Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy Maddin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy Maddin. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 listopada 2013

Kiedy kręcę film chcę być twoją babcią - rozmowa z Guyem Maddinem








Piotr Czerkawski: Jesteś reżyserem, który wypracował autorski, łatwo rozpoznawalny styl. Jednocześnie jednak nie unikasz nawiązań do schematów kina gatunków. W jaki sposób godzisz te dwie skrajności?

Guy Maddin: Mówiąc eufemistycznie, nie jestem zbyt komercyjnym filmowcem. Jakieś 10 lat temu rozmawiałem z moim producentem, który w pewnym momencie wyznał: „Wiesz, twoje filmy są dosyć trudne do zaklasyfikowania”. Podziękowałem za komplement, a on skrzywił się i powiedział: „Nie, to właśnie jest straszne!”. Kontynuował: „Gdybyś zachował swój własny styl, ale spróbował jednocześnie zrobić film gatunkowy, widzowie mogliby poczuć się zaintrygowani”. Nie przejąłem się jego uwagami i stwierdziłem, że wolę chodzić własnymi ścieżkami. Taka postawa ma swoją cenę, więc wpadłem w kłopoty finansowe i w 2002 roku zgodziłem się dla pieniędzy wyreżyserować baletową wersję „Drakuli”. Tak powstały „Stronice z pamiętnika dziewicy”. Połączenie baletu z horrorem faktycznie zaciekawiło ludzi, film zdobył całkiem niezłą widownię, a ja zarobiłem przyzwoitą kasę. Pomyślałem sobie: „cholera, może to nie taki zły sposób na karierę?”.

W swoim najnowszym filmie „Dziurka od klucza” wielokrotnie nawiązujesz do klasycznego kina noir. Czujesz, że ta konwencja jest dla ciebie szczególnie ważna?

Początkowo chciałem przede wszystkim zrobić film o miłości, którą każdy z nas żywi względem własnego domu, poczuciu bezpieczeństwa i schronienia jakie dzięki niemu zyskujemy. Potem przypomniałem jednak sobie, że muszę przecież zarobić jeszcze pieniądze, a zawsze lubiłem czarne kryminały. Postanowiłem więc wzbogacić fabułę o elementy kryminału i stworzyć połączenie dramatu rodzinnego z kinem noir. W dobie filmów typu „Kowboje i obcy” taka hybryda nie jest chyba specjalnie zadziwiająca, prawda?

Wszystko przed tobą. Czy masz swoje ulubione czarne kryminały, którym chciałeś oddać hołd w filmie?

Filmy noir od dawna uruchamiały tkwiące we mnie obsesje, smutki i radości. Istnieje kilka bardzo zagmatwanych, tajemniczych czarnych kryminałów, które robią na mnie duże wrażenie. Na przykład „Wielki sen” Howarda Hawksa, na podstawie powieści Chandlera. Po pewnym czasie orientujesz się, że nie nadążasz za zwrotami akcji i nie wiesz już właściwie o co chodzi w fabule. Co to jednak za różnica, jeśli film jest tak cholernie klimatyczny? Uwielbiam wszystkie jego seksualne podteksty: Humphreya Bogarta, który zachowuje się jakby chciał powtórnie rozdziewiczyć Lauren Bacall…  Ale lubię też proste fabułki w rodzaju „The Threat” Felixa Feista z 1949 roku.

Wspomniałeś „Kowbojów i obcych” Jona Favreau. Czy istnieją filmy, których oglądanie stanowi dla ciebie „guilty pleasure”?

Jestem już na takim etapie życia, że nauczyłem się nie wstydzić żadnych przyjemności.  Zdradzę ci, że straszny ze mnie leń, więc najchętniej leżałbym tylko na kanapie i oglądał w kółko serial „Przyjaciele”. Od czasu do czasu całkiem nieźle bawię się również na hollywoodzkich blockbusterach. Ostatnio z przyjemnością obejrzałem na przykład „Sucker Punch”. „Mission Impossible: Ghost Protocol” uważam wręcz za arcydzieło. Czego więcej można chcieć od kina akcji? To zresztą bardzo surrealistyczny film. Czułem się jakbym oglądał go w towarzystwie wyimaginowanego Luisa Bunuela, który również powinien mieć sporą frajdę z tego seansu.
(…)
Co zazwyczaj wprawia cię w dyskomfort?

Oglądanie filmów zrobionych przez reżysera o stylu podobnym do mojego. Jeśli są dobre, staje się cholernie zazdrosny. Jeśli są złe, myślę sobie: „Cholera, a co jeśli moje wypadają na tym tle jeszcze gorzej?”. 

Jakich konkretnie twórców masz na myśli?

Na przykład braci Coen. Tak jak oni, przepadam przecież za hollywoodzką klasyką i lubię bawić się gatunkami. Kilka filmów Coenów uważam za arcydzieła. Kiedy jednak oglądałem „Hudsucker Proxy”, chciałem popełnić samobójstwo. Myślałem tylko: „Mój Boże, mam nadzieję, że nigdy ja sam nie dostanę tak wielkiego budżetu i nie zrobię z niego równie fatalnego użytku”. Na szczęście Coenowie potrafili zareagować na swój film znacznie lepiej niż ja.  Po obejrzeniu „Hudsuckera…” upiłem się i przespałem kilka dni. A oni podnieśli się po klęsce i zrealizowali skromne, znakomite „Fargo”.

Co czujesz, jeśli widownia reaguje na twoje filmy równie stanowczo jak ty na „Hudsucker Proxy”?

Nie istnieje coś takiego jak dobra lub zła reakcja na sztukę. Cieszą mnie wszystkie emocje, które są zdolne wywołać moje filmy. Lubię na przykład, jeśli ludzie śmieją się na nich, nawet w momentach, które w ogóle nie miały być zabawne. To jeszcze wcale nie znaczy przecież, że nie czerpią przyjemności z filmu. Sam w specyficzny sposób odbieram na przykład melodramaty Douglasa Sirka. Choć momentami mnie śmieszą, wychodzę z nich przejęty, a czasem emocjonalnie zdewastowany. Przypomina mi to reakcje na bajki na dobranoc, które opowiadają nam nasze babcie. Z jednej strony bardzo się tymi historiami przejmujemy, ale z drugiej, mamy do nich dystans,  bo wiemy, że babcia jest obok i w jej obecności czujemy się bezpiecznie. Kiedy kręcę film, chcę być twoją babcią.

(…)
Odnoszę wrażenie, że z filmu na film pojawia się u ciebie coraz więcej nagości. Z czego to wynika?

To proste: im bardziej się starzeję, tym bardziej staję się sprośny. W przeszłości czułem się jakbym robił filmy obłożone pewnymi restrykcjami. Miałem wrażenie jakby Will Hayes, autor słynnego hollywoodzkiego kodeksu obyczajowego, spoglądał mi przez ramię w montażowni. Dlatego sceny erotyczne trwały u mnie raptem kilkanaście sekund. Potem jednak zdałem sobie sprawę, że skoro we wszystkich filmach bardzo mocno obnażam się emocjonalnie, powinno być w nich również trochę więcej nagości fizycznej. Seks jest zresztą nieodłącznym elementem codzienności. No a przy okazji pomaga utrzymać zainteresowanie widzów.

Czy źródeł takiego podejścia – po freudowsku – należałoby doszukiwać się w twoim dzieciństwie?

Nie jestem pewien, ale opowiem ci anegdotę. Pamiętam, że blisko naszego domu znajdował się salon piękności. Spędzałem mnóstwo czasu na wierceniu dziur w ścianach przebieralni, tak, aby później można było podglądać przebierające się tam kobiety. Było mi z tym naprawdę fatalnie dopóki nie przeczytałem w autobiografii Bunuela, że w dzieciństwie robił zupełnie to samo. Odczułem wtedy wielką ulgę.
(…)
Z innej beczki: czy miewasz czasem koszmary?

Kiedyś śniłem je bardzo często. Bardzo mi się podobały, bo były naprawdę straszne, wyglądały jak gotowe horrory! Od jakiegoś czasu jednak ustały. Ostatnimi czasy śnię bardzo emocjonalne sny. Jest w nich dużo gwałtownych reakcji i łez. Najczęściej po prostu przepraszam ludzi za jakieś świństwa, które rzekomo wyrządziłem im w przeszłości.

Pamiętasz swój ostatni sen?

Tak, był bardzo poruszający. Miałem brata, który umarł, gdy byłem bardzo mały. W moim śnie do naszego domu przyszli policjanci, mieli ze sobą starannie wypraną i wyprasowaną bieliznę brata i powiedzieli, że przekazują ją naszej matce.

Więcej w piątkowym Dzienniku 

sobota, 28 kwietnia 2012

Hitlera zagram wyłącznie w komedii- wywiad z Udo Kierem


Może i "Iron Sky" to kiepski film, ale jego premiera umożliwiła mi przynajmniej przeprowadzenie wywiadu z Udo Kierem, etatowym odtwórcą ról nazistów i wampirów, artystą kina śmieciowego a także stałym współpracownikiem von Triera i Fassbindera. Kier prześwidrował mnie niebieskimi oczyma, tajemniczo się uśmiechnął i lekko złowieszczym tonem rozpoczął długą gawędę o swoim stosunku do sławy, żalu do Quentina Tarantino i wdzięczności wobec Waleriana Borowczyka.


Piotr Czerkawski: Jest pan chyba jedynym aktorem, który z taką regularnością przeplata w swojej karierze występy w arcydziełach kina autorskiego i filmach klasy B. Jak pan to robi?

Udo Kier: Po prostu jestem cholernym szczęściarzem, który otrzymuje mnóstwo ciekawych propozycji. Ostatnio pracowałem z tak różnymi reżyserami jak Lars Von Trier i Guy Maddin. Oprócz tego, niemal jednocześnie wcielałem się w Belę Bartoka, papieża Innocentego VIII i członka zakonu templariuszy. Jak sam widzisz, byłbym głupi gdybym odrzucił którąkolwiek z tych propozycji.

Czy potrafi pan określić cechy, które powinien mieć w sobie konkretny scenariusz, żeby mógł wydać się panu interesujący?

Ostatnio coraz trudniej przychodzi mi się czymś zachwycić. Od pewnego czasu mam w Stanach Zjednoczonych własne ranczo, hoduję zwierzęta i naprawdę nie chce mi się stamtąd ruszać. Nie chodzi nawet o samą pracę na planie, bo aktorstwo wciąż sprawia mi przyjemność. Prawdziwa katorga zaczyna się w okresie promocji filmu, gdy kontrakt zobowiązuje mnie do udziału w konferencjach prasowych i bankietach. Nie lubię tych wszystkich tłumów, wrzasków i głośnej muzyki. Jestem już na to zwyczajnie za stary. Dlatego właśnie, gdy decyduję się na udział w jakimś filmie, muszę mieć pewność, że będzie naprawdę oryginalny. Zwracam też dużą uwagę na różnorodność moich ról. Ostatnio wystąpiłem w kilku większych produkcjach, więc z radością zgodziłem się na udział w kameralnym, surrealistycznym filmie Guya Maddina. Dodatkowym argumentem za przyjęciem tej propozycji była możliwość spotkania z Isabellą Rossellini, którą podziwiam od czasu „Blue Velvet”

O mechanizmach rządzących przemysłem filmowym wypowiada się pan z nieukrywaną ironią. Czy to znaczy, że nie pociąga pana sława?

To nie takie proste. Oczywiście, zachowuję się już zupełnie inaczej niż w młodości, gdy liczyło się dla mnie przede wszystkim to, żeby zarabiać dużo pieniędzy, dobrze wyglądać i być rozpoznawalnym na ulicy. Dziś, gdy wychodzę z hotelu i widzę tłum ludzi ustawiających się w kolejce po autografy, mówię sobie po cichu: „O, Jezu, tylko nie to”. Doskonale jednak wiem, że gdybym opuszczał ten sam hotel i zobaczył, że na ulicy nie ma ani jednej osoby z notesem i długopisem, pomyślałbym: „Co jest, do cholery?”. W tym samym czasie część mnie chce więc być podziwiana, a druga pragnie wyłącznie świętego spokoju.

Traktuje pan tę ambiwalencję jako nieodłączony element swojego zawodu?

Jako aktorzy wszyscy cierpimy na rozdwojenie jaźni. W końcu mamy swoje prywatne „ja”, ale także wizerunek publiczny, który w dobie internetu coraz bardziej wymyka nam się spod kontroli. Podam ci prosty przykład. Choć nie mam i nigdy nie miałem konta na Facebooku, wiem, że są tam osoby, które się pode mnie podszywają. To paranoja, ale co mogę z tym zrobić? Odpowiednim lekarstwem na takie sytuacje może być tylko dystans do własnej osoby.

(...) 

W „Iron Sky” po raz kolejny pojawia się pan na ekranie w hitlerowskim mundurze. Co sprawia, że ponad 60 lat po zakończeniu II wojny światowej widzowie wciąż chcą oglądać filmy o nazistach?

Ludzie fascynują się nazistami, bo popełnione przez nich zło wciąż pozostaje niewytłumaczalne. Wywołuje ono grozę, którą – moim zdaniem – można okiełznać wyłącznie śmiechem. Właśnie dlatego wcielam się w role nazistów wyłącznie w czarnych komediach. W 1989 roku wystąpiłem na przykład w „100 dniach Adolfa Hitlera” wyreżyserowanych przez zmarłego niedawno, skandalizującego Christopha Schlingensiefa. W tamtym filmie skupiliśmy się na ostatnich dniach z życia furhera, a więc w szalony, zabawny sposób przedstawiliśmy historię, którą wiele lat później na poważnie opowiedział Oliver Hirschbiegel w „Upadku”. Oczywiście podziwiam rolę jaką wykreował w tamtym filmie Bruno Ganz, ale sam w życiu nie mógłbym zagrać czegoś podobnego.

W rolę nazisty wcielił się pan również w jednym z najbardziej nietypowych projektów w pańskiej karierze. Mam na myśli wyreżyserowany przez Roba Zombiego fałszywy zwiastun do filmu „Ilsa, Werewolf Women of the S.S”, który wszedł w skład projektu „Grindhouse”.

Bardzo żałuję, że z tego pomysłu nie powstał nigdy pełnometrażowy film. Częściowo powetuję sobie jednak tę stratę udziałem w nowym filmie Zombiego- „Lords of Salem”. Będzie to tylko mały epizod, ale nie mam z tym problemu. Wolę grywać ogony w dziwnych filmach niż główne w nudnawych superprodukcjach. Nie dbam o to, że gdybym przyjął inną strategię dostawałbym pewnie więcej pieniędzy. W aktorstwie zawsze liczyła się dla mnie przede wszystkim frajda.

Tej z pewnością nie zabrakłoby panu na planie „Bękartów wojny” Quentina Tarantino. Choć wydawał się pan wymarzonym kandydatem do zagrania w tym filmie, pańskiego nazwiska próżno szukać jednak w jego obsadzie.

Przyznam, że sam byłem tym zaskoczony. Moje rozczarowanie było tym większe, że zetknąłem się już z Tarantino i jego współpracownikami przy okazji „Grindhouse”, gdzie zresztą zagrałem przecież wspomnianego nazistę. Nie jestem jednak jednym z tych aktorów, którzy błagają reżyserów o role. Mogę powiedzieć komuś, że lubię jego filmy, ale nigdy nie dodaję potem: „a może byś obsadził mnie w jednym z nich?”. W każdym razie, ze mną czy beze mnie, „Bękarty wojny” okazały się naprawdę znakomite.

Wystąpił pan za to w „Melancholii”, a jako członek filmowej ekipy był pan uczestnikiem feralnej konferencji, na której Lars von Trier wygłosił żart o nazistach, za który został wyrzucony z festiwalu w Cannes. Jak ocenia pan tę sytuację?

Lars został po prostu niezrozumiany. Opowiedział o tym, że – ze względu na pochodzenie dużej części swojej rodziny – uważał się za Niemca. A potem wykpił stereotyp, zgodnie z którym wiele osób wciąż obwinia współczesnych Niemców za zbrodnie poczynione przez nazistów. Oczywiście, Lars, jak to ma w zwyczaju, najpierw mówi a potem myśli, ale cała ta afera została zdecydowanie zbyt wyolbrzymiona. Od początku wiedziałem jednak, że tak będzie. Kiedy tylko wyszliśmy z konferencji prasowej powiedziałem Larsowi, że już widzę te prasowe nagłówki w stylu „Von Trier przyznaje: jestem nazistą”. Nazajutrz okazało się, że miałem rację. Ludzie zaczepiali mnie na ulicach i zadawali pytania w stylu „jak to jest pracować dla nazisty?”. Nieodmienne odpowiadałem, że to bardzo przyjemne. Mogłem tak robić, bo poznałem Larsa bardzo dobrze i ręczę za to, że nie ma w sobie nic z nazisty. W moim przekonaniu cała ta historia mimochodem sprowokowała jednak coś znacznie ważniejszego niż dywagacje nad poglądami von Triera. Tuż po konferencji momentalnie odwołano nam wszystkie oficjalne spotkania i bankiety a znakomity film jakim jest „Melancholia” w praktyce stracił szansę na Złotą Palmę. To wszystko wiele mówi o tym jak bardzo bezwzględny potrafi być przemysł filmowy.

Choć dziś ma pan na koncie role u najważniejszych światowych reżyserów, aktorem został pan właściwie przez przypadek.

Wszystko zaczęło się wtedy, gdy jako młody chłopak wyjechałem do Anglii, żeby podszlifować język. Po pewnym czasie ktoś powiedział mi, że jego znajomi kręcą właśnie film i spytał, czy nie byłbym zainteresowany udziałem. Długo się opierałem, bo niespecjalnie chciało mi się na to tracić czas. W końcu jednak uległem, spodobałem się a jedna z gazet określiła mnie jako „młody talent”. Chyba w to po prostu uwierzyłem, bo zacząłem przyjmować kolejne propozycje. Jednocześnie jednak nie czułem jakiejkolwiek potrzeby, żeby pójść do szkoły aktorskiej. Wszystkiego uczyłem się sam poprzez podpatywanie na planie bardziej doświadczonych kolegów. W ten sposób poznałem bardzo wiele stylów aktorstwa i na styku między nimi stopniowo dopracowywałem swój własny. Przy okazji muszę też zaznaczyć, że na początku kariery bardzo pomogło mi nawiązanie współpracy z kilkoma bardzo dobrymi reżyserami. Jako młody aktor wystąpiłem na przykład u Paula Morriseya i twojego rodaka- Waleriana Borowczyka.

Z Borowczykiem pracował pan nawet dwukrotnie, przy filmach „Lulu” i „Krew doktora Jekylla”.

Do dziś wspominam oba te występy jako niezwykłe doświadczenie. Borowczyk miał wspaniałe wyczucie estetyki. Kiedy u niego grałem, miałem wrażenie, że bardziej niż to jak spiszę się w danej scenie interesuje go, czy będę w stanie dobrze wkomponować się w mistrzowsko zaplanowany kadr. U żadnego innego reżysera nie spotkałem się później z taką precyzją.

(...) Ma pan na swoim koncie bardzo wiele różnorodnych ról. Czy byłby pan w stanie wybrać jedną z nich, która okazałaby się najbardziej ekscentryczna?

Zawsze szczególnie lubiłem wcielać się w wampiry. Niby nie istnieją w rzeczywistości, ale – ze względu na niepohamowaną chęć zaspokajania swoich pragnień – w pewnym sensie przypominają każdego z nas. Zwłaszcza mojego prawnika. No, dobrze... Jestem już zmęczony. Masz czas na ostatnie pytanie.

Zaskoczę pana, bo przed chwilą właśnie je zadałem.

Tak? Wobec tego porozmawiajmy o tobie, Piotrze... Masz 23 lata, prawda?

Skąd pan wie?

Widzisz? Wiem o tobie wszystko, ale nic więcej nie zdradzę, bo każdy w życiu musi radzić sobie sam. Zapamiętaj to dobrze, bo na tym skończymy. Fajnie się rozmawiało, ale teraz chętnie dałbym już spokój z tymi wszystkimi wywiadami i wrócił na swoje ranczo.

Całość wywiadu jest dostępna na łamach Portalufilmowego