Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lars von Trier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lars von Trier. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2015

Błogosławieni ci, którzy siedzą - kino Roya Anderssona



Filmy Roya Anderssona są dla kinofilów tym, czym igrzyska olimpijskie dla wielbicieli sportu. Konieczność długiego oczekiwania na kolejne premiery tylko zwiększa ich rangę i znaczenie. Choć teoretycznie wiemy czego się spodziewać, dzieła Szweda zawsze zaskakują i dają nam więcej niż moglibyśmy żądać. Podobna formuła – składająca się z długich ujęć, luźno powiązanych epizodów i dziwacznych skeczy – zamiast nużyć przewidywalnością, za każdym razem wypełnia się nową, przenikliwą treścią. Nic dziwnego, że Andersson wzbudza szacunek swych kolegów po fachu.

 Z uznaniem wypowiada się o nim nawet pyszałkowaty Lars von Trier, który przed festiwalem w Cannes w 2000 roku przyznał, że obawia się konkurencji tylko ze strony szwedzkiego autora. Choć twórca „Tańcząc w ciemnościach” ostatecznie wówczas triumfował, czas Anderssona nadszedł już kilkanaście lat później. Zrealizowany przez niego „Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu” okazał się niekwestionowanym zwycięzcą ostatniego festiwalu w Wenecji. Triumf umocnił pozycję Szweda jako jednego z najoryginalniejszych autorów kina i bezpośredniego spadkobiercy Chaplina, Felliniego i De Siki. Przy okazji udowodnił także, że Andersson, jak mało kto, rozumie paradoksy, patologie i bolączki współczesnego świata.


Szwedzkiego mistrza często określa się mianem surrealisty. Można się na to zgodzić, ale tylko pod warunkiem, że potraktujemy jego inwestycję w absurd i abstrakcję jako strategię buntu przeciw bardzo konkretnym aspektom rzeczywistości. Pod tym względem Andersson przypomina zresztą Luisa Bunuela. O ile jednak hiszpański mistrz godził ostrzem krytyki w kler i arystokrację, jego szwedzki następca idzie z duchem czasu i przedmiotem ironicznych ataków czyni kogoś zupełnie innego. Filmy Anderssona to pamflety na „strasznych mieszczan”, rozleniwionych dobrobytem przedstawicieli zachodnioeuropejskiej klasy średniej i gorliwych klientów sieci IKEA.
Podobne podejście wydaje się ściśle związane z młodzieńczymi przeżyciami reżysera. Choć dziś rzadko się o tym wspomina, w czasach studenckich przyszły twórca „Giliapa” chętnie uczestniczył w antykapitalistycznych, hipisowskich demonstracjach. Aby je dokumentować bez pozwolenia korzystał zresztą z uczelnianej kamery, co o mało nie skończyło się wydaleniem ze szkoły filmowej. Ślady tamtego radykalizmu widać zresztą w pierwszych zawodowych próbach reżysera. W 1968 roku Andersson wraz z kilkunastoma innymi twórcami, między innymi Bo Widerbergiem, zrealizował kontrowersyjną „Białą grę”. Dokument relacjonował młodzieżowe protesty przeciwko meczowi tenisowemu, który Szwecja miała rozegrać z – prowadzącą wówczas rasistowską politykę – Rodezją.

Doświadczenia te sprawiają, że Andersson wydaje się dziedzicem rewolucji roku 1968 w niemniejszym stopniu niż na przykład Jean – Luc Godard czy Bernardo Bertolucci. Z ducha kontestacji wyraźnie wyrasta samodzielny debiut reżysera – „Historia miłosna” (1970). Film pozostaje przesiąknięty tym samym nastrojem swobody obyczajowej, co kontrowersyjna „Jestem ciekawa w kolorze żółtym” Vilgota Sjömana. Bohaterowie Anderssona, najwyżej piętnastolatkowie, palą papierosa za papierosem, przeżywają pierwsze przygody erotyczne i na każdym kroku dają świadectwo przedwcześnie osiągniętej dojrzałości. Leniwie zmysłową atmosferę filmu podkreśla dodatkowo fakt, że akcja została umiejscowiona w samym środku upalnego lata. Opowiastka o uczuciowych dylematach młodych ludzi, dobra może dla twórcy w typie Erica Rohmera, to jednak za mało dla Anderssona. Bardzo szybko wychodzi na jaw, że – niejako wbrew tytułowi – główny wątek „Historii miłosnej” dotyczy konfliktu pokoleń między rodzicami a dziećmi. Pozornie uporządkowane życie tych pierwszych zostaje naznaczone przez obłudę, rodzinne awantury i z trudem skrywane kompleksy. Bardzo wymowna okazuje się w tym kontekście finałowa scena rozgrywająca się w trakcie plenerowej imprezy. Pijany ojciec głównej bohaterki w pewnym momencie odłącza się od grupy, gubi drogę w lesie i bełkocze, że „zmarnował 45 lat życia”.


Oglądana dziś „Historia miłosna” razi uproszczeniami i sprawdza się głównie jako zapis ducha epoki, pstrokata pocztówka z czasów kontrkultury. Nie zmienia to jednak faktu, że w Szwecji cieszy się statusem kultowym. Do fascynacji filmem zgodnie przyznają się utytułowani reżyserzy średniego pokolenia – Lukas Moodysson i Ruben Östlund. „Fucking Amal” – brawurowy debiut tego pierwszego – wydaje się wręcz uwspółcześnioną wersją filmu Anderssona. „Historia miłosna” bardzo spodobała się także w dniu premiery i otrzymała dwie nagrody na festiwalu Berlinale. Niespodziewany sukces nadmiernie pobudził jednak ambicje młodego reżysera i wkrótce miał stać się jego przekleństwem. Andersson przyrzekł sobie bowiem, że nie będzie odcinał kuponów od debiutu i nakręci film zupełnie inny od poprzedniego. Choć rzeczywiście dotrzymał słowa, nie miał szans na powtórzenie sukcesu. Słusznie zapomniany dziś „Giliap” (1975) to dość wydumana historia kelnera, który podejmuje pracę w osobliwym hotelu. Pełna kafkowskiej grozy atmosfera kłóci się z subtelną i melancholijną w założeniu opowieścią o niemożliwej do spełnienia miłości między bohaterem a koleżanką z pracy. Reżyser próbował tłumaczyć swą klęskę konfliktem z producentami, ale nie zdołał ukryć, że fatalne recenzje okazały się dla niego nokautującym ciosem. Aby podnieść się z desek, potrzebował wieloletniego rozbratu z kinem.

(...) całość w sierpniowym wydaniu miesięcznika KINO


niedziela, 30 listopada 2014

Najlepsze filmy 2014 roku w polskich kinach








1. Wielkie piękno (The Great Beauty), Paolo Sorrentino





„Zdystansowany bohater nie zabiega o uwagę widza, ale bez problemu otwiera drzwi do swojego świata. Warto byłoby przyłączyć się do Jepa podczas porannego spaceru i wsłuchać się w kolejny z błyskotliwych monologów, którymi chętnie raczy swoich towarzyszy. Jednym z tematów z pewnością stałaby się pochwała dyskretnego uroku niespełnienia i poczucia dezercji z własnego życia. „Wielkie piękno”, umiejętnie wygrywające swe paradoksy, jest perfekcyjnym filmem o życiu dalekim od doskonałości (…)”

2. Co jest grane, Davis? (Inside Llewyn Davis), Joel & Ethan Coen

 


„Film pozbawiony choćby jednej fałszywej nuty. Kolejny szlagier w dorobku braci Coen stanowi błyskotliwą wariację na nurtujące ich zazwyczaj tematy. Przy okazji, twórcy „Big Lebowskiego” sportretowali Llewyna Davisa z największą empatią, jaką jeden artysta może okazać drugiemu.”


3. Oh, boy (Jan Ole Gerster)



„Tytuł Oh, Boy! brzmi jak westchnienie jednoczesnej troski i podziwu. Na tak silne reakcje zasługują tylko najlepsi przyjaciele, a Niko z debiutanckiego filmu Jana Ole Gerstera bez wątpienia daje się lubić. Młody Berlińczyk przypomina brata - bliźniaka tytułowej bohaterki Frances Ha (2013, N. Baumbach). W przeciwieństwie do gnającej przed siebie dziewczyny, Niko woli jednak spokojnie spacerować. To turysta na nieustających wakacjach, w którym z łatwością dostrzeżemy bohatera piosenki Stuarta Murdocha Perfection as a hipster bądź współczesnego flaneura z kart esejów Waltera Benjamina."

4. Nimfomanka, cz.1 (Nyphomaniac, vol.1), Lars von Trier

 
 
„Nimfomanka” to film prowokacyjny niczym striptiz w kościele, a jednocześnie głęboki jak gardło Lindy Lovelace. Trudno oprzeć się wrażeniu, że takie historie pisałby Milan Kundera, gdyby tylko zalogował się na portal RedTube. Film Larsa von Triera charakteryzuje – właściwa czeskiemu pisarzowi – umiejętność łączenia elokwencji z ordynarnością.”

5. Boyhood, Richard Linklater



„Richard Linklater po raz kolejny potwierdza, ze jak nikt przed nim - może z wyjątkiem Truffauta - potrafi uniwersalizować intymność i portretować przemiany bohaterów sprowokowane przez nabyte doświadczenia i upływający czas. Przy okazji z wdziękiem unika psychologicznych uproszczeń, a zamiłowania do ekranowej poezji nigdy nie myli z egzaltacja. Na deser serwuje natomiast pyszna kpinę z teksanskich redneckow i sympatyków Partii Republikanskiej.”
 

6. Wilk z Wall Street (Wolf of Wall Street), Martin Scorsese

„Wilk z Wall Street” pokazał pazury, a Martin Scorsese nakręcił najbardziej drapieżny film roku. Autor „Wściekłego byka” znokautował oponentów, którzy przedwcześnie wzywali go do zakończenia kariery. Odsyłany na emeryturę reżyser dał znienacka popis twórczej witalności. „Wilk…” to jedna wielka impreza, przy której pozornie barokowa „Infiltracja” stanowi tylko niewinne before party. Choć bohaterowie odchodzą od zmysłów wskutek liczonych w setkach orgazmów i wciąganej tonami kokainy, Scorsese zachowuje trzeźwość spojrzenia. „Wilk…” okpiwa zarówno na wskroś współczesny wizerunek "cywilizacji nadmiaru", jak i mityczne wyobrażenie USA jako krainy wielkich możliwości"

7. Małe stłuczki (Aleksandra Gowin, Ireneusz Grzyb)




"Film Aleksandry Gowin i Ireneusza Grzyba to nieśmiałe arcydzieło, klejnot odnaleziony przypadkowo na pchlim targu. Ekranowa rzeczywistość „Stłuczek” zostaje ufundowana na poetyckiej wyobraźni i absurdalnym poczuciu humoru. W przypływie fantazji twórcy nie zapominają jednak o emocjach bohaterów, którzy miotają się pomiędzy kumpelskim przywiązaniem, a miłosnym szaleństwem.

8. Porwanie Michela Houellebecqa (Guillame Nicloux) 


"Porwanie Michella Houellebecqa" uderza do głowy jak wino, którym słynny pisarz raczy się w towarzystwie średnio rozgarniętych porywaczy. W kolejnej prowokacji autora "Platformy" snute nad butelką monologi układają się w zaskakująco spójną całość. "Porwanie..." to na poły kokieteryjne, na poły poruszające westchnienie na cześć błogosławionej nudy i radości zapewnianej przez chwilą dezercję z życia. 
9. Zaginiona dziewczyna (Gone Girl), David Fincher


Fincher gra z widzem w kotka i myszkę i znowu wychodzi z tej zabawy zwycięsko. Po raz kolejny daje też popis smoliście czarnego humoru, który w żadnym innym jego filmie nie był chyba bardziej uzasadniony. "Zaginiona dziewczyna" to przecież nie tylko perfekcyjnie skrojony thriller w duchu Polańskiego, lecz także screwball comedy na opak.
10.  Wilgotne miejsca (Wetlands), David Wnendt


„Wprost trudno uwierzyć, że autor konwencjonalnego "Combat Girls" poważył się na tak straceńczą szarżę. Podjęte przez Davida Wnendta ryzyko w pełni się jednak opłaciło. "Wilgotne miejsca" to list miłosny do dziury w dupie, najpiękniej obrzydliwy film od czasu "Różowych flamingów" Watersa i apoteoza świata, któremu puściły zwieracze przyzwoitości