Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy o starości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy o starości. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Na fałszywej nucie - recenzja "Kwartetu" Dustina Hoffmana





Dustin Hoffman zaprasza nas na wizytę w domu zbyt spokojnej starości. „Kwartet” wygląda jak efekt podświadomej inspiracji chybionym „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta. W obu filmach autentyczne problemy podeszłego wieku nikną pod naporem egzaltowanej iluzji. Emerytowani śpiewacy operowi z „Kwartetu” wydają się nie mieć innych rozterek niż przekomarzanki przy herbatce i deklarowana w codziennych rozmowach tęsknota za przebrzmiałą sławą. Seans filmu Hoffmana wzbudza tęsknotę za pamiętną „Miłością” Hanekego. Chwilami aż chciałoby się, aby ponury Austriak wpadł na plan, wsypał komuś arszenik do herbaty, innemu odłączył aparat słuchowy, a w finale udusił poduszką jakąś pretensjonalną diwę. W fałszywie wybrzmiewającym „Kwartecie” nie ma jednak miejsca na podobny wstrząs. Spóźniony debiut reżyserski Hoffmana wygląda jak efekt działania znudzonego emeryta, który postanowił spróbować w życiu czegoś nowego. W tym przypadku korzystniej było chyba jednak skoczyć na bungee.

czwartek, 14 marca 2013

Rewolucjoniści na emeryturze - recenzja "Zamieszkajmy razem"




(...)

„Zamieszkajmy...” okazuje się najciekawsze wtedy, gdy dotyka najpilniej strzeżonego tabu. Francuski reżyser bez rumieńca wstydu podejmuje tematykę erotycznego życia starych ludzi. Seniorzy z filmu Robelina szczerze opowiadają o seksualnych fantazjach, masturbacji i problemach ze słabnącą potencją. Przytaczane w filmie intymne zwierzenia bywają na przemian poważne i rubasznie komiczne. Filmowy dowcip nie ma jednak na celu ośmieszenia kogokolwiek, lecz służy oswojeniu sfery seksu i uznaniu jej za naturalną część życia bohaterów.

Nieco utopijny charakter przedstawianej wizji pozwala Robelinowi na wprowadzenie do opowieści o przemijaniu odrobiny anarchizującej energii. Szalona idea, by na starość zamieszkać w kilkuosobowej komunie, staje się czymś na kształt łabędziego śpiewu weteranów pokolenia ’68. Nie przez przypadek kluczowa dla fabuły propozycja wychodzi od niezmordowanego w swojej politycznej aktywności Jeana. Właśnie za sprawą tej postaci nad filmem Robelina unosi się duch czasów, w których na paryskich ulicach skandowano z przekonaniem hasła w stylu „Zabrania się zabraniać”. Być może postulowaną wówczas wolność od konwenansów i ograniczeń w pełni uda się bohaterom uzyskać dopiero na emeryturze.

Więcej na łamach Dziennika

niedziela, 13 stycznia 2013

Oblicza starej damy - o wizerunkach starości w kinie








Nobliwa X muza nie wydaje się szczególnie życzliwa dla swych rówieśników. Ponadstuletnia stara dama maskuje wiek wymyślnym make- upem i wciąż pozostaje wyznawczynią kultu zdrowia i młodości. Od czasu do czasu zdarzają się jednak momenty, gdy nie boi się spojrzeć w lustro. Filmy podejmujące temat starości traktują swoich bohaterów niczym mentorów, którzy w oczach wielu osób zyskali rangę wzorów do naśladowania. Zgodnie ze średniowiecznym jeszcze toposem ars bene moriendi nabyte w życiu doświadczenie pomaga imrównież w przygotowaniu na śmierć i godnym rozstaniu się z tym światem. Równie interesujące bywają jednak wizje, w których reżyserzy pozwalają bohaterom na zboczenie z wyznaczonych ścieżek i wyrażenie sprzeciwu wobec przemijania. Niezależnie od artystycznych różnic, twórcom podejmującym tematykę starości często udaje się osiągnąć podobny cel. Właśnie dzięki nim marginalizowana w życiu społecznym grupa odzyskuje należne miejsce i choćby na krótką chwilę pojawia się w centrum uwagi odbiorców kultury.

O tym, że starość wciąż stanowi dla filmowców istotny temat do refleksji świadczą wyniki zorganizowanego przez brytyjski magazyn „Sight and Sound” plebiscytu na „Najlepszy film wszechczasów”. W dwóch osobnych ankietach swoje typy wybierali odpowiednio- twórcy i krytycy filmowi. W głosowaniu reżyserów pierwsze miejsce zajęła „Tokijska opowieść, którą w gronie ulubionych filmów umieścili między innymi Mike Leigh, Aki Kaurismaki i Bela Tarr. Co urzekło wszystkich tych znakomitych reżyserów w powstałym w 1953 roku dziele Yasujiro Ozu? Film uznany za opus magnum japońskiego twórcy daje się odczytać jako współczesna baśń o żegnaniu się ze światem. Ozu przedstawia w niej perypetie dwójki staruszków wyruszających prowincji do Tokio, by odwiedzić dorosłe już dzieci. Przywiązani do przedwojennych tradycji seniorzy nie mogą jednak znaleźć wspólnego języka z potomkami, którzy gorliwie włączyli się w proces budowania nowej Japonii. Prowincjonalni bohaterowie czują się zagubieni w wielkim mieście, nie potrafią wytrzymać coraz bardziej dynamicznego tempa życia i nie nadążają za przemianami obyczajowymi. Doskonale zdają sobie sprawę, że zniknięcie dobrze znanego świata stanowi nieuchronny zwiastun ich własnego przemijania.

(...)

Na płaszczyźnie literatury specem od ukazywania perwersyjnego związku Erosa z Tanatosem pozostaje nieodmiennie Philip Roth. Chirurgicznie precyzyjna, ale i dziwnie poetycka proza Amerykanina bez ogródek opisuje seksualne fantazje podstarzałych bohaterów. Erotyka stanowi dla nich płaszczyznę ucieczki, bo – jak stwierdza sam autor w powieści „Konające zwierzę” - ”seks to zemsta na śmierci”. W literaturze Rotha spazm rozkoszy bardzo często przechodzi jednak w okrzyk bólu, a kostucha upomina się ostatecznie o nieubłagany odwet.

Dotychczasowe próby flirtu filmowców z twórczością amerykańskiego pisarza kończyły się bolesnymi rozczarowaniami. Najbardziej dotkliwy okazał się przypadek „Elegii” Isabelle Coixet- adaptacji wspomnianego już „Konającego zwierzęcia”. Już dokonana przez reżyserkę zmiana oryginalnego tytułu stanowiła wyraźną deklarację twórczej swobody. W tym wypadku zaprowadziła ona jednak Coixet w ślepą uliczkę. To co u Rotha niedopowiedziane i ledwie zasugerowane, w „Elegii” pozostaje wykrzyczane widzowi prosto w twarz. Skomplikowana natura pożądania jakim podstarzały profesor obdarza młodą kubańską studentkę u Coixet zostaje zredukowana wyłącznie do romantycznej tęsknoty za prawdziwą miłością. Ta strywializowana elegia na cześć dojrzałego erotyzmu wybrzmiewa po prostu fałszywie.

(....)


Więcej w najnowszym numerze  FRAGILE


piątek, 2 listopada 2012

Okrucieństwo miłosierdzia - recenzja "Miłości" Michaela Hanekego





Jakkolwiek przewrotnie by to nie zabrzmiało, „Miłość” stanowi zdecydowanie najsubtelniejszy film w dorobku Michaela Hanekego.

(...) 

Powolna agonia bohaterki ma w sobie wstrząsający autentyzm, który po raz ostatni można było zaobserwować bodaj w bergmanowskich „Szeptach i krzykach”. „Miłość” to kino z równie wysokiej półki, po dawnemu wizjonerskie i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. W szlachetnie prowokacyjnym filmie Hanekego pozorne okrucieństwo z rąk ukochanego stanowi przecież najczystszy akt miłosierdzia.

Więcej w listopadowym numerze miesięcznika HIRO