostatni można było zaobserwować bodaj w bergmanowskich „Szeptach i krzykach”. „Miłość” to kino z równie wysokiej półki, po dawnemu wizjonerskie i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. (....)" - HIRO 11/2012

3. Wszystkie odloty Cheyenne'a (This Must Be The Place), Paolo Sorrentino



"Wszystkie odloty Cheyenne’a” podziwia się jak szaloną muzyczną improwizację. Film Paolo Sorrentino przykuwa uwagę błyskotliwymi dialogami, niewymuszonym liryzmem i wydobytymi z lamusa przebojami."- ESENSJA

4. Moonrise Kingdom, Wes Anderson


„Amerykański reżyser z wdziękiem potrafi połączyć w nim ekscentryczną komedię, inicjacyjną baśń i ujmującą opowieść o sile pierwszej miłości. Anderson uchyla przed nami drzwi do dziecięcej rupieciarni, oszałamiającej intensywną kolorystyką i bogactwem gadżetów (...)” - DZIENNIK/30.11.2012


5. Zapiski z Toskanii (Copie Conforme), Abbas Kiarostami



„Rozgrywający się w plenerach Toskanii romans bywa uznawany za najprzystępniejszy film w karierze reżysera, ale jednocześnie eksponuje wszystkie jego dotychczasowe fascynacje i obsesje.W „Zapiskach z Toskanii” prowadzona przez właścicielkę sklepu z antykami i poczytnego pisarza rozmowa o granicy między autentycznością a fałszem sztuki zamienia się w wyrafinowany flirt (...)" - DZIENNIK/ 9.03.2012

6. Lollipop Monster, Ziska Riemann

    „Lollipop Monster” bardziej niż „Salę samobójców” przypomina darkroom, w którym John Waters spotyka Michaela Hanekego. Niemiecki film o zbuntowanych nastolatkach pozostaje rozpięty w efektownym rozkroku między lekkością stylu a brutalnością spostrzeżeń, absurdalnym humorem a poruszającym autentyzmem (...) ” - FILM 02/2012
7.  Raj: miłość (Paradies: Liebe), Ulrich Seidl


„Rzeczywistość ukazana w filmie „Raj: miłość” wydaje się wyjęta z koszmarnego snu miłośnika komedii romantycznych. Wyeksponowane w tytule uczucie staje się przedmiotem finansowych transakcji, upokarzających błagań i desperackiej iluzji (...)" - HIRO 10/2012

8. Barbara, Christian Petzold



„Christianowi Petzoldowi udaje się uniknąć fabularnego efekciarstwa i psychologicznych uproszczeń ciążących starszemu o kilka lat "Życiu na podsłuchu" Floriana Henckela von Donnersmarcka. "Barbara" w pozbawiony patosu sposób – zaczerpnięty rodem z esejów Havla bądź poezji Barańczaka – odnotowuje istnienie swoistego heroizmu codzienności (...)” - DZIENNIK 23.11.2012

9. Najsamotniejsza z planet (The Lonliest Planet), Julia Loktev



„Film Julii Loktev to art house'owa medytacja szybko osiągająca intensywność egzystencjalnego horroru. Opowieść o amerykańskich turystach, którzy lekkomyślnie zapuszczają się w niedostępne rejony Kaukazu znakomicie akcentuje grozę tkwiącą we własnej nieprzewidywalności (...)” - CINEMA ENCHANTE

10. Niech żyją antypody (Vivan las Antipodas!), Wiktor Kossakowski



    „Dokument Wiktora Kossakowskiego ma w sobie energię, której można spodziewać się po okrzyku manifestującym zachwyt nad światem. Jednocześnie jednak film rosyjskiego reżysera skutecznie broni się przed oskarżeniami o naiwność i egzaltację (...)" - DZIENNIK  9.11.2012




piątek, 2 listopada 2012

Okrucieństwo miłosierdzia - recenzja "Miłości" Michaela Hanekego





Jakkolwiek przewrotnie by to nie zabrzmiało, „Miłość” stanowi zdecydowanie najsubtelniejszy film w dorobku Michaela Hanekego.

(...) 

Powolna agonia bohaterki ma w sobie wstrząsający autentyzm, który po raz ostatni można było zaobserwować bodaj w bergmanowskich „Szeptach i krzykach”. „Miłość” to kino z równie wysokiej półki, po dawnemu wizjonerskie i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. W szlachetnie prowokacyjnym filmie Hanekego pozorne okrucieństwo z rąk ukochanego stanowi przecież najczystszy akt miłosierdzia.

Więcej w listopadowym numerze miesięcznika HIRO

piątek, 26 października 2012

Haneke z uczuciami - rozmowa z Tomaszem Wasilewskim i Katarzyną Herman o filmie "W sypialni"





Już od dziś w kinach możemy oglądać bardzo przyzwoity polski debiut - "W sypialni" Tomasza Wasilewskiego. Z tej okazji wraz z reżyserem i aktorką Katarzyną Herman porozmawialiśmy między innymi o rzucaniu się na Agnieszkę Holland, uczuciach Michaela Haneke i tajemnicy bez której nie może obejść się dobre kino. Cały wywiad ukazał się w portalu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej


(...) 

Piotr Czerkawski: Na szczęście talent wciąż jeszcze nie jest zależny od budżetu. Twoje przygotowanie do zawodu potwierdza zresztą doświadczenie, które  nabyłeś jeszcze przed debiutem. Jak ważna była dla ciebie możliwość asystowania Małgorzacie Szumowskiej przy „33 scenach z życia”?

Tomasz Wasilewski: Trudno zachować mi obiektywizm, ale cieszę się, że zdarzyło mi się pracować akurat na planie tak znakomitego filmu. Zresztą bardzo polubiłem też samą Małgośkę.

Katarzyna Herman: To dlatego, że jesteście do siebie tak bardzo podobni!

TW: Fizycznie?

KH: No, bez przesady…

TW: Mówiąc już poważnie, spotkanie z Małgośką było bardzo ważnym wydarzeniem w moim życiu. Poznałem ją kilka lat temu w trakcie pewnych warsztatów z reżyserii filmowej, na których Małgośka opowiadała uczestnikom o pracy nad dokumentem „A czego tu się bać?”. Gdy tego posłuchałem, od razu zadeklarowałem, że chciałbym być jej asystentem przy następnym filmie. Realizacja „33 scen…” ciągle się opóźniała, ale przez cały czas wydzwaniałem do Małgośki i ponawiałem swoją prośbę. Już po fakcie Małgośka powiedziała mi, że ująłem ją właśnie swoją determinacją. Mnie natomiast podobało się, że na planie byłem traktowany jak partner, mogłem zadawać pytania i dzielić się spostrzeżeniami. Na pewno nie musiałem ograniczać się tylko do podawania kawy.

KH: Mam wrażenie, że Tomkowi bardzo dużo dała również współpraca przy projektach teatralnych Agnieszki Glińskiej. Glińska słynie z tego, że znakomicie potrafi rozbierać postacie na czynniki pierwsze. Jej spektakle działają precyzyjnie jak w zegarku.

TW: Rzeczywiście, to było dla mnie bardzo istotne. Zresztą zarówno Małgośka, jak i Agnieszka powiedziały mi, że byłem najlepszym asystentem, z którym pracowały. Dobrze było to usłyszeć, bo naprawdę miałem wrażenie, że w trakcie współpracy oddawałem im całego siebie.

KH: Teraz powinieneś rzucić się na Agnieszkę Holland!

Może jednak lepiej nie. Co bardzo istotne, w swojej twórczości potrafisz czerpać nie tylko z polskiego podwórka. W jednej z kluczowych scen „W sypialni” Edyta i Klaudia rozmawiają przecież o „Tramwaju zwanym pożądaniem” Tennessee Williamsa.

TW: Uwielbiam umieszczać w kinie tego typu smaczki i nawiązania do prywatnych fascynacji. Jednym z moich ulubionych filmów pozostaje „Wszystko o mojej matce” Almodovara, a – jak wiadomo – w fabule aż roi się tam od aluzji do sztuki Williamsa. Jakby tego było mało, w trakcie pisania scenariusza obejrzałem inscenizację „Tramwaju…” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i byłem pod jej wielkim wrażeniem. To wszystko jednak moje bardzo prywatne emocje i nie jestem pewien, czy dla kogokolwiek okażą się interesujące.

Jako wielbiciel kina autorskiego nie mogę wymarzyć sobie lepszego tematu do rozmowy. Tym bardziej, że aluzje do „Tramwaju…” to w waszym filmie więcej niż efektowna dekoracja. Krótka rozmowa o sztuce bardzo pasuje do charakteru obu bohaterek.

KH: Często jest tak, że - aby łatwiej się porozumieć – używamy metafory, porównania albo właśnie cytatu z filmu. Dzieje się tak zwłaszcza, gdy mówimy o sprawach trudnych, osobistych. A właśnie o tym, w gruncie rzeczy, rozmawiają bohaterki filmu.

TW: Przewrotność tej sytuacji polega na tym, że Klaudia bardzo chciałaby być Blanche, ale wie, że nie ma z nią nic wspólnego. Natomiast Edyta pod wpływem życiowych doświadczeń stała się Blanche, ale widać, że znacznie lepiej czułaby się w skórze Stelli. Mam wrażenie, że ta krótka, pretekstowa wymiana zdań mówi o bohaterkach więcej niż można by się spodziewać.

Jednocześnie jednak pozostawiasz w swojej fabule kilka istotnych niedopowiedzeń. Nie dowiadujemy się na przykład dlaczego w ogóle Edyta porzuca dotychczasowe życie i udaje się do Warszawy.

TW: Bardzo zależało mi na tym, żeby nie poddawać tej kwestii jednoznacznemu rozstrzygnięciu. Może uciekła od męża a może zachorowała raka? Każda odpowiedź pozostaje tak samo prawdopodobna, a widz, który się nad nią zastanawia może bardziej emocjonalnie zaangażować się w opowiadaną historię.

Dobry film nie może obejść się bez tajemnicy?

KH: Właśnie do takiego wniosku doszliśmy już w trakcie kręcenia filmu. Wcześniej wszystko było dla nas jasne i mieliśmy w planie nawet realizację sceny, która w pełni uzasadniałaby motywacje Edyty. Ostatecznie odeszliśmy od tego pomysłu i myślę, że to była dobra decyzja.

„W sypialni” zaskakuje nie tylko rozwojem fabuły, ale także stylistyczną różnorodnością. Wśród towarzyszących temu filmowi patronów Tomasz wymienia zarówno wspomnianego Almodovara, jak i na przykład Ulricha Seidla. W jaki sposób udało wam się czerpać jednocześnie z tak odmiennych wrażliwości?

TW: Do moich ulubionych twórców należą jeszcze na przykład Ozon, Moodysson i Haneke. Jak sam widzisz, to zupełnie różne wizje kina. Jeśli chodzi o Seidla, chciałem, żeby „W sypialni” przypominało jego filmy pod względem formalnym. Uwielbiam u niego tę surowość, która prowadzi do porażającego autentyzmu.

KH: Nie chcę się wymądrzać, ale wydaje mi się, że siła Tomka polega właśnie na umiejętności połączenia tej precyzji Seidla czy Hanekego z empatią rodem z Almodovara.

Jednym słowem: gdyby Haneke miał uczucia, nakręciłby „W sypialni”?

TK: Tak jest! Możemy zrobić z tego slogan naszego filmu?