Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Jakimowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Jakimowski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 listopada 2017

Czułość zamiast okrucieństwa - "Pewnego razu w listopadzie" Andrzeja Jakimowskiego




Andrzej Jakimowski udowadnia, że nawet w podzielonej Polsce da się opowiedzieć o „tu i teraz” w sposób niezahaczający o niskiej jakości publicystykę. Zamiast podsycać jałowe polityczne spory, reżyser pozostaje sobą – stronnikiem outsiderów, dla których nie ma większej cnoty niż niezależność. Może i świat jest tu zbyt czarno – biały i bohaterowie nadmiernie idealizowani, ale po stokroć wolę tę czułą przesadę od zwyczajowego protekcjonalizmu „polskiego kina niezależnego”.


* Za zaproszenie na seans dziękuję serdecznie CINEMA CITY WROCLAVIA VIP

piątek, 26 września 2014

Nie wierzę w pomniki - wywiad z Łukaszem Palkowskim, reżyserem 'Bogów" i zwycięzcą festiwalu w Gdyni






Piotr Czerkawski: W trakcie przedstawianych w „Bogach” wydarzeń byłeś dziesięcioletnim brzdącem. Czy często wracasz myślami do tamtego okresu i uznałeś swój film za pretekst do sentymentalnej podróży?

Łukasz Palkowski: Kiedy byłem dzieckiem, codzienność PRL -  u nie wydawała się niczym dziwnym. Nie znałem w końcu żadnej innej rzeczywistości. Byliśmy po prostu uśmiechniętymi chłopcami, którzy podrywali dziewczyny rzucając w ich kierunku kamieniami.  Nie jestem uzależniony od tych wspomnień i – wbrew wielu opiniom – nie sądzę byśmy przykładali w „Bogach” szczególną wagę do rekonstruowania przeszłości. Przeciwnie, po prostu filmowaliśmy naszych bohaterów, nie zwracając uwagi na otoczenie. Potem usunęliśmy bilbordy, czy współczesne auta i było po sprawie.

Zbigniew Religa był bardzo znaną postacią. Wszyscy mogliśmy stworzyć sobie jego obraz na bazie wywiadów, wystąpień publicznych czy działań w sferze polityki. Czy przystępując do pracy nad „Bogami” miałeś poczucie, że wiesz o swoim bohaterze więcej niż inni?

 Pewnie cię zaskoczę, ale w zasadzie pamiętałem go tylko z roli ministra zdrowia. O kulisach fascynującej działalności Religi dowiedziałem się z pierwszej lektury scenariusza. Z jednej strony – było to świadectwo koszmarnej ignorancji, z drugiej – takie podejście opłaciło się, bo zapewniło mi świeżość spojrzenia. Poznawałem historię Religi w taki sam sposób, w jaki widz będzie odkrywał ją na ekranie.

(...)


„Bogowie” to film klasycznie zrealizowany, ale pod względem myślowym chyba jednak przełomowy. Zamiast pokazywać martyrologię i tłamszenie jednostek przez system, skupiasz się  na biografii człowieka sukcesu. Czy myślisz, że pełni skaz, ale ujmujący bohaterowie w typie Religi są bardziej potrzebni niż pomnikowe autorytety?
Osobiście po prostu nie wierzę w pomniki. Na każdym krysztale znajdziemy rysę. Mamy jednak opory, by przyjąć to do wiadomości i może dlatego nie potrafimy atrakcyjnie opowiadać zarówno o naszej przeszłości, jak i o jej bohaterach. To może kretyński przykład, ale kiedy słyszę utwory szwedzkiego Sabatonu dotyczące polskiej historii, rośnie we mnie serce. Czemu my tego nie potrafimy? Nie mamy dystansu? Boimy się? A może po prostu traktujemy naszego odbiorcę jak skończonego debila? Większości z nas nie żyje się najlepiej – potrzebujemy pokrzepienia. Ale dostarczonego nam przez bohatera z krwi i kości, takiego, z  którym możemy się utożsamić. Tylko wtedy uwierzymy, że możemy pójść w jego ślady, a tym samym film spełni swoje zadanie.

Pewna zmiana mentalności daje się zauważyć chyba także w podejściu do polskiego kina. Jeszcze kilka lat temu gdyński triumf takiego filmu jak „Bogowie” – adresowanego do masowego widza,  śmiało korzystającego z wzorców kina gatunkowego chyba nie byłby możliwy. Czy mniej więcej to miałeś na myśli, gdy żartowałeś ze sceny: „„Jeżeli Palkowski dostaje Złote Lwy, to chyba wszystko jest możliwe…”?

Miałem świadomość, że widowni nasz film się podoba. Nie wierzyłem jednak, że możemy wygrać festiwal. Tym bardziej w takim towarzystwie. Koniec końców Złote Lwy odebrał jednak młody, niezależny producent i reżyser, któremu powiedziano kiedyś, że nie ma prawa pracować w zawodzie, bo nie skończył szkoły filmowej. Faktem jest więc, że następują zmiany. Wkrótce przekonamy się jak głębokie.

Zarówno przy okazji debiutanckiego „Rezerwatu”, jak i teraz przy „Bogach” powtarzasz, że chcesz robić filmy po to, by widz po seansie czuł się lepiej niż przed wejściem na salę. Czy od początku myślałeś o kinie właśnie w taki sposób? 

Zanim nakręciłem „Rezerwat” chciałem zbawiać świat tak jak twórcy włoskiego neorealizmu. Kiedy przystępowałem do pracy nad debiutem byłem po prostu bardziej szczęśliwy niż wcześniej, a to przełożyło się bezpośrednio na nastrój powstającego filmu. Poprawy humoru szukam także w dziełach innych twórców. Andrzej Jakimowski czy Wes Anderson zawsze wiedzą jak wpuścić światło do  serca widza.
 
(...)

Cały wywiad ukazał się w dzisiejszym wydaniu Dziennika


sobota, 14 czerwca 2014

Dlaczego artyści nie noszą piżam? - rozmowa z Piotrem Stasikiem






Piotr Czerkawski: W jednej ze swych notek biograficznych piszesz: „Gdybym nie był filmowcem, zostałbym rolnikiem”. Poważnie?

Piotr Stasik: Wszyscy moi przodkowie byli rolnikami, więc byłem pewien, że pójdę w ich ślady. Z mojej perspektywy abstrakcyjny wydawał się nawet zawód urzędnika, a co dopiero reżysera filmowego. Dziś jestem jednak pewien, że spędzenie dzieciństwa na wsi miało kluczowe znaczenie dla mojej  wrażliwości. Wieś z moich czasów to przestrzeń czysta, pozbawiona zewnętrznych bodźców, może nawet trochę nudna. Dzięki temu jednak bardzo mocno pobudziła wyobraźnię, która pomaga ożywić otaczający świat. Podobną funkcję spełniały w moim życiu także książki.

Jakie dziecięce lektury szczególnie wryły ci się w pamięć?

Książki o Indianach. Bardzo utożsamiałem się z ich bohaterami. W literaturze fascynowało mnie jednak znacznie więcej tematów. W dzieciństwie przeczytałem chyba wszystkie pozycje z wiejskiej biblioteki. Gdy jej zasoby przestały mi wystarczać, zacząłem zaopatrywać się w książki w najbliższym większym mieście, czyli w Sieradzu. Jeździłem tam mniej więcej raz na tydzień i za każdym razem wracałem z nową lekturą. Te wyprawy były dla mnie jak rytuał, trochę jak święto. 

Kiedy w tym pejzażu pojawiło się także kino?

Mniej więcej równolegle z książkami. Miałem 8,9 lat. Duża w tym zasługa ówczesnej telewizji, która wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Dzięki Jedynce poznałem filmy Wajdy, Konwickiego czy Bergmana. Nieważne, że jako dziecko niewiele z nich rozumiałem. Pojedyncze sceny robiły na mnie tak duże wrażenie, że na trwałe zapisały się w podświadomości.

Gdy wspominasz dzieciństwo, masz w głowie także jakieś pojedyncze obrazy z tego okresu?

Buduję indiańską wioskę z worków foliowych po nawozach, a w tle kościelne dzwony wzywają na nabożeństwo majowe. Byłem wtedy rozdarty między wolnością tego „aktu twórczego”, a silnym poczuciem obowiązku.

Religia odgrywała w twoim życiu tak istotną rolę?

Mieszkałem 200 metrów od barokowego kościoła, w którym podziwiałem obrazy i rzeźby, wsłuchiwałem się w dźwięk organów. Chodziłem tam jak do teatru. 

Jako człowiek wychowany na wsi masz pewnie swoje zdanie na temat sposobu portretowania prowincji w polskim kinie?

Nie lubię się mądrować, ale mam wrażenie, że wielu reżyserów stara się o przesadny autentyzm, realizm a przez to uzyskuje efekt zgoła przeciwny. Budują wiejskie scenografie zamiast wykorzystać istniejące przestrzenie i miejsca, próbują odwzorować obyczaje, ale pozostają w swych staraniach zbyt ostentacyjni, czyści i idealni. Na ekranie czuć, że mamy do czynienia ze spojrzeniem człowieka z zewnątrz. Nie marzę o realizacji fabuł, ale myślę, że kiedyś jeśli spróbuję nakręcić film to uda mi się uniknąć tych stereotypów.

To ciekawe, bo, gdy oglądałem twoje dokumenty, byłem pewien, że przejście do fabuły jest tylko kwestią czasu.

Takich decyzji nie da się zaplanować. Gdy mam w planie jakiś film, najpierw długo przygotowuję się do jego nakręcenia, zdobywam wiedzę, poznaję realia i prowadzę wyczerpującą dokumentację. W następnym etapie zupełnie wyłączam jednak racjonalne myślenie i zawierzam wyłącznie swojej intuicji. To ona ma decydujący wpływ na ostateczny kształt i formę filmu. Swoją strategię nazywam żartobliwie „efektem kanapy”: najpierw ją rozsuwam i długo ścielę, a potem po prostu zaczynam śnić.

Nieźle sobie to wykombinowałeś.

Tyle tylko, że zanim mogłem sobie na to pozwolić, przez kilka lat musiałem sprzedawać ogórki i ziemniaki na targu. W ogóle nie żałuję jednak tych doświadczeń. Powiem więcej, dzięki nim nauczyłem się produkować filmy: poznałem siłę pieniądza, nauczyłem się targować i reklamować własne produkty.

W jednym z wywiadów przyznałeś, że współczesne polskie kino wydaje ci się zbyt przygnębiające. Zgadzam się z tym w zupełności. Może jednak istnieją wyjątki potwierdzające regułę, na przykład filmy Andrzeja Jakimowskiego?

Tak się składa, że część scen w „Dziennika z podróży” kręciłem właściwie w tych samych miejscach, w których Jakimowski realizował „Sztuczki”. Ludzie doskonale go zresztą pamiętali – i inaczej niż z reguły bywa to z filmowcami – mieli same pozytywne wspomnienia. Dzięki temu na wstępie byli w stanie zaufać również mi i po raz kolejny otworzyć się przed kamerą.

Być może właśnie dlatego „Dziennik z podróży” mógł ostatecznie okazać się całkiem pogodnym filmem.

Na własny użytek określam go jako komedię ze smutnym, drugim dnem. Gdy przystępowaliśmy do zdjęć, Tadeusz Rolke – mój przyjaciel i jeden z dwóch głównych bohaterów– był w dość kiepskiej kondycji psychicznej. Choć był już po osiemdziesiątce, właściwie po raz pierwszy w życiu zdał sobie sprawę, że się starzeje. Do tej pory skupiał się wyłącznie na pielęgnowaniu w sobie chłopca: potrafił chłonąć otaczającą rzeczywistość, był spontaniczny, zachwycał się pozornie nieistotnymi szczegółami. Ta niedojrzałość jest ujmująca, ale wiem, że w pewnych sytuacjach także bardzo mu ciąży.

(…)
Na koniec muszę zweryfikować moją ulubioną tezę postawioną przez Tadeusza Rolke w jednej ze scen „Dziennika…”. Czy to prawda, że artyści nie noszą piżam?
Wszystko na to wskazuje. Kupiłem kiedyś jedną, ale ubrałem ją może dwa 
razy w życiu i w ogóle nie mogłem się do niej przekonać. Dzięki Tadeuszowi nareszcie zrozumiałem dlaczego.

Całość na łamach Dziennika


niedziela, 28 kwietnia 2013

Przez zmrużone oczy - recenzja "Imagine" Andrzeja Jakimowskiego





Andrzej Jakimowski wciąż spogląda na świat przez zmrużone oczy. Tak jak w swych poprzednich filmach, twórca „Imagine” stawia tajemnicę ponad pewnością, uwzniośla autentyczną skazę kosztem fałszywej doskonałości. Umieszczenie akcji w środowisku pacjentów prestiżowego ośrodka pomocy niewidomym prowadzi reżysera do przybliżenia widzom nietypowej życiowej postawy. W "Imagine" receptą na zawodność zmysłów miałoby okazać się  zamarzenie sobie nierozpoznanych fragmentów rzeczywistości i wymodelowanie jej za sprawą  własnej wyobraźni. Właśnie do takiego podejścia zachęca swych podopiecznych kontrowersyjny nauczyciel. Ian, przypominający ociemniałego kompana pana Lazhara z filmu Philippe'a Falardeau, ma w sobie jednocześnie coś z geniusza i hochsztaplera. Polski reżyser wstrzymuje się z oceną swojego bohatera aż do  finału, który przywołuje na ekranie magię kina Felliniego. Ostatnia scena "Imagine" stanowi manifest intymnej rewolucji, paradoksalnie skromną deklarację wizjonerstwa. Gdzieś na uboczu świata, między starcami grającymi w warcaby, a klientem awanturującym się z kelnerem jedna z podopiecznych Iana dopuszcza do siebie świadomość życiowego przełomu. Film Jakimowskiego oddaje całą radość momentu, w którym niepewne dotychczas przekonanie zamienia się na naszych oczach w niezbity fakt.