Dustin Hoffman zaprasza nas na wizytę w domu zbyt spokojnej starości. „Kwartet” wygląda jak efekt podświadomej inspiracji chybionym „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta. W obu filmach autentyczne problemy podeszłego wieku nikną pod naporem egzaltowanej iluzji. Emerytowani śpiewacy operowi z „Kwartetu” wydają się nie mieć innych rozterek niż przekomarzanki przy herbatce i deklarowana w codziennych rozmowach tęsknota za przebrzmiałą sławą. Seans filmu Hoffmana wzbudza tęsknotę za pamiętną „Miłością” Hanekego. Chwilami aż chciałoby się, aby ponury Austriak wpadł na plan, wsypał komuś arszenik do herbaty, innemu odłączył aparat słuchowy, a w finale udusił poduszką jakąś pretensjonalną diwę. W fałszywie wybrzmiewającym „Kwartecie” nie ma jednak miejsca na podobny wstrząs. Spóźniony debiut reżyserski Hoffmana wygląda jak efekt działania znudzonego emeryta, który postanowił spróbować w życiu czegoś nowego. W tym przypadku korzystniej było chyba jednak skoczyć na bungee.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy o starości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy o starości. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Na fałszywej nucie - recenzja "Kwartetu" Dustina Hoffmana
Dustin Hoffman zaprasza nas na wizytę w domu zbyt spokojnej starości. „Kwartet” wygląda jak efekt podświadomej inspiracji chybionym „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta. W obu filmach autentyczne problemy podeszłego wieku nikną pod naporem egzaltowanej iluzji. Emerytowani śpiewacy operowi z „Kwartetu” wydają się nie mieć innych rozterek niż przekomarzanki przy herbatce i deklarowana w codziennych rozmowach tęsknota za przebrzmiałą sławą. Seans filmu Hoffmana wzbudza tęsknotę za pamiętną „Miłością” Hanekego. Chwilami aż chciałoby się, aby ponury Austriak wpadł na plan, wsypał komuś arszenik do herbaty, innemu odłączył aparat słuchowy, a w finale udusił poduszką jakąś pretensjonalną diwę. W fałszywie wybrzmiewającym „Kwartecie” nie ma jednak miejsca na podobny wstrząs. Spóźniony debiut reżyserski Hoffmana wygląda jak efekt działania znudzonego emeryta, który postanowił spróbować w życiu czegoś nowego. W tym przypadku korzystniej było chyba jednak skoczyć na bungee.
czwartek, 14 marca 2013
Rewolucjoniści na emeryturze - recenzja "Zamieszkajmy razem"
(...)
„Zamieszkajmy...” okazuje się najciekawsze wtedy, gdy dotyka najpilniej strzeżonego tabu. Francuski reżyser bez rumieńca wstydu podejmuje tematykę erotycznego życia starych ludzi. Seniorzy z filmu Robelina szczerze opowiadają o seksualnych fantazjach, masturbacji i problemach ze słabnącą potencją. Przytaczane w filmie intymne zwierzenia bywają na przemian poważne i rubasznie komiczne. Filmowy dowcip nie ma jednak na celu ośmieszenia kogokolwiek, lecz służy oswojeniu sfery seksu i uznaniu jej za naturalną część życia bohaterów.
Nieco utopijny charakter przedstawianej wizji pozwala Robelinowi na wprowadzenie do opowieści o przemijaniu odrobiny anarchizującej energii. Szalona idea, by na starość zamieszkać w kilkuosobowej komunie, staje się czymś na kształt łabędziego śpiewu weteranów pokolenia ’68. Nie przez przypadek kluczowa dla fabuły propozycja wychodzi od niezmordowanego w swojej politycznej aktywności Jeana. Właśnie za sprawą tej postaci nad filmem Robelina unosi się duch czasów, w których na paryskich ulicach skandowano z przekonaniem hasła w stylu „Zabrania się zabraniać”. Być może postulowaną wówczas wolność od konwenansów i ograniczeń w pełni uda się bohaterom uzyskać dopiero na emeryturze.
Więcej na łamach Dziennika
niedziela, 13 stycznia 2013
Oblicza starej damy - o wizerunkach starości w kinie
Nobliwa X muza nie wydaje się
szczególnie życzliwa dla swych rówieśników. Ponadstuletnia stara
dama maskuje wiek wymyślnym make- upem i wciąż pozostaje
wyznawczynią kultu zdrowia i młodości. Od czasu do czasu zdarzają
się jednak momenty, gdy nie boi się spojrzeć w lustro. Filmy
podejmujące temat starości traktują swoich bohaterów niczym
mentorów, którzy w oczach wielu osób zyskali rangę wzorów do
naśladowania. Zgodnie ze
średniowiecznym jeszcze toposem ars bene moriendi
nabyte w życiu doświadczenie pomaga imrównież w przygotowaniu na
śmierć i godnym rozstaniu się z tym światem. Równie interesujące
bywają jednak wizje, w których reżyserzy pozwalają bohaterom na
zboczenie z wyznaczonych ścieżek i wyrażenie sprzeciwu wobec
przemijania. Niezależnie od artystycznych różnic, twórcom
podejmującym tematykę starości często udaje się osiągnąć
podobny cel. Właśnie dzięki nim marginalizowana w życiu
społecznym grupa odzyskuje należne miejsce i choćby na krótką
chwilę pojawia się w centrum uwagi odbiorców kultury.
O tym,
że starość wciąż stanowi dla filmowców istotny temat do
refleksji świadczą wyniki zorganizowanego przez brytyjski magazyn
„Sight and Sound” plebiscytu na „Najlepszy film wszechczasów”.
W dwóch osobnych ankietach swoje typy wybierali odpowiednio- twórcy
i krytycy filmowi. W głosowaniu reżyserów pierwsze miejsce zajęła
„Tokijska opowieść, którą w gronie ulubionych filmów umieścili
między innymi Mike Leigh, Aki Kaurismaki i Bela Tarr. Co urzekło
wszystkich tych znakomitych reżyserów w powstałym w 1953 roku
dziele Yasujiro Ozu? Film uznany za opus
magnum
japońskiego twórcy daje się odczytać jako współczesna baśń o
żegnaniu się ze światem. Ozu przedstawia w niej perypetie dwójki
staruszków wyruszających prowincji do Tokio, by odwiedzić dorosłe
już dzieci. Przywiązani do przedwojennych tradycji seniorzy nie
mogą jednak znaleźć wspólnego języka z potomkami, którzy
gorliwie włączyli się w proces budowania nowej Japonii.
Prowincjonalni bohaterowie czują się zagubieni w wielkim mieście,
nie potrafią wytrzymać coraz bardziej dynamicznego tempa życia i
nie nadążają za przemianami obyczajowymi. Doskonale zdają sobie
sprawę, że zniknięcie dobrze znanego świata stanowi nieuchronny
zwiastun ich własnego przemijania.
(...)
Na
płaszczyźnie literatury specem od ukazywania perwersyjnego związku
Erosa z Tanatosem pozostaje nieodmiennie Philip Roth. Chirurgicznie
precyzyjna, ale i dziwnie poetycka proza Amerykanina bez ogródek
opisuje seksualne fantazje podstarzałych bohaterów. Erotyka stanowi
dla nich płaszczyznę ucieczki, bo – jak stwierdza sam autor w
powieści „Konające zwierzę” - ”seks
to zemsta na śmierci”. W
literaturze Rotha spazm rozkoszy bardzo często przechodzi jednak w
okrzyk bólu, a kostucha upomina się ostatecznie o nieubłagany
odwet.
Dotychczasowe próby flirtu filmowców z twórczością
amerykańskiego pisarza kończyły się bolesnymi rozczarowaniami.
Najbardziej dotkliwy okazał się przypadek „Elegii” Isabelle
Coixet- adaptacji wspomnianego już „Konającego zwierzęcia”.
Już dokonana przez reżyserkę zmiana oryginalnego tytułu stanowiła
wyraźną deklarację twórczej swobody. W tym wypadku zaprowadziła
ona jednak Coixet w ślepą uliczkę. To co u Rotha niedopowiedziane
i ledwie zasugerowane, w „Elegii” pozostaje wykrzyczane widzowi
prosto w twarz. Skomplikowana natura pożądania jakim podstarzały
profesor obdarza młodą kubańską studentkę u Coixet zostaje
zredukowana wyłącznie do romantycznej tęsknoty za prawdziwą
miłością. Ta strywializowana elegia na cześć dojrzałego
erotyzmu wybrzmiewa po prostu fałszywie.
piątek, 2 listopada 2012
Okrucieństwo miłosierdzia - recenzja "Miłości" Michaela Hanekego
Jakkolwiek przewrotnie by to nie zabrzmiało, „Miłość” stanowi zdecydowanie najsubtelniejszy film w dorobku Michaela Hanekego.
(...)
Powolna agonia bohaterki ma w sobie
wstrząsający autentyzm, który po raz ostatni można było
zaobserwować bodaj w bergmanowskich „Szeptach i krzykach”.
„Miłość” to kino z równie wysokiej półki, po dawnemu
wizjonerskie i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. W
szlachetnie prowokacyjnym filmie Hanekego pozorne okrucieństwo z rąk
ukochanego stanowi przecież najczystszy akt miłosierdzia.
Więcej w listopadowym numerze miesięcznika HIRO
Etykiety:
filmy o cierpieniu,
filmy o dojrzałej miłości,
filmy o starości,
Ingmar Bergman,
Michael Haneke,
Miłość,
najlepsze filmy roku,
recenzja Miłości Hanekego,
Szepty i krzyki,
Złota Palma w Cannes
Subskrybuj:
Posty (Atom)