Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 września 2011

Pigmalion ze skalpelem- mini- recenzja "Skóry, w której żyję"


Pedro Almodovar ma pełne prawo, by powtórzyć za jedną ze swoich bohaterek frazę: „czym sobie na to wszystko zasłużyłem?”. Hiszpański mistrz zbiera cięgi od wielu polskich krytyków przekonujących, że nakręcił najsłabszy film w karierze. Tymczasem „Skóra, w której żyję” stanowi zaskakująco udaną wycieczkę w stronę horroru przy jednoczesnym zachowaniu wdzięku typowej „almodramy”. Wbrew narzekaniom na nadmierny patos film zawiera także znakomite sekwencje komediowe, które stanowią bodaj najbardziej campowe fragmenty twórczości reżysera od czasu powstania „Kiki”.

Almodovar doskonale wie jednak kiedy powinien nadać swojemu filmowi rys powagi. W „Skórze...” obficie cytuje na ekranie Langa, Franju czy Hitchcocka, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że najważniejsze stają się dla niego odniesienia do samego siebie. Autotematyczne rozważania wydają się konsekwentnym rozwinięciem strategii decydującej o obliczu „Przerwanych objęć”. Reżyser po raz kolejny dokonuje również udanej operacji przeszczepienia ważnego europejskiego tekstu kultury na grunt specyficznie autorski. Dzięki temu bazująca na micie o Pigmalionie „Skóra...” staje się dla niego takim samym przewrotnym hołdem jakim „Porozmawiaj z nią” było dla baśni o Śpiącej Królewnie.

Przyjęta przez Almodovara taktyka nie ma w sobie nic z narcyzmu. Wejście w skórę głównego bohatera filmu oznacza przecież dla reżysera przyznanie się do własnych słabości. Almodovar przyjmuje pozę demiurga, który lęka się utraty kontroli nad wykreowaną rzeczywistością. Zarówno mężczyzna grany przez Antonio Banderasa, jak i sam reżyser potrafią tchnąć  życie w ograną tezę, że artystyczny talent balansuje na granicy między błogosławieństwem a przekleństwem. Rozpięcie między dwiema skrajnościami nadaje filmowi nieustanną intensywność emocjonalną. Dzięki niej spod warstwy krzykliwej stylizacji w „Skórze...” wyziera ogromna dawka szczerości.

Ocena: 8/10

środa, 21 września 2011

They're still alive! Czyli kilka słów o "Pearl Jam Twenty"


Kuchennymi drzwiami na Cinema Enchante wkrada się odrobina muzyki. Pretekstem stała się wczorajsza premiera "Pearl Jam Twenty". Cameron Crowe nakręcił bardzo dobry dokument o jednym z najważniejszych zespołów lat 90., a mnie pozwolił na sentymentalną podróż do czasów fascynacji grungem. Poniżej zamieszczam fragment krótkiej recenzji filmu, którą w całości opublikował portal "Zwierciadło.pl".

Cameron Crowe przygotował znakomity prezent na dwudzieste urodziny zespołu Pearl Jam. Dokument amerykańskiego reżysera nie ma w sobie nic z hagiograficznej laurki. Charakter filmu Crowe'a zostaje w pełni podporządkowany fenomenowi jego bohaterów. „Pearl Jam Twenty” bywa jednocześnie stateczne i zbuntowane, tradycyjne i nowoczesne, ironiczne i melancholijne. Całą tę ambiwalencję uwiarygadnia wpisane w film poczucie bezwzględnej szczerości. Właśnie dzięki niej „Pearl Jam Twenty” może spodobać się także widzom, którzy dawno już rozstroili gitary, odłożyli flanele do szafy i pozwolili zakurzyć się ulubionym płytom. Dokument Crowe'a ma w sobie moc, by odczarować tamten sentyment.

„Pearl Jam Twenty” stanowi popis reżyserskiej dociekliwości. Crowe sięga do trudno dostępnych archiwaliów, zagląda za kulisy i nie cofa się przed zadawaniem niewygodnych pytań. Członkowie Pearl Jam spowiadają się przed kamerą z pogmatwanych relacji z Kurtem Cobainem i wspominają o kryzysach w łonie własnego zespołu. Podróż do przeszłości ma jednak znaczenie oczyszczające. 
(...) dalszy ciąg na stronie "Zwierciadła"


Na deser jedna z moich ulubionych, swego czasu,  piosenek Pearl Jam:    




niedziela, 18 września 2011

Ślepa uliczka- recenzja "Drive"


Przejażdżka z Nicholasem Windingiem Refnem może wydać się efektowna. Reżyser potrafi urozmaicić swą fabułę erupcjami komiksowej przemocy i twórczymi nawiązaniami do estetyki kina noir. Tyle tylko, że pod warstwą tego tuningu ciężko dopatrzyć się czegoś autentycznie odkrywczego. Wprowadzone przez Refna innowacje nie mają w sobie postmodernistycznej energii charakterystycznej dla niektórych filmów Davida Lyncha czy Olivera Stone'a. Trudno odnaleźć w „Drive” podobną radość z zabawy kinem, pełną nonszalanckiego wdzięku grę z oczekiwaniami widza. Film Refna wygląda na tym tle raczej jak starannie odrobiona praca domowa z przetwarzania zużytych schematów. To zgrabne, choć pozbawione pasji ćwiczenie stylistyczne.

Po obejrzeniu "Drive" trudno zgodzić się z porównywaniem tego filmu do dokonań Quentina Tarantino. Podobna profesja głównych bohaterów mogłaby prowadzić opowieść Refna do zderzenia ze znakomitym „Death Proof”. Oba filmy łączy również to, że ich twórcy nie wahają się sięgnąć po stylizację retro. W „Drive” różowa czcionka napisów wydaje się jednak wyblakła, a piosenki w stylu „New Romantic” brzmią po prostu fałszywie. Inaczej niż radośnie campowy Tarantino, duński reżyser usiłuje traktować przeszłość jednocześnie z nostalgiczną powagą i ironicznym dystansem. Jazda w dwóch różnych kierunkach kończy się jednak pozostaniem w miejscu. Reakcją na wyrażaną w taki sposób ambiwalencję może być tylko wzruszenie ramion. Pozornie prosty gest sprawia jednak ból, bo Refn nie po raz pierwszy udowadnia, że dysponuje gigantycznym reżyserskim potencjałem. Pozostaje czekać aż odważy się naprawdę nacisnąć gaz do dechy.

Ocena: 5/10