Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja filmowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja filmowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 października 2017

Nieskuteczna iluzja - recenzja "Człowieka z magicznym pudełkiem"



Kariera Bodo Koxa wydaje się jedyna w swoim rodzaju. Filmowiec przez lata tułający się po ciasnym światku kina niezależnego, niespodziewanie otrzymał możliwość realizacji profesjonalnego debiutu. Za sprawą świetnej „Dziewczyny z szafy” z 2012 roku reżyser nie tylko wykorzystał swoją szansę, lecz od razu awansował do ekstraklasy młodego polskiego kina. Nic dziwnego, że w tej sytuacji nowy  film Koxa wzbudzał wielkie oczekiwania. Utalentowanemu twórcy tym razem nie udało się ich spełnić. „Człowiek z magicznym pudełkiem” wydaje się dziełem wysilonym, sztuczką, która – mimo starań iluzjonisty – za nic w świecie nie chce zadziałać. Na szczęście nie mamy jednak do czynienia z klęską na całej linii, a Kox, nawet ponosząc porażkę, udowadnia, że należy do najoryginalniejszych twórców polskiego kina.

„Człowiek…” sprawia satysfakcję jako popis artystycznej wyobraźni. Za relatywnie niewielkie pieniądze reżyserowi udało się wykreować niepokojąco surrealistyczną wizję świata przyszłości. Niestety, w ślad za imponującą formą nie idzie równie nowatorska treść. Polska Anno Domini 2030 to w ujęciu Koxa nic więcej niż rządzona przez korporacje dystopia rodem z powieścideł zalegających w marketowym koszu z przecenami. Niespecjalnie trafiony okazał się pomysł nasycenia tych wyświechtanych schematów nawiązaniami do aktualnej sytuacji politycznej. Nie ma nic złego w samej idei, by ukazać Polskę przyszłości jako siedlisko nacjonalizmu i nieco tylko wyolbrzymioną wersję dobrze znanego nam świata. Gorzej, że Kox, zamiast poprzestać na subtelnych nawiązaniach, sięga po publicystyczną dosłowność i przytacza niemiłosiernie wyeksploatowane już w mediach cytaty z prawicowych polityków. Równie efekciarskim uproszczeniem wydaje się zbudowanie przez reżysera analogii pomiędzy totalitaryzmem roku 2030, a reżimem z czasów stalinowskich, w których toczy się część akcji filmu.

W „Człowieku…” polityka nie jest  najważniejsza, lecz stanowi wyłącznie tło dla kameralnej love story. Dzięki temu dzieło Koxa miało szansę, by stać się wydarzeniem na miarę kultowego „Delicatessen”. Polski reżyser, podobnie jak przed laty Jean – Pierre Jeunet, postanowił opowiedzieć o miłości stanowiącej jedyną wartość w degenerującym się do cna świecie. Koncept, znakomicie prezentujący się w teorii, na ekranie wypada jednak rozczarowująco. Adam (Piotr Polak) i Goria (Olga Bołądź) są postaciami zbyt papierowymi, by ich – pozornie dramatyczne – życiowe wybory mogły wzbudzić autentyczne emocje. Mężczyzna, choć stylizowany na rozczulającego poczciwca, w praktyce okazuje się zwyczajnie bezbarwny. Kobieta, przekonująca jako zimna i niedostępna piękność, przestaje wzbudzać wiarygodność, kiedy nagle przeistacza się w zakochaną romantyczkę.


Relacja pomiędzy Adamem i Gorią wypada blado zwłaszcza, gdy przypomnimy sobie sposób, w jaki Kox potrafił ukazać uczucie dwójki outsiderów we wspomnianej „Dziewczynie z szafy”. Tamten film uwodził także za sprawą niewymuszonego humoru, w „Człowieku…” zastąpionego przez toporne słowne gry. Nawet jeśli jednak nowe dzieło Koxa stanowi krok w tył wobec jego debiutu, pod pewnymi względami okazuje się odważniejsze. Ciążące „Człowiekowi…” wady nie powinny przysłaniać faktu, że mamy do czynienia z pierwszym od wielu lat polskim filmem, który z realizacyjną starannością odwołuje się do poetyki science – fiction. Chciałoby się wierzyć, że to zwiastun nadciągającej w rodzimym kinie rewolucji gatunkowej, a jednym z jej przywódców okaże się w przyszłości właśnie Bodo Kox.

piątek, 2 marca 2012

Trudno uwierzyć w "Boga zemsty"

 
 Film Rogera Donaldsona przypomina niezgrabne połączenie płaskiego moralitetu, hitchcockowskiego thrillera i belferskiej pogadanki, w ramach której reżyser na wyrywki cytuje teksty Szekspira i Edmunda Burke'a. Banalna historyjka o wymykającej się spod kontroli żądzy odwetu nie może robić wrażenia w dobie psychologicznej złożoności, z jaką podobne zjawisko portretuje w swoich filmach choćby Park Chan-wook.
 (...)
Niedostatki scenariusza objawiają się także w strukturze filmu noszącej ślady wyraźnego pęknięcia. Po pierwszej części stylizowanej na toporne kino zemsty opowieść Donaldsona zamienia się w klasyczny thriller o bohaterze oskarżonym o niepopełnioną zbrodnię. Wmanewrowany przez podstępne działania ekranizacji Will wykorzystuje resztę danego mu przez twórców czasu na udowodnienie swojej niewinności i skompromitowanie przeciwników. Choć fabularna wolta została przedstawiona w sposób inwazyjny i nieprzekonujący, paradoksalnie jej skutki wychodzą jednak "Bogu zemsty" wyłącznie na dobre. Następujący w drugiej części filmu rozwój fabuły wymusza dynamizację opowiadanej historii, która stanowi pretekst do prezentacji rzemieślniczych umiejętności Donaldsona. Hollywoodzki fachowiec udowadnia, że nie zapomniał, jak wykorzystać na ekranie atrakcyjność szybkiego montażu i stopniowo narastającego napięcia.

Wytworzona dzięki tym zabiegom adrenalina pozwala na chwilę zapomnieć o rażących niedociągnięciach na innych płaszczyznach filmu. Nie ma jednak w sobie mocy, aby zneutralizować je całkowicie. Stanowi raczej niezrealizowaną obietnicę tego, czym mógłby być "Bóg zemsty", gdyby zamiast zbioru brudnopisowych bazgrołów miał scenariusz z prawdziwego zdarzenia.

Cały tekst został opublikowany w dzisiejszym Dzienniku

poniedziałek, 27 lutego 2012

Czarownica na stos!- recenzja "Lilly"



Nieokiełznana "Lilly" mogłaby się okazać przyrodnią siostrą tytułowego bohatera "Musimy porozmawiać o Kevinie" Lynne Ramsay. Inaczej niż w filmie Ramsay francuska reżyserka Fabienne Berthaud nie stara się jednak oddać rozchwiania emocjonalnego postaci za sprawą przesady rodem z campowego horroru. Twórczyni "Lilly" gardzi chwytami charakterystycznymi dla kina gatunkowego i pozostaje wierna estetyce artystowskiego bełkotu. Wyraźnie zaintrygowana swoją bohaterką nie dostrzega, że zamiast tajemnicy kryje się w niej wyłącznie pustka.

(...) Postawa Berthaud tchnie posthipisowską naiwnością, która swego czasu stała się przedmiotem doskonałej kpiny w "Cząstkach elementarnych" Michela Houellebecqa. Choć reżyserka nie zauważa własnej śmieszności i stylizuje Lilly na pogańską boginię, trudno spodziewać się, by udało jej się zyskać jakichkolwiek wyznawców.

Cały tekst ukazał się w piątkowym Dzienniku

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Czekając na rewolucję- recenzja "Kobiet z 6. piętra"



W filmie Philippe’a Le Guay grupa hiszpańskich pomocy domowych pustoszy system wartości wyznawany przez paryskiego burżuja, Jouberta. Charakter "Kobiet..." w najwyraźniejszym stopniu definiuje farsowy humor oparty na nieporozumieniach komunikacyjnych, niezgodnościach charakterów i różnicach klasowych. Film Le Guay nie grzeszy może wyrafinowaniem, ale potrafi za to uwieść atmosferą nieprzemijającego karnawału. Dzięki sprawnej reżyserii w "Kobietach..." witalność "Volver" Almodóvara zgrabnie łączy się z wdziękiem "Żony doskonałej" Ozona.

(...) Wizja Le Guay nie wybrzmiewałaby na ekranie z taką siłą, gdyby nie trafna decyzja obsadowa. Kreacja Jouberta stanowi wirtuozerski popis Fabrice’a Luchiniego. Francuski aktor idealnie nadaje się do roli zblazowanego intelektualisty, który doznaje życiowego przebudzenia. Ten sam rodzaj wyrazistej ekspresji, wdzięku i poczucia zagubienia w rzeczywistości upodabnia Jouberta zwłaszcza do postaci pamiętnego profesora Verneuila z "Nieba nad Paryżem" Cedrica Klapischa.

(....) Cała recenzja ukazała się w piątkowym wydaniu "Dziennika"

niedziela, 4 grudnia 2011

Koszmary burżuazji- recenzja "Anatomii strachu"



"Anatomia strachu" przypomina senny koszmar nowobogackiego milionera. Bandyci wdzierający się do luksusowej willi Kyle’a Millera chcą dobrać się do firmowych sekretów, rodzinnego portfela i majtek pani domu. Film, który rozpoczyna się jak kipiąca od międzyklasowej nienawiści psychodrama, szybko skręca w rejony konwencjonalnego thrillera. Choć aspiracje wydawały się większe, Joel Schumacher zrealizował wyłącznie „Funny Games” dla popcornożerców.

(...) Millerowie podejrzanie łatwo zapominają o wyciągniętych na wierzch tajemnicach, by ponownie zjednoczyć się w obliczu niebezpieczeństwa. Mimo zawartego w sobie krytycznego potencjału, „Anatomia strachu” okazuje się ostatecznie pochwałą rodziny. Najtrudniej uwierzyć, że za banalne uspokajanie burżuazyjnych sumień bierze się akurat Joel Schumacher. Jeszcze 20 lat temu ten sam reżyser był przecież zdolny do zrealizowania godzącego w konsumpcyjne samozadowolenie „Upadku”. „Anatomia strachu” udowadnia, że dawni buntownicy bezpowrotnie stracili już swoją energię.

Cała recenzja ukazała się w piątkowym Dzienniku


sobota, 5 listopada 2011

Horror prowincji- recenzja "Szczęście ty moje"



Prezentowane w konkursie głównym festiwalu w Cannes w 2010 roku „Szczęście ty moje” z założenia miało być filmem o miłości. Reżyser Siergiej Łoźnica w jednym z wywiadów stwierdził jednak, że jak to z każdym Rosjaninem bywa, cokolwiek zaczyna, i tak kończy z kałasznikowem w ręku. W efekcie „Szczęście...” zamieniło się w opowieść o moralnym upadku jednostki – cuchnącą samogonem, lepką od krwi i przybrudzoną błotem. Porażka poniesiona przez głównego bohatera płynnie przeistacza się w klęskę całego społeczeństwa. Reżyser przypatruje się temu procesowi bez zbędnej egzaltacji. Pozostaje inteligentnym obserwatorem, który pozwala, by prezentowane wydarzenia przemówiły same za siebie.

W pierwszych scenach główny bohater o imieniu Georgij sprawia wrażenie wyzwolonego. Gest odmowy zapłacenia mandatu opryskliwemu policjantowi mógłby uczynić z kierowcy ciężarówki romantycznego buntownika w stylu bohatera „Konwoju” Sama Peckinpaha, Łoźnica woli jednak pójść tropem wstrząsającego „Ładunku 200” Aleksieja Bałabanowa. Reżyser portretuje Georgija jako człowieka zdominowanego przez zgubną iluzję.

Przemierzający współczesną Rosję mężczyna wierzy, że potrafi skutecznie odeprzeć spotykane wokół zło. Georgij z wyższością spogląda na mijanych po drodze szaleńców, żebraków i oprychów. Nie zauważa, że wkrótce sam może podążyć w ich ślady i z premedytacją ignoruje nadchodzące ostrzeżenia. Najważniejsze otrzymuje od przypadkowo poznanej młodocianej prostytutki. Anonimowa dziewczyna interpretuje okazaną przez Georgija dobroć jako akt fałszu. W tym momencie można zdać sobie sprawę, że ciąży nad nim niemożliwe do okiełznania fatum. Pycha, która każe je zlekceważyć, pozwala zestawić Georgija z bohaterami najmroczniejszych wizji braci Coen. Inaczej niż w ich filmach, ciężar opowiadanej w „Szczęściu…” historii nie zostaje jednak zneutralizowany przez absurdalne poczucie humoru.

(...) Całość tekstu ukazała się w listopadowym numerze miesięcznika "Kino"

niedziela, 30 października 2011

Papieska kremówka z haszyszem- recenzja "Habemus papam"


Nanni Moretti zdejmuje papieża z cokołu. W "Habemus Papam…" pozwala mu na ucieczkę z Watykanu i wtopienie się w tłum przechadzający się ulicami Rzymu. 
 
Wykorzystujący ten karkołomny koncept film włoskiego reżysera zdążył już wzbudzić kontrowersje i doczekać się skrajnych interpretacji. "Habemus Papam…" nie jest jednak ani elementem obrazoburczej propagandy, ani aktem miłosierdzia dla pogrążonego w kryzysie Kościoła. Nanni Moretti nakręcił po prostu dojrzały film, w którym współczucie dla jednostki łączy z krytyką reprezentowanego przez nią środowiska.

"Habemus Papam..." zwraca uwagę jako znakomita robota reżyserska. Włoski twórca powściąga swoje zapędy do barokowego mnożenia wątków i przeludniania ekranu nadmierną ilością postaci. Nowy film Morettiego sytuuje się w równej odległości od hermetycznego "Kajmana" i ekshibicjonistycznego "Kwietnia".

Nie oznacza to bynajmniej, że filmowi brakuje cech charakterystycznych dla twórczości reżysera. Do najbardziej efektownych należy z pewnością ekscentryczne poczucie humoru. Moretti kpi sobie z uczestników konklawe przedstawionych jako rozkapryszone, nieprzystosowane do rzeczywistości dzieciaki. Scena, w której kardynałowie biorą udział w zorganizowanym naprędce turnieju siatkówki, poziomem absurdu dorównuje niezapomnianej sekwencji pokazu mody kościelnej z "Rzymu" Felliniego. (...)

Dalszy ciąg tekstu ukazał się w październikowym numerze miesięcznika Film

wtorek, 25 października 2011

Zwycięstwo McCarthy'ego- recenzja filmu "Wszyscy wygrywają"



W swoim nowym filmie twórca „Dróżnika” i „Spotkania” po raz kolejny przygląda się ludziom, którzy biorą udział w nieustających zapasach z życiem. Thomas McCarthy przekonuje, że jego bohaterowie stracili formę, opadli z sił i zaczęli odczuwać dotkliwy brak motywacji. „Wszyscy wygrywają” przypomina zabarwione zarówno współczuciem, jak i ironią wezwanie do walki.

Już pierwsze sekwencje zdradzają przewrotny wydźwięk tytułu. Potencjalnym wygranym okazuje się Mike Flaherty – niezbyt charyzmatyczny właściciel podupadającej kancelarii prawniczej. Wkrótce miejsce obok niego zajmuje jeden z nielicznych klientów – znajdujący się we wczesnym stadium demencji staruszek, Leo. Gdy sąd orzeka jego częściowe ubezwłasnowolnienie, Mike skwapliwie godzi się na przejęcie obowiązków opiekuna. Według ukrywanej początkowo przed rodziną strategii wykorzystanie kiepskiego stanu Leo ma mu pomóc w zwalczeniu kłopotów finansowych. Nie do końca uczciwe pobudki prawnika nie burzą ogarniającego obu bohaterów spokoju. Reżyser nie ukrywa jednak, że w powietrzu czai się przełom, który wywróci to wszystko do góry nogami.

(...) Każda z tych wątpliwości zostaje wyjaśniona w toku psychologicznej konfrontacji między bohaterami. „Wszyscy wygrywają” potwierdza, że słowem-kluczem dla kina McCarthy’ego pozostaje pojęcie „spotkania”. Tak jak we wcześniejszych filmach tego twórcy, niespodziewane zetknięcie z drugim człowiekiem obnaża czyjąś hipokryzję, boli, zmusza do refleksji. Reżyser bywa dla swoich bohaterów ostry, ale pozostaje też wrażliwym humanistą. Jeśli dopuszcza do wstrząsu, to tylko dlatego, że w ten sposób może doprowadzić do zbawiennego oczyszczenia. Mike staje się zdolny do zrozumienia, że gra, którą prowadził, była na pograniczu faulu. Wszystkie jego błędy można jednak wytłumaczyć paraliżującym strachem przed życiową porażką. Zachodząca w głównym bohaterze przemiana daje nadzieję, że uda mu się go okiełznać. Najważniejsze, że Mike wciąż pozostaje w grze. I zasłużył, by mu kibicować.

Cały tekst ukazał się w październikowym wydaniu miesięcznika "Kino"
 

niedziela, 2 października 2011

Terroryzm ze złej perspektywy- recenzja "Jeśli nie my, to kto?"


Opowiadające o okolicznościach powstania terrorystycznej Frakcji Czerwonej Armii (RAF) "Jeśli nie my, to kto?" wywołuje automatyczne skojarzenia z wcześniejszym "Baader-Meinhof" Uliego Edela. O ile jednak tamten film miał w sobie energię rockowego przeboju, opowieść Veiela przypomina raczej konwencjonalną balladę o utraconej miłości.

Debiutujący w fabule reżyser "Jeśli nie my..." potrafi bardzo dobrze wykorzystać umiejętności nabyte w pracy dokumentalisty. Veiel sprawił, że wizja skomplikowanej rzeczywistości RFN drugiej połowy lat 60. ma w sobie niezbędną wiarygodność. W jego filmie radykalizacja nastrojów politycznych łączy się z pragnieniem obyczajowych przemian i potrzebą odkupienia win II wojny światowej. Wymieszanie tych składników rodzi w końcu eksplozję, której efekt stanowi działalność lewicowych terrorystów. Szkoda tylko, że w ten wybuch nie wybrzmiewa tak głośno, jak powinien. Przyczyna ambitnej porażki tkwi w przyjęciu przez Veiela zaskakującej perspektywy. Reżyser niepotrzebnie decyduje się przenieść akcję filmu z wypełnionych demonstrantami ulic do mieszkania Bernwarda Vespera i Gudrun Ensslin. Film Veiela staje się wtedy tylko kolejną z opowieści o rozpadzie uczuciowego związku. (...)

Dalszy ciąg tekstu na stronie "Dziennika"

sobota, 24 września 2011

Przyjaciel potrzebny na gwałt- recenzja "To tylko seks"




Oglądanie "To tylko seks" przypomina randkę z ponętną dziewczyną, która tak naprawdę okazuje się cnotką z sąsiedztwa. Film Willa Glucka potrafi uwieść ciętymi dialogami i wytwarzającym się między aktorami erotycznym napięciem. Reżyserowi ostatecznie brakuje jednak odwagi, a perwersyjna gra z konwencją komedii romantycznej ustępuje z czasem miejsca gatunkowej kliszy. Pomimo całej swojej schematyczności "To tylko seks" zachowuje jednak w sobie odrobinę niedostępnego dla konkurencji wdzięku.


Pomysł na film zapowiada się obiecująco. Oto dwójka zaprzyjaźnionych singli postanawia zrewidować poglądy na temat własnego życia uczuciowego. Rozczarowani dotychczasowymi związkami Dylan (Justin Timberlake) i Jamie (Mila Kunis) nie chcą wikłać się w kolejne pogmatwane relacje. Zamiast tego wybierają niezobowiązujący, przyjacielski seks. Wychodzący z tego założenia film Glucka mógłby stać się wyrazem tęsknoty za barwnymi latami 60., gdy takie układy wydawały się na porządku dziennym. Podobny wątek wdziera się zresztą do fabuły wraz z postacią matki Jamie. Zadanie podstarzałej hipiski ogranicza się jednak wyłącznie do dostarczenia fabule materiału komediowego.(....)

Dalszy ciąg tekstu na stronie "Dziennika"

czwartek, 22 września 2011

Pigmalion ze skalpelem- mini- recenzja "Skóry, w której żyję"


Pedro Almodovar ma pełne prawo, by powtórzyć za jedną ze swoich bohaterek frazę: „czym sobie na to wszystko zasłużyłem?”. Hiszpański mistrz zbiera cięgi od wielu polskich krytyków przekonujących, że nakręcił najsłabszy film w karierze. Tymczasem „Skóra, w której żyję” stanowi zaskakująco udaną wycieczkę w stronę horroru przy jednoczesnym zachowaniu wdzięku typowej „almodramy”. Wbrew narzekaniom na nadmierny patos film zawiera także znakomite sekwencje komediowe, które stanowią bodaj najbardziej campowe fragmenty twórczości reżysera od czasu powstania „Kiki”.

Almodovar doskonale wie jednak kiedy powinien nadać swojemu filmowi rys powagi. W „Skórze...” obficie cytuje na ekranie Langa, Franju czy Hitchcocka, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że najważniejsze stają się dla niego odniesienia do samego siebie. Autotematyczne rozważania wydają się konsekwentnym rozwinięciem strategii decydującej o obliczu „Przerwanych objęć”. Reżyser po raz kolejny dokonuje również udanej operacji przeszczepienia ważnego europejskiego tekstu kultury na grunt specyficznie autorski. Dzięki temu bazująca na micie o Pigmalionie „Skóra...” staje się dla niego takim samym przewrotnym hołdem jakim „Porozmawiaj z nią” było dla baśni o Śpiącej Królewnie.

Przyjęta przez Almodovara taktyka nie ma w sobie nic z narcyzmu. Wejście w skórę głównego bohatera filmu oznacza przecież dla reżysera przyznanie się do własnych słabości. Almodovar przyjmuje pozę demiurga, który lęka się utraty kontroli nad wykreowaną rzeczywistością. Zarówno mężczyzna grany przez Antonio Banderasa, jak i sam reżyser potrafią tchnąć  życie w ograną tezę, że artystyczny talent balansuje na granicy między błogosławieństwem a przekleństwem. Rozpięcie między dwiema skrajnościami nadaje filmowi nieustanną intensywność emocjonalną. Dzięki niej spod warstwy krzykliwej stylizacji w „Skórze...” wyziera ogromna dawka szczerości.

Ocena: 8/10

środa, 21 września 2011

They're still alive! Czyli kilka słów o "Pearl Jam Twenty"


Kuchennymi drzwiami na Cinema Enchante wkrada się odrobina muzyki. Pretekstem stała się wczorajsza premiera "Pearl Jam Twenty". Cameron Crowe nakręcił bardzo dobry dokument o jednym z najważniejszych zespołów lat 90., a mnie pozwolił na sentymentalną podróż do czasów fascynacji grungem. Poniżej zamieszczam fragment krótkiej recenzji filmu, którą w całości opublikował portal "Zwierciadło.pl".

Cameron Crowe przygotował znakomity prezent na dwudzieste urodziny zespołu Pearl Jam. Dokument amerykańskiego reżysera nie ma w sobie nic z hagiograficznej laurki. Charakter filmu Crowe'a zostaje w pełni podporządkowany fenomenowi jego bohaterów. „Pearl Jam Twenty” bywa jednocześnie stateczne i zbuntowane, tradycyjne i nowoczesne, ironiczne i melancholijne. Całą tę ambiwalencję uwiarygadnia wpisane w film poczucie bezwzględnej szczerości. Właśnie dzięki niej „Pearl Jam Twenty” może spodobać się także widzom, którzy dawno już rozstroili gitary, odłożyli flanele do szafy i pozwolili zakurzyć się ulubionym płytom. Dokument Crowe'a ma w sobie moc, by odczarować tamten sentyment.

„Pearl Jam Twenty” stanowi popis reżyserskiej dociekliwości. Crowe sięga do trudno dostępnych archiwaliów, zagląda za kulisy i nie cofa się przed zadawaniem niewygodnych pytań. Członkowie Pearl Jam spowiadają się przed kamerą z pogmatwanych relacji z Kurtem Cobainem i wspominają o kryzysach w łonie własnego zespołu. Podróż do przeszłości ma jednak znaczenie oczyszczające. 
(...) dalszy ciąg na stronie "Zwierciadła"


Na deser jedna z moich ulubionych, swego czasu,  piosenek Pearl Jam:    




niedziela, 18 września 2011

Ślepa uliczka- recenzja "Drive"


Przejażdżka z Nicholasem Windingiem Refnem może wydać się efektowna. Reżyser potrafi urozmaicić swą fabułę erupcjami komiksowej przemocy i twórczymi nawiązaniami do estetyki kina noir. Tyle tylko, że pod warstwą tego tuningu ciężko dopatrzyć się czegoś autentycznie odkrywczego. Wprowadzone przez Refna innowacje nie mają w sobie postmodernistycznej energii charakterystycznej dla niektórych filmów Davida Lyncha czy Olivera Stone'a. Trudno odnaleźć w „Drive” podobną radość z zabawy kinem, pełną nonszalanckiego wdzięku grę z oczekiwaniami widza. Film Refna wygląda na tym tle raczej jak starannie odrobiona praca domowa z przetwarzania zużytych schematów. To zgrabne, choć pozbawione pasji ćwiczenie stylistyczne.

Po obejrzeniu "Drive" trudno zgodzić się z porównywaniem tego filmu do dokonań Quentina Tarantino. Podobna profesja głównych bohaterów mogłaby prowadzić opowieść Refna do zderzenia ze znakomitym „Death Proof”. Oba filmy łączy również to, że ich twórcy nie wahają się sięgnąć po stylizację retro. W „Drive” różowa czcionka napisów wydaje się jednak wyblakła, a piosenki w stylu „New Romantic” brzmią po prostu fałszywie. Inaczej niż radośnie campowy Tarantino, duński reżyser usiłuje traktować przeszłość jednocześnie z nostalgiczną powagą i ironicznym dystansem. Jazda w dwóch różnych kierunkach kończy się jednak pozostaniem w miejscu. Reakcją na wyrażaną w taki sposób ambiwalencję może być tylko wzruszenie ramion. Pozornie prosty gest sprawia jednak ból, bo Refn nie po raz pierwszy udowadnia, że dysponuje gigantycznym reżyserskim potencjałem. Pozostaje czekać aż odważy się naprawdę nacisnąć gaz do dechy.

Ocena: 5/10