Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino hollywoodzkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino hollywoodzkie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2012

Oscary 2012



Już za kilka godzin w Hollywood zostaną rozdane Oscary a tymczasem na prośbę portalu mmwroclaw.pl - w doborowym towarzystwie - dzielę się paroma luźnymi uwagami i przewidywaniami dotyczącymi tegorocznej edycji.

"Liczę na to, że wygra "Rozstanie" - w moim odczuciu jest lepszym filmem - bardziej złożonym psychologicznie, mniej konwencjonalnym. "W ciemności" to film akademicki i niewiele wnoszący do tematyki kina holocaustowego. Gdyby miał wygrać, to raczej dlatego, że nagroda pomogłaby mu w promocji w Stanach Zjednoczonych, której "Rozstanie" już nie potrzebuje, bo jest tam doskonale znane.
Na korzyść "Rozstania" może przemawiać również sytuacja polityczna. Warto przypomnieć, że reżyser Asghar Farhadi nie jest ulubieńcem władz irańskich, więc nagroda dla niego z pewnością zirytowałaby przedstawicieli wrogiego Amerykanom reżimu. (...) "
więcej pod adresem: http://www.mmwroclaw.pl/404142/2012/2/26/oscary--wroclawscy-znawcy-kina-oceniaja-szanse-agnieszki-holland-sonda?category=news

piątek, 16 grudnia 2011

Zaufać samemu sobie- wywiad z Joe Swanbergiem



(...) Ważną cechą twojego kina pozostaje różnorodność podejmowanych tematów. Obyczajowe opowiastki o życiu współczesnych dwudziestoparolatków sąsiadują u ciebie z filmami o naturze pracy reżysera.

Za każdym razem kiedy pracuję nad filmami typu „Hannah wchodzi po schodach” mam wrażenie, że dochodzę do ściany. Portretowanie życia moich rówieśników cały czas bardzo mnie interesuje, ale jestem jeszcze młody i nie mogę przez następne 50 lat opowiadać wciąż tych samych historii. Dlatego właśnie znalazłem dla siebie odskocznię w postaci filmów o moich doświadczeniach związanych z tworzeniem. W takich na przykład „Srebrnych kulach” nie zrezygnowałem z psychologicznego autentyzmu, ale wzbogaciłem go o pewien rodzaj surrealizmu, który zawsze towarzyszy pracy nad filmem. Chcę, aby te dwie tendencje w moim kinie perfekcyjnie się bilansowały.

Twoje nazwisko często łączy się z nurtem amerykańskiego kina niezależnego zwanym „mumblecore”. Czy wciąż czujesz się jego częścią?

Twórcy kojarzeni z „mumblecore” są moimi przyjaciółmi, więc na pewno uważamy się za pewnego rodzaju wspólnotę Nie ma ona jednak nic wspólnego z formalnym ruchem artystycznym. Owszem, łączy nas kilka podobnych twórczych założeń związanych na przykład z promocją naturalnej techniki gry aktorskiej. To, że je stosujemy wynika jednak z naszych indywidualnych decyzji i nie ma nic wspólnego z narzuconymi z góry dogmatami.


Widoczne w filmach twoich i twoich kolegów zamiłowanie do improwizacji i pracy z niewielkim budżetem zbliża was do reżyserów francuskiej Nowej Fali.

Ostatnimi czasy czuję się szczególnie inspirowany przez Jeana- Luca Godarda. Czytam właśnie monografię jego twórczości zatytułowaną „Everything is cinema” i jestem naprawdę zaskoczony tym jak bardzo zbieżne są metody naszej pracy. Z Nowofalowców bardzo lubię jednak także Erica Rohmera. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek poczuł w kinie silniejszą identyfikację z bohaterem niż w przypadku jego filmu „Miłość po południu”.

(....) Choćby w filmie „LOL” widać, że nowoczesna technologia i jej wpływ na młodych ludzi stanowi kolejny z najważniejszych tematów twojej twórczości.

Ktoś mógłby pomyśleć, że to naiwne, bo technika zmienia się tak szybko, że pokazane dziś w filmie rozwiązania za pięć lat staną się zupełnie anachroniczne. Mnie to jednak nie przeszkadza, bo lubię kino, które daje świadectwo swojemu czasowi. Największy problem tkwi w czymś zupełnie innym. Oczywiste jest, że portale społecznościowe diametralnie zmieniły mentalność ludzi i wpłynęły na sposób komunikowania się między nimi. Tyle tylko, że ich sposób działania jest niefilmowy i trudny do precyzyjnego uchwycenia na ekranie. Warto jednak zaufać własnej kreatywności i podjąć ten trud, bo bez odniesień do Facebooka nie da się dziś wiarygodnie pokazać życia młodego pokolenia.

Doskonale zrozumiał to David Fincher w „The Social Network”.

Dla mnie to przede wszystkim świetny film o tym jak bardzo płynne stało się pojęcie własności intelektualnej. Bo co to tak naprawdę oznacza dziś, że coś stworzyłeś i posiadasz prawa do jakiegoś pomysłu?Żyjemy w czasach, w których mamy bardzo swobodny dostęp do książek, filmów czy muzyki, więc bardzo łatwo możemy posunąć się do ich kradzieży. Moja twórczość przynosi niewielkie dochody, ale i tak są one bardzo pomniejszane przez to, że wszystkie filmy da się ściągnąć z torrentów. Taka sytuacja rodzi pytanie, czy w obecnym systemie niezależni reżyserzy mają w ogóle szanse przetrwania?

Może po prostu nie mają wyjścia i prędzej czy później muszą trafić do Hollywood?

Nie wyobrażam sobie, że mógłbym pracować tam na stałe, ale z czystej ciekawości zrobiłbym dla nich choć jeden film. Nawet jeśli coś mi nie wyjdzie, w Hollywood kręci się tak wiele gniotów, że nikt tego nawet nie zauważy.

Cały wywiad ukazał się w dzisiejszym wydaniu Dziennika


niedziela, 4 grudnia 2011

Koszmary burżuazji- recenzja "Anatomii strachu"



"Anatomia strachu" przypomina senny koszmar nowobogackiego milionera. Bandyci wdzierający się do luksusowej willi Kyle’a Millera chcą dobrać się do firmowych sekretów, rodzinnego portfela i majtek pani domu. Film, który rozpoczyna się jak kipiąca od międzyklasowej nienawiści psychodrama, szybko skręca w rejony konwencjonalnego thrillera. Choć aspiracje wydawały się większe, Joel Schumacher zrealizował wyłącznie „Funny Games” dla popcornożerców.

(...) Millerowie podejrzanie łatwo zapominają o wyciągniętych na wierzch tajemnicach, by ponownie zjednoczyć się w obliczu niebezpieczeństwa. Mimo zawartego w sobie krytycznego potencjału, „Anatomia strachu” okazuje się ostatecznie pochwałą rodziny. Najtrudniej uwierzyć, że za banalne uspokajanie burżuazyjnych sumień bierze się akurat Joel Schumacher. Jeszcze 20 lat temu ten sam reżyser był przecież zdolny do zrealizowania godzącego w konsumpcyjne samozadowolenie „Upadku”. „Anatomia strachu” udowadnia, że dawni buntownicy bezpowrotnie stracili już swoją energię.

Cała recenzja ukazała się w piątkowym Dzienniku