Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Snowpiercer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Snowpiercer. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 stycznia 2017

Ratuje mnie stoicyzm - rozmowa z Johnem Hurtem



(...)

Piotr Czerkawski: Snowpiercer” przedstawia bardzo gorzką wizję świata przyszłości. Czy podziela pan pesymizm reżysera?

Nie sądzę, żeby świat w 2039 roku mógł wyglądać tak jak w filmie, ale sztuka ma prawo wyolbrzymiać pewne problemy. Tylko wtedy może prowokować dyskusję na ważne tematy. Żyjemy w takich czasach, że jeśli nie wstrząśniesz widzami, nigdy nie zainteresują się tym, co masz do powiedzenia.

Czy myśli pan, że kino wciąż ma w sobie moc, by zmieniać zastaną rzeczywistość?

Aż takim optymistą na pewno nie jestem. Wciąż uważam jednak, że oglądanie filmów potrafi poszerzyć nasze horyzonty i umożliwić spojrzenie na niektóre sprawy z nieznanego dotychczas punktu widzenia. W tym samym czasie może, oczywiście, zapewniać widzom świetną rozrywkę i zapewniam, że nie ma w tym żadnej sprzeczności.

Oprócz ról w wielu filmach ma pan na swoim koncie także występ w „Doktorze Who” uznawanym za najdłuższy serial science – fiction w historii telewizji. Jak wspomina pan to doświadczenie?

Zanim zagrałem w „Doktorze Who” odnosiłem wrażenie, że zdaję sobie sprawę z popularności tego serialu. Szybko jednak zorientowałem się, że jej nie doceniłem. To wspaniałe uczucie być częścią przedsięwzięcia, które jest ważne dla tak wielu osób, czasem buduje wręcz pomosty między pokoleniami. „Doktor Who” kojarzy mi się ze świetną zabawą, ale także z ciężką pracą. W serialu roi się od quasi – naukowych odniesień, więc do grania w kolejnych odcinkach trzeba było przygotowywać się jak do klasówki.

Innego rodzaju kult towarzyszy serii o „Harrym Potterze”, z którą również był pan związany. Czy jest pan w stanie zrozumieć jej fenomen?

Podoba mi się, że to właściwie bardzo „realistyczne” fantasy. Niezależnie od aury niesamowitości mamy tam przecież do czynienia z uniwersalną historią o dojrzewaniu. Na takiej samej zasadzie działały na odbiorców najbardziej klasyczne baśnie.

Czy styl gry prezentowany przez pana dziś różni się od aktorstwa, które uprawiał pan na początku kariery?

Nie, bo nigdy nie starałem się grać w określony sposób. To nie sztuka wyuczyć się konkretnej techniki i mechanicznie stosować ją w kolejnych rolach. Dlatego właśnie nie jestem zwolennikiem metody aktorskiej Lee Strasberga. Uważam, że jest szkodliwa, bo ogranicza twoją wyobraźnię i w praktyce sprowadza się do prostego naśladownictwa.

Czy po ponad pół wieku grania w filmach wciąż czerpie pan z niego tę samą przyjemność?

Oczywiście, pewnie dlatego, że nigdy nie traktowałem aktorstwa jako misji, lecz uważałem się po prostu za dostarczyciela rozrywki. Takie podejście bynajmniej nie oznacza jednak, że oceniam swoją działalność jako pozbawioną znaczenia. Dobrze wiem jak bardzo ludzie potrzebują wytchnienia od codzienności. Mimo że lubię swoją pracę, nie będę jednak pana okłamywał, że wszystko układa się w niej idealnie. Czasem dzięki aktorstwu bywam szczęśliwy, innym razem popadam przez nie w depresję.

W jaki sposób radzi pan sobie z takimi kryzysami?

Nie zawsze mi się to udaje. Ogólnie rzecz biorąc, ratuje mnie jednak pewien stoicyzm. Gdy wychodzisz na dwór w czasie deszczu, korzystasz z parasolki. Jeśli nie masz jej przy sobie, musisz zmoknąć, ale niedługo później wyschniesz i wszystko wróci do normy.

Czy to prawda, że niewiele zabrakło, a zamiast aktorem zostałby pan malarzem?

Tak, moi rodzice na pewno byliby z tego bardzo zadowoleni. Na moją pasję aktorską patrzyli raczej z niechęcią, bo uważali, że to zawód bez przyszłości. Jako malarz mogłem natomiast zostać przynajmniej nauczycielem. Nie posłuchałem ich, ale do dziś traktuję malarstwo jako hobby.


A może myśli pan czasami o przejściu na aktorską emeryturę?

O nie. W aktorstwie decydujesz się na ten krok w dwóch przypadkach: albo jesteś ciężko chory, albo nikt nie chce już z tobą pracować. Na całe szczęście nie spełniam jeszcze żadnego z tych warunków.

A zatem może ma pan listę reżyserów, z którymi chciałby pan pracować w przyszłości?


Och, proszę mi wierzyć, że byłoby ich całe mnóstwo. Gdybym jednak musiał wymienić tylko jedno nazwisko, zdecydowałbym się chyba na Michaela Hanekego.

Rozmowa ukazała się w kwietniu 2014 roku w "Dzienniku. Gazecie Prawnej" przy okazji polskiej premiery filmu "Snowpiercer"

czwartek, 3 lipca 2014

Ratuje mnie stoicyzm - wywiad z Johnem Hurtem







(...)

Czy myśli pan, że kino wciąż ma w sobie moc, by zmieniać zastaną rzeczywistość?

Aż takim optymistą na pewno nie jestem. Wciąż uważam jednak, że oglądanie filmów potrafi poszerzyć nasze horyzonty i umożliwić spojrzenie na niektóre sprawy z nieznanego dotychczas punktu widzenia. W tym samym czasie może, oczywiście, zapewniać widzom świetną rozrywkę i zapewniam, że nie ma w tym żadnej sprzeczności.

Oprócz ról w wielu filmach ma pan na swoim koncie także występ w „Doktorze Who” uznawanym za najdłuższy serial science – fiction w historii telewizji. Jak wspomina pan to doświadczenie?

Zanim zagrałem w „Doktorze Who” odnosiłem wrażenie, że zdaję sobie sprawę z popularności tego serialu. Szybko jednak zorientowałem się, że jej nie doceniłem. To wspaniałe uczucie być częścią przedsięwzięcia, które jest ważne dla tak wielu osób, czasem buduje wręcz pomosty między pokoleniami. „Doktor Who” kojarzy mi się ze świetną zabawą, ale także z ciężką pracą. W serialu roi się od quasi – naukowych odniesień, więc do grania w kolejnych odcinkach trzeba było przygotowywać się jak do klasówki.

Innego rodzaju kult towarzyszy serii o „Harrym Potterze”, z którą również był pan związany. Czy jest pan w stanie zrozumieć jej fenomen?

Podoba mi się, że to właściwie bardzo „realistyczne” fantasy. Niezależnie od aury niesamowitości mamy tam przecież do czynienia z uniwersalną historią o dojrzewaniu. Na takiej samej zasadzie działały na odbiorców najbardziej klasyczne baśnie.

Czy styl gry  prezentowany przez pana dziś różni się od aktorstwa, które uprawiał pan na początku kariery?

Nie, bo nigdy nie starałem się grać w określony sposób. To nie sztuka wyuczyć się konkretnej techniki i mechanicznie stosować ją w kolejnych rolach. Dlatego właśnie nie jestem zwolennikiem metody aktorskiej Lee Strasberga. Uważam, że jest szkodliwa, bo ogranicza twoją wyobraźnię i w praktyce sprowadza się do prostego naśladownictwa.

Czy po ponad pół wieku grania w filmach wciąż czerpie pan z niego tę samą przyjemność?

Oczywiście, pewnie dlatego, że nigdy nie traktowałem aktorstwa jako misji, lecz uważałem się po prostu za dostarczyciela rozrywki. Takie podejście bynajmniej nie oznacza jednak, że oceniam swoją działalność jako pozbawioną znaczenia. Dobrze wiem jak bardzo ludzie potrzebują wytchnienia od codzienności. Mimo że lubię swoją pracę, nie będę jednak pana okłamywał, że wszystko układa się w niej idealnie.  Czasem dzięki aktorstwu bywam szczęśliwy, innym razem popadam przez nie w depresję.

W jaki sposób radzi pan sobie z takimi kryzysami?

Nie zawsze mi się to udaje. Ogólnie rzecz biorąc, ratuje mnie jednak pewien stoicyzm. Gdy wychodzisz na dwór w czasie deszczu, korzystasz z parasolki. Jeśli nie masz jej przy sobie, musisz zmoknąć, ale niedługo później wyschniesz i wszystko wróci do normy.

Czy to prawda, że niewiele zabrakło, a zamiast aktorem zostałby pan malarzem?

Tak, moi rodzice na pewno byliby z tego bardzo zadowoleni. Na moją pasję aktorską patrzyli raczej z niechęcią, bo uważali, że to zawód bez przyszłości. Jako malarz mogłem natomiast zostać przynajmniej nauczycielem. Nie posłuchałem ich, ale do dziś traktuję malarstwo jako hobby.


Czy myśli pan czasami o przejściu na aktorską emeryturę?

O nie. W aktorstwie decydujesz się na ten krok w dwóch przypadkach: albo jesteś ciężko chory, albo nikt nie chce już z tobą pracować. Na całe szczęście nie spełniam jeszcze żadnego z tych warunków.

A zatem może ma pan listę reżyserów, z którymi chciałby pan pracować w przyszłości?

Och, proszę mi wierzyć, że byłoby ich całe mnóstwo. Gdybym jednak musiał wymienić tylko jedno nazwisko, zdecydowałbym się chyba na Michaela Hanekego.

Więcej na łamach Dziennika

 

czwartek, 19 czerwca 2014

Kamera jest narzędziem zemsty - rozmowa z Park Chan - wookiem






Piotr Czerkawski: „Snowpiercer” wpisuje się w całą serię filmów dystopijnych, przedstawiających ponurą wizję przyszłości. Które z nich zrobiły na panu największe wrażenie?

Park Chan - wook:  Jeśli obaj zgodzimy się, że to film dystopijny, z pewnością postawiłbym na „Łowcę androidów”. Z reguły nie wracam do tytułów, które już kiedyś oglądałem, ale dla filmu Ridleya Scotta zrobiłem wyjątek i widziałem go jakieś trzy razy.

(...)

Czy wyobraża pan sobie współpracę z innymi wybitnymi koreańskimi twórcami – Hongiem Sang- soo i Kim Ki- dukiem?

Jak najbardziej, Kim Ki – duk jest zresztą moim sąsiadem i znamy się całkiem dobrze. Obaj wymienieni przez pana reżyserzy wydają się wymarzonymi współpracownikami, bo pracują bardzo szybko i wykorzystują niskie budżety. Bardzo zazdroszczę im tej umiejętności, gdyż obawiam się przyjścia czasów, w których moje filmy przestaną otrzymywać wysokie dofinansowania. 

Pełnienie funkcji producenta oznacza dla pana więcej twórczej wolności, czy więcej pracy?

Więcej pracy, zdecydowanie. To nie jest dla mnie łatwa sprawa, bo jako aktywny reżyser doskonale wiem, czego oczekują moi koledzy po fachu. Często chciałbym dać im więcej pieniędzy albo dni zdjęciowych, ale po prostu nie mam takiej możliwości. Z drugiej strony przeżywam też tremę, bo chcę zrobić co w mojej mocy, by zadowolić naszych inwestorów. To wszystko sprawia, że często zadaję sobie pytanie: „Dlaczego ja to wszystko w ogóle robię?”. Powiem panu szczerze, że nie umiem znaleźć konkretnej odpowiedzi, ale praca w przemyśle filmowym chyba nigdy nie była najbardziej racjonalną rzeczą pod słońcem.

(...)

Wasza współpraca z Hollywood nie zawsze była jednak usłana różami. Swego czasu zrobiło się głośno o sporze Bonga z dystrybutorem Harveyem Weinsteinem., który chciał pokazywać w Stanach skróconą wersję „Snowpiercera”. Co myśli pan o tym konflikcie? 

Harvey Weinstein ma za sobą długą i imponującą karierę w USA. Choćby dlatego, cokolwiek powie, nie powinno być łatwo ignorowane. Wychodzę z założenia, że jeśli Harvey chciałby wprowadzać film na rynek koreański, zapewne posłuchałby rad kogoś, kto zna jego specyfikę. Na takiej samej zasadzie ufam mu w kontekście dystrybucji „Snowpiercera” w USA. Jednocześnie jednak rozumiem rozgoryczenie Bonga. W Europie i w Azji jesteśmy przyzwyczajeni do uznawania woli reżysera za najważniejszą. Cały konflikt wynikał więc zapewne z różnic kulturowych.

Czy z podobnymi problemami zetknął się pan w Hollywood podczas pracy nad „Stokerem”?

Pamiętam, że byłem właśnie w Los Angeles i pracowałem nad postprodukcją „Stokera”, gdy Bong zadzwonił do mnie ze studia w Pradze, gdzie z międzynarodową ekipą pracował już nad „Snowpiercerem”. Wysłuchałem wszystkich jego żali i powiedziałem krótko, że i tak jest w lepszej sytuacji niż ja. Sam odbyłem wiele długich rozmów z producentami „Stokera” na etapie montażu. Gdybym powiedział, że wszystkie te dyskusje były przyjemne, a uwagi moich partnerów konstruktywne, kłamałbym w żywe oczy. Na szczęście szanowaliśmy się wzajemnie i byliśmy zdolni do kompromisu. Jestem więc zadowolony z ostatecznego kształtu „Stokera” i  chętnie rozważę przyszłe propozycje z Hollywood.

Oby udało się panu zachować twórczą wolność. Trudno mi uwierzyć, by ktoś w Hollywood zgodził się na realizację tak ekscentrycznego filmu jak – uwielbiany przeze mnie -„Jestem cyborgiem i to jest OK”.

Cieszę się, że ktoś docenia tytuł tak bardzo odmienny od całej reszty mojego dorobku. Jestem w końcu uważany za reżysera, który kręci mroczne filmy o zemście. Tymczasem „Jestem cyborgiem…” to opowieść znacznie pogodniejsza i bardziej kolorowa. Dlatego chciałbym, aby zyskała jak największą popularność.

Skoro sam wywołał pan już ten wątek nie mogę się powstrzymać przed zadaniem pytania: czy chciał pan kiedyś wywrzeć na kimś zemstę?

Oczywiście, miewam takie myśli nawet wiele razy w ciągu jednego dnia. Najchętniej sięgnąłbym wtedy po młotek. Na szczęście zawsze decyduję się jednak chwycić w końcu za kamerę.

Całość na łamach Dziennika