Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wes Anderson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wes Anderson. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 sierpnia 2016

Między euforią a melancholią. Kino Mii Hansen - Love



Mia Hansen-Løve wkroczyła do świata kina na zaproszenie Oliviera Assayasa. Francuski reżyser odkrył ją na castingu i zaoferował niewielką rolę w filmie „Późny sierpień, wczesny wrzesień”. Krótka współpraca przerodziła się w dojrzały związek, a Hansen – Løve u boku męża odważyła się spróbować sił jako reżyserka. Choć za swoje filmy zbierała dobre recenzje, początkowo znajdowała się w cieniu sławniejszego partnera. Uczennica stopniowo skracała jednak dystans, a ostatnio wyprzedziła swojego mistrza o kilka długości. Podczas gdy Assayas doświadczył gwizdów canneńskiej widowni po seansie „Personal Shoppera”, kilka miesięcy wcześniej Hansen-Løve zachwyciła jurorów Berlinale za sprawą „Co przynosi przyszłość”. Nowy film przyniósł jej zasłużoną nagrodę za reżyserię, a także zapewnił miejsce – obok Paola Sorrentina czy Joachima Triera - w elitarnym gronie największych melancholików współczesnego kina.


Inaczej niż niektóre tytuły w dorobku rozpolitykowanego Assayasa, wszystkie dzieła Hansen-Løve pozostają dyskretne, intymne i pełne elementów autobiograficznych. To ostatnie nie może dziwić, gdyż rodzina artystki przypomina bohaterów „Genialnego klanu” Wesa Andersona: dwoje statecznych profesorów o duńskich korzeniach wychowało pod swym dachem cenioną reżyserkę i popularnego DJ-a. Historia Svena, starszego brata Mii, posłużyła zresztą reżyserce za inspirację dla „Edenu”. W „Co przynosi przyszłość” Hansen-Løve odnosi się z kolei do przemian zachodzących w życiu swojej matki, a „Ojca moich dzieci” zamierzyła jako hołd dla zaprzyjaźnionego producenta – Humberta Balsana. Najbardziej osobistym filmem Francuzki po dziś dzień pozostaje jednak „Żegnaj, pierwsza miłości” – historia nastolatki niemogącej otrząsnąć się po rozstaniu ze starszym chłopakiem.

Hansen-Løve otwarcie przyznaje, że właśnie młodzieńczy zawód miłosny okazał się impulsem, który pchnął ją do świata sztuki. Nic zatem dziwnego, że właściwie nad każdym filmem reżyserki unosi się aura utraty, rozczarowania i niespełnienia. Bohaterowie Hansen-Løve są mistrzami świata w pięknym przegrywaniu. W jej debiutanckim „Wszystko będzie wybaczone” pisarz traci życiową równowagę z powodu kryzysu twórczego, a w „Ojcu….” producent popada w tarapaty w wyniku finansowej klapy swych ambitnych projektów. W „Co przyniesie…” z kolei nauczycielka filozofii pewnego dnia dowiaduje się, że wydawnictwo nie chce już publikować jej książek. Ukazane na ekranie bolą tym bardziej, że dotykają ludzi obdarzonych nadmierną wrażliwością i kruchą psychiką. Dlatego kończą się zwykle poważnym kryzysem egzystencjalnym, uzależnieniem od narkotyków, a nawet – jak w przypadku bohatera „Ojca…” – samobójstwem.

Choć filmy Hansen-Løve przesiąknięte są smutkiem, ambicje reżyserki wykraczają poza chęć przygnębienia widza. Twórczyni „Edenu” unika skrajności, lubuje się w eksplorowaniu emocjonalnych pograniczy, a ekranowe światy konstruuje zgodnie z zasadą ambiwalencji. Dlatego podkreśla, że praca nad produkcją filmów, która wyniszcza Grégoire'a w „Ojcu…”, jednocześnie dostarcza mu jedynej w swoim rodzaju rozkoszy. Analogiczną rolę w życiu Camille z „Żegnaj…” pełni toksyczna miłość, a w przypadku Paula z „Edenu” – obsesja na punkcie muzyki. Właśnie w tym ostatnim filmie pada zresztą idealnie podsumowujące status wszystkich bohaterów Hansen-Løve zdanie o funkcjonowaniu „pomiędzy euforią a melancholią”.

Portretowanie postaci znajdujących się w egzystencjalnym zawieszeniu wywiera istotny wpływ na konstrukcję filmów Francuzki. Autorka „Edenu” uprawia właściwie metafizyczne kino drogi, którego bohaterowie znajdują się w nieustannej podróży. Inaczej niż w klasycznych road movies, nie poruszają się jednak ściśle określoną trasą zwieńczoną przeżyciem upragnionej przemiany. U Hansen-Løve wędrowcy nie mają zwykle określonego celu, dryfują od przypadku do przypadku, wiedzeni impulsem, instynktem bądź przeczuciem. Pod tym względem wydają się gorliwymi spadkobiercami paryskich flaneurów.

Hansen-Løve uwielbia filmować swych bohaterów w ruchu. Symptomatyczna pod tym względem wydaje się scena z „Żegnaj…”, w której Camille umawia się z Sullivanem na – obowiązkową w każdym francuskim filmie – kawiarnianą rozmowę o uczuciach. Już po wymianie kilku zdań oboje opuszczają lokal i kontynuują dyskusję podczas spaceru. U twórczyni „Wszystko będzie wybaczone” ruch sprzyja rozmyślaniom, wyraża pragnienie okiełznania panującego wokół chaosu i znalezienia właściwego rytmu życia. Wyposażanie bohaterów w tego rodzaju tęsknoty zbliża Hansen-Løve do jej ulubionego – obok Truffauta i Garrela – reżysera – Erica Rohmera. Opiekuńczy duch mistrza Nowej Fali unosi się przede wszystkim nad wspominanym „Żegnaj…”. Najpierw, wzorem Delphine z „Zielonego promienia”, Camille – lecząca rany po nieudanym związku – udaje się w podróż, z której wraca z nową miłością. Później, gdy tworzy już udany związek z duńskim architektem, musi – tak jak bohater „Miłości po południu” - odrzucić pokusę związaną z powrotem dawnego partnera. Kiedy już Camille udaje się na dworzec zdecydowana, by odwiedzić Sullivana w Marsylii, spóźnienie pociągu odwodzi ją jednak od pomysłu zdrady. Przejmująca scena dowodzi, że Hansen-Løve zapewne zgodziłaby się z Rohmerem mawiającym, że „W życiu wszystko jest przypadkowe z wyjątkiem samego przypadku”.


Z twórcą „Mojej nocy u Maud” reżyserkę „Edenu” łączy legendarna obsesja na punkcie szczegółu stanowiąca również tajną broń każdego melancholika. Skoncentrowanie uwagi na detalach pozwala głęboko zanurzyć się w przedstawionym świecie i oddalić od niego na jakiś czas widmo przemijania. Perfekcjonizm Hansen-Løve nie ma w sobie nic z manii ani fanaberii, lecz stanowi rodzaj etycznej powinności. Doskonale widać to choćby w drobiazgowo opisującym realia filmowego biznesu „Ojcu…” albo w „Co przyniesie przyszłość”, w którym pełne nazwisk, cytatów i parafraz dyskusje bohaterów nadają się do tego, by śledzić je z podręcznikiem filozofii w ręku.

(...) cały tekst w sierpniowym numerze miesięcznika KINO


piątek, 26 września 2014

Nie wierzę w pomniki - wywiad z Łukaszem Palkowskim, reżyserem 'Bogów" i zwycięzcą festiwalu w Gdyni






Piotr Czerkawski: W trakcie przedstawianych w „Bogach” wydarzeń byłeś dziesięcioletnim brzdącem. Czy często wracasz myślami do tamtego okresu i uznałeś swój film za pretekst do sentymentalnej podróży?

Łukasz Palkowski: Kiedy byłem dzieckiem, codzienność PRL -  u nie wydawała się niczym dziwnym. Nie znałem w końcu żadnej innej rzeczywistości. Byliśmy po prostu uśmiechniętymi chłopcami, którzy podrywali dziewczyny rzucając w ich kierunku kamieniami.  Nie jestem uzależniony od tych wspomnień i – wbrew wielu opiniom – nie sądzę byśmy przykładali w „Bogach” szczególną wagę do rekonstruowania przeszłości. Przeciwnie, po prostu filmowaliśmy naszych bohaterów, nie zwracając uwagi na otoczenie. Potem usunęliśmy bilbordy, czy współczesne auta i było po sprawie.

Zbigniew Religa był bardzo znaną postacią. Wszyscy mogliśmy stworzyć sobie jego obraz na bazie wywiadów, wystąpień publicznych czy działań w sferze polityki. Czy przystępując do pracy nad „Bogami” miałeś poczucie, że wiesz o swoim bohaterze więcej niż inni?

 Pewnie cię zaskoczę, ale w zasadzie pamiętałem go tylko z roli ministra zdrowia. O kulisach fascynującej działalności Religi dowiedziałem się z pierwszej lektury scenariusza. Z jednej strony – było to świadectwo koszmarnej ignorancji, z drugiej – takie podejście opłaciło się, bo zapewniło mi świeżość spojrzenia. Poznawałem historię Religi w taki sam sposób, w jaki widz będzie odkrywał ją na ekranie.

(...)


„Bogowie” to film klasycznie zrealizowany, ale pod względem myślowym chyba jednak przełomowy. Zamiast pokazywać martyrologię i tłamszenie jednostek przez system, skupiasz się  na biografii człowieka sukcesu. Czy myślisz, że pełni skaz, ale ujmujący bohaterowie w typie Religi są bardziej potrzebni niż pomnikowe autorytety?
Osobiście po prostu nie wierzę w pomniki. Na każdym krysztale znajdziemy rysę. Mamy jednak opory, by przyjąć to do wiadomości i może dlatego nie potrafimy atrakcyjnie opowiadać zarówno o naszej przeszłości, jak i o jej bohaterach. To może kretyński przykład, ale kiedy słyszę utwory szwedzkiego Sabatonu dotyczące polskiej historii, rośnie we mnie serce. Czemu my tego nie potrafimy? Nie mamy dystansu? Boimy się? A może po prostu traktujemy naszego odbiorcę jak skończonego debila? Większości z nas nie żyje się najlepiej – potrzebujemy pokrzepienia. Ale dostarczonego nam przez bohatera z krwi i kości, takiego, z  którym możemy się utożsamić. Tylko wtedy uwierzymy, że możemy pójść w jego ślady, a tym samym film spełni swoje zadanie.

Pewna zmiana mentalności daje się zauważyć chyba także w podejściu do polskiego kina. Jeszcze kilka lat temu gdyński triumf takiego filmu jak „Bogowie” – adresowanego do masowego widza,  śmiało korzystającego z wzorców kina gatunkowego chyba nie byłby możliwy. Czy mniej więcej to miałeś na myśli, gdy żartowałeś ze sceny: „„Jeżeli Palkowski dostaje Złote Lwy, to chyba wszystko jest możliwe…”?

Miałem świadomość, że widowni nasz film się podoba. Nie wierzyłem jednak, że możemy wygrać festiwal. Tym bardziej w takim towarzystwie. Koniec końców Złote Lwy odebrał jednak młody, niezależny producent i reżyser, któremu powiedziano kiedyś, że nie ma prawa pracować w zawodzie, bo nie skończył szkoły filmowej. Faktem jest więc, że następują zmiany. Wkrótce przekonamy się jak głębokie.

Zarówno przy okazji debiutanckiego „Rezerwatu”, jak i teraz przy „Bogach” powtarzasz, że chcesz robić filmy po to, by widz po seansie czuł się lepiej niż przed wejściem na salę. Czy od początku myślałeś o kinie właśnie w taki sposób? 

Zanim nakręciłem „Rezerwat” chciałem zbawiać świat tak jak twórcy włoskiego neorealizmu. Kiedy przystępowałem do pracy nad debiutem byłem po prostu bardziej szczęśliwy niż wcześniej, a to przełożyło się bezpośrednio na nastrój powstającego filmu. Poprawy humoru szukam także w dziełach innych twórców. Andrzej Jakimowski czy Wes Anderson zawsze wiedzą jak wpuścić światło do  serca widza.
 
(...)

Cały wywiad ukazał się w dzisiejszym wydaniu Dziennika


czwartek, 2 stycznia 2014

Najbardziej oczekiwane filmy 2014 roku


1. Nimfomanka (Nymphomaniac, Lars Von Trier), polska premiera: 10 stycznia



2. Zaginiona dziewczyna (Gone Girl, David Fincher), 10 października


3. The Grand Budapest Hotel (Wes Anderson), 28 marca


4. Sin City: Damulka warta grzechu (Sin City: A Dame to Kill For), 22 sierpnia





5. Pod mocnym aniołem (Wojciech Smarzowski), 17 stycznia


6. Ona (Her), Spike Jonze, 28 luty


7. Borgman (Alex van Warmerdam), 28 luty


8. Tajemnica Filomeny (Philomena, Stephen Frears), 21 luty 


9. Nieznajomy nad jeziorem (Stranger by the Lake, Alain Guiraudie), 28 luty



10. American Hustle (David O. Russell), 14 luty


wtorek, 16 lipca 2013

Noah Be




Noaha Baumbacha nie da się nie lubić. Nietuzinkowa osobowość reżysera zainspirowała członków jednego z najbardziej znanych indie – folkowych zespołów w Wielkiej Brytanii do przyjęcia nazwy Noah and the Waves. Twórca „Walki żywiołów” poszedł  swego czasu o krok dalej i nadał synowi ekscentryczne imię Rohmer tylko po to, by oddać hołd słynnemu francuskiemu filmowcowi. Baumbach dał się poznać jako dobry kumpel Petera Bogdanovicha i Wesa Andersona, a przez Todda Solondza bywa nazywany „nadzieją amerykańskiego kina niezależnego”. Mimo równie silnych rekomendacji, ogromny talent reżysera wciąż nie doczekał się jeszcze proporcjonalnego uznania. Choć Baumbach uchodzi za pupila amerykańskiej krytyki, może tylko pomarzyć o komforcie pracy właściwemu wielu mniej zdolnym kolegom. Powstanie niemal każdego filmu reżysera wisi na włosku ze względu na problemy finansowe. Kłopoty ze skompletowaniem budżetu opóźniły powstanie wybitnej „Walki żywiołów” o cztery lata. Niedługo później poważnie zagrożoną realizację „Greenberga” uratowało dopiero zaangażowanie do obsady Bena Stillera. Nieufność producentów wobec artysty formatu Baumbacha pozostaje trudna do wytłumaczenia. Twórca „Margot jedzie na ślub” wielokrotnie udowadniał przecież, że dysponuje znakomitym rozpoznaniem swojej epoki. Znakomite kino  Baumbacha stanowi kronikę czasów opóźniającego się dojrzewania. W niemal każdym swoim filmie reżyser opowiada o inteligentnych neurotykach, którzy z poczuciem dezorientacji i bezsilności zastygają na życiowym rozdrożu.

Choć Baumbach doskonale wyczuwa puls współczesności, bardziej komfortowo niż dziś mógłby czuć się zapewne w złotych czasach kina autorskiego. Twórca „Walki żywiołów” sprawia wrażenie zaginionego brata Francoisa Truffauta czy Jeana- Luca Godarda. Chwilami amerykański reżyser sprawia wręcz wrażenie ostatniego kapłana zapomnianego kultu kinofilii. Baumbach potrzebuje filmów jak powietrza i konsekwentnie ozdabia autorskie wizje finezyjnymi nawiązaniami do ulubionych klasyków. Wzorem mistrzów francuskiej Nowej Fali, twórca „Greenberga” lubi powtarzać, że najsilniejszej inspiracji dostarcza mu codzienne życie. Baumbach często zamieszcza w fabułach wątki autobiograficzne, a w kolejnych filmach chętnie obsadza aktualne życiowe partnerki. Jednym z najważniejszych bohaterów nieodmiennie pozostaje dla Baumbacha także ukochane miasto Nowy Jork.

Przyszły twórca „Walki żywiołów” od urodzenia wydawał się skazany na kino. Oboje rodzice Baumbacha parali się krytyką filmową i zapewnili synowi wychowanie w odpowiednio intelektualnej atmosferze. Po dziś dzień reżyser osadza akcję swoich fabuł w dobrze znanym sobie środowisku wielkomiejskiej burżuazji. Bohaterami filmów Baumbacha niemal zawsze pozostają osoby związane z profesjami artystycznymi: ambitni scenarzyści, aspirujący pisarze, utalentowane tancerki. Ludzie tego pokroju nie muszą martwić o niezapłacone rachunki, nazywają swoje psy imionami niemieckich kompozytorów, a wolne chwile spędzają na rozmowach o powieściach Francisa Scotta Fitzgeralda.

(...)



Charakteryzująca „Frances Ha” energia chwilami rozsadza wręcz kinowy ekran. Duża w tym zasługa Gerwig, która perfekcyjnie oddaje dynamiczny rytm życia swojej bohaterki. Znajdująca się w wiecznym pośpiechu Frances właściwie nie chodzi, lecz mknie przez nowojorskie ulice w rytm – zapożyczonych z filmów Francoisa Truffauta – urokliwych kompozycji Gerogesa Delerue. Tempo Frances udzieliło się także samym twórcom. Noah i Greta rozpoczęli już pracę nad nieformalną kontynuacją filmu, a co jakiś czas w wywiadach dzielą się informacjami na temat kolejnych wspólnych projektów. Strach pomyśleć dokąd dotrze ta dwójka, gdy rozpędzi się już na dobre.

Więcej w lipcowym HIRO 

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Najlepsze filmy IV kwartału w polskich kinach



1. Miłość (Amour, Michael Haneke)


Powolna agonia bohaterki ma w sobie wstrząsający autentyzm, który po raz ostatni można było zaobserwować bodaj w bergmanowskich „Szeptach i krzykach”. „Miłość” to kino z równie wysokiej półki, po dawnemu wizjonerskie i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. (....)" - HIRO 11/2012


2. Moonrise Kingdom (Wes Anderson)




„Amerykański reżyser z wdziękiem potrafi połączyć w nim ekscentryczną komedię, inicjacyjną baśń i ujmującą opowieść o sile pierwszej miłości. Anderson uchyla przed nami drzwi do dziecięcej rupieciarni, oszałamiającej intensywną kolorystyką i bogactwem gadżetów (...)” - DZIENNIK 30.11.2012

3.  Niech żyją antypody (Viva Las Antipodas, Wiktor Kossakowski)


„Dokument Wiktora Kossakowskiego ma w sobie energię, której można spodziewać się po okrzyku manifestującym zachwyt nad światem. Jednocześnie jednak film rosyjskiego reżysera skutecznie broni się przed oskarżeniami o naiwność i egzaltację (...)" - DZIENNIK  9.11.2012

4. Mistrz (The Master, Paul Thomas Anderson)


 "Paul Thomas Anderson wciąż w mistrzowskiej formie. W swoim najnowszym filmie amerykański reżyser potwierdził reputację najbardziej przenikliwego, obok Todda Solondza, krytyka swojej ojczyzny. (...)- DZIENNIK 16.11.2012

5.  Operacja Argo (Argo, Ben Affleck)






„Operacja Argo” zakończyła się pełnym sukcesem. Trudno zgodzić się z przewrażliwionymi krytykami, którzy po tym filmie dostrzegają w Benie Afflecku wyłącznie zdolnego propagandzistę. W „Operacji Argo” bardziej niż ideologiczne wyrachowanie reżysera rzuca się w oczy jego młodzieńczy wręcz entuzjazm. (...)" - CINEMA ENCHANTE


6. Siedmiu psychopatów (7 Psychopaths, Martin McDonagh)




"Twórca „Siedmiu psychopatów” prowadzi wyrafinowaną grę z przyzwyczajeniami widza. Tam gdzie spodziewamy się erupcji przemocy film zaskakuje nas ekscentrycznym żartem a pozornie monotonną scenę potrafi ubarwić absurdalną puentą. (...)" - CINEMA ENCHANTE


7. Skyfall (Sam Mendes)






"Jeśli artystyczna klęska „Quantum of Solace” miała być gwoździem do trumny dla bondowskiej serii, „Skyfall” przynosi jej autentyczne zmartwychwstanie. Bodaj od czasu „Dziewczyny z tatuażem” Finchera nie mieliśmy na ekranie filmu, w którym radość ze snucia opowieści tak wyraźnie łączyłaby się z formalną maestrią reżysera.(...)" - CINEMA ENCHANTE


8. Bogowie ulicy (End of Watch, David Ayer)



"Bijący z filmu autentyzm stanowi przede wszystkim zasługę Ayera, który jako scenarzysta „Dnia próby” czy reżyser „Królów ulicy” zapracował na status speca od kina policyjnego..W swoim nowym filmie amerykański twórca wznosi się na wyżyny umiejętności. „Bogom ulicy” udaje się połączyć wdzięk „Zabójczej broni” z energią „Elitarnych” (...)" - DZIENNIK 16.12.2012


9. Take This Waltz (Sarah Polley)




"Sarah Polley już po raz drugi w karierze ujawnia niepospolity talent reżyserski. "Take This Waltz" z gracją balansuje na krawędzi rutyny i szaleństwa, poczucia bezpieczeństwa i skłonności do ryzyka. (...)" - DZIENNIK 5.10.2012


10. Kurczak ze śliwkami (poulet aux prunes, Marjane Satrapi, Vincent Paronnaud)



"Reżyserski duet zabiera widza w nostalgiczną podróż do Teheranu lat 50. Irańska stolica w niczym nie przypomina – znanej z telewizyjnych newsów – posępnej twierdzy ajatollahów. Filmowy Teheran tętni życiem, a reżyserzy robią wszystko, by zapoznać widza z jego barwami, smakami i zapachami. (...)" - DZIENNIK 26.12.2012


sobota, 1 grudnia 2012

W królestwie Andersona - recenzja "Moonrise Kingdom"



"Moonrise Kingdom. Kochankowie z Księżyca" to najlepszy z dotychczasowych filmów Wesa Andersona.Amerykański reżyser z wdziękiem potrafi połączyć w nim ekscentryczną komedię, inicjacyjną baśń i ujmującą opowieść o sile pierwszej miłości. Anderson uchyla przed nami drzwi do dziecięcej rupieciarni, oszałamiającej intensywną kolorystyką i bogactwem gadżetów. Jednocześnie jednak "Moonrise Kingdom" zdecydowanie wznosi się ponad pusty, stylistyczny popis. Film Andersona stanowi raczej ćwiczenie wykonane przez diablo zdolnego prymusa, który oprócz umiejętności włożył w nie mnóstwo serca.

Fabularny punkt wyjścia przypomina sytuację z jaką mieliśmy do czynienia w "Rushmore". Oba filmy przybliżają nam postać genialnego outsidera występującego przeciw ograniczającej go zbiorowości. W "Moonrise Kingdom" obserwujemy wysiłki Sama, który postanawia zdezerterować z letniego obozu dla skautów. Tak jak w "Rushmore", główną siłę napędową jego buntu stanowi gorące, młodzieńcze uczucie. W nowym filmie Andersona wybranką bohatera pozostaje zjawiskowa Suzy Bishop. Dziewczynę łączy z Samem jednakowe rozczarowanie rzeczywistością, które w jej przypadku objawia się w pogardzie dla pełnej fałszu atmosfery rodzinnego domu.

Mimo ironicznego tonu dominującego w całym filmie rodzącą się miłość reżyser umie potraktować z należną jej powagą. Wizja Andersona pozostaje pozbawiona zarówno perwersyjnej kokieterii, jak i pruderyjnego zawstydzenia.

(...) Więcej w Dzienniku