W „Kapitanie Philipsie” dobrotliwa twarz Toma Hanksa zostaje
skontrastowana z marsowymi minami somalijskich piratów, którzy - angielszczyzną
godną Borata - wykrzykują złowieszcze polecenia. Wychodzący z takiego punktu wyjścia
Paul Greengrass po raz kolejny okazuje się rzemieślnikiem tyleż sprawnym, co
niepokornym. „Kapitan Philips” perfekcyjnie realizuje sprawdzony schemat, ale w
ramach bonusu obdarowuje nas także subtelnymi modyfikacjami. Film irlandzkiego
reżysera działa jak rollecoaster z zepsutymi hamulcami: na długi czas wytrąca
nas z rozleniwiającego poczucia bezpieczeństwa. W wizji Greengrassa scenerię
największej grozy stanowi szalupa ratunkowa, a kreowanemu na herosa kapitanowi w
pewnym momencie po ludzku puszczają nerwy. Drobne modyfikacje nie są jednak w
stanie zachwiać stabilnym szkieletem fabuły. Zaawansowani technologicznie
Amerykanie pokazują miejsce w szeregu prymitywnym bandytom. Pozornie zwyczajne
rozwiązanie ma jednak w filmie Greengrassa znaczenie symboliczne. Piraci powtarzają bez przerwy pojednawczym tonem: „Nie jesteśmy Al – Kaidą”. „Kapitan
Philips” nie stanowi natomiast jeszcze jednej opowieści o chwalebnej porażce; to
raczej „Lot 93”, któremu udało się dotrzeć do celu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Greengrass. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Greengrass. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 grudnia 2013
Rollecoaster z zepsutymi hamulcami - recenzja "Kapitana Philipsa" Paula Greengrassa
Etykiety:
Kapitan Philips,
Lot 93,
Paul Greengrass,
somalijscy piraci,
Tom Hanks
poniedziałek, 26 listopada 2012
Gniewny okrzyk - recenzja "Diaza" Daniela Vicariego
Choć "Diaz" wykorzystuje formę paradokumentalnej rekonstrukcji zdarzeń, sytuuje się na antypodach pamiętnej "Krwawej niedzieli". Inaczej niż powściągliwa w tonie opowieść Paula Greengrassa, film Vicariego ma charakter gwałtownego okrzyku. Włoski film przypomina o haniebnych postawach policji, która bezpardonowo zaatakowała grupę alterglobalistów przebywających w Genui z okazji szczytu G8 w 2001 roku. Demaskujący słabość funkcjonowania współczesnego państwa demokratycznego "Diaz" dorównuje pod względem sugestywności polsko-rumuńskiej "Drodze na drugą stronę".
Świat filmu Vicariego ocieka krwią, a obcowanie z nim sprawia niemal fizyczny ból. Reżyser nie waha się przed mnożeniem sekwencji obrazujących proces katowania demonstrantów przez funkcjonariuszy policji. Podobnej strategii trudno zarzucić jednak efekciarstwo bądź skłonność do emocjonalnego szantażu. Vicariemu chodzi raczej o podkreślenie premedytacji towarzyszącej stróżom prawa w stosowaniu aktów przemocy.
(...) Więcej w Dzienniku
Subskrybuj:
Posty (Atom)
