Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Skolimowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Skolimowski. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2015

Prymusi na wagarach. Polskie kino 2015- głos w debacie miesięcznika "Odra"




Tekst stanowi ostatni głos w - toczącej się na łamach miesięcznika "Odra" - debacie o polskim kinie. W poprzednich numerach pisma swoje artykuły zamieścili Marcin Adamczak i Tadeusz Lubelski.

Luty 2015. Jeszcze nie wywietrzał z głów szampan odkorkowany po berlińskim sukcesie filmu „Body/ciało”, a już nadarzyła się kolejna okazja do świętowania. Dzięki „Idzie” Pawła Pawlikowskiego Polska – po raz pierwszy w historii – mogła cieszyć się z Oscara dla najlepszego filmu zagranicznego. Trudno było wymarzyć sobie lepszy prezent na dziesięciolecie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i zakończenie kadencji jego szefowej – Agnieszki Odorowicz. Rola PISF-u w osiągnięciu tych sukcesów jest nie do przecenienia, a z wrodzoną skrupulatnością opisał ją już Marcin Adamczak w tekście „Notatki ze Złotego Wieku”. Od siebie dodam jeszcze tylko, że za tajemnicę sukcesu Instytutu uważam, między innymi, jego niezależność polityczną.

(...) Najważniejsze jednak, by w okresie zasłużonego świętowania przedstawiciele rodzimego środowiska filmowego nie osiedli na laurach, lecz zakasali rękawy i wrócili do pracy. Ze zdumieniem reaguję bowiem na – wyrażane zarówno na łamach prasy, jak w kuluarowych rozmowach – głosy części moich kolegów po fachu, którzy widzieliby w Polsce kinematograficzne mocarstwo. Podyktowane szlachetną naiwnością tyrady, zapewne wbrew intencjom głosicieli, mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Nie jestem zwolennikiem manifestów i programów, ale jeśli krytyka filmowa ma od odegrania jakąś rolę, na pewno nie jest nią utwierdzanie reżyserów w stanie samozadowolenia i sytości ducha. Zamiast tego powinniśmy raczej dopingować filmowców do działania, życzliwie podpowiadać jego potencjalne kierunki, a potem uczciwie oceniać efekty pracy.

(….)

W poszukiwaniu hierarchii

Podzielam, wyrażony w tekście "Kino na trudne czasy", entuzjazm Tadeusza Lubelskiego wobec „Body/ciało”, które uważam za najlepszy polski film 2015 roku. Opowieść  o trudnej, lecz zwieńczonej sukcesem, drodze do rodzinnego pojednania, przynosi widzowi katharsis. Jest to jednak – rzadki w naszym kinie – przykład oczyszczenia poprzez śmiech. Jeśli film Szumowskiej poddaje się jakiekolwiek klasyfikacji gatunkowej, należałoby uznać go za czarną komedię. Reżyserka przedstawia współczesną Polskę jako siedlisko absurdów, na drugim planie odwołuje się do spraw, o jakich swego czasu rozpisywały się tabloidy. Zauważa, że w poszukiwaniu poczucia bezpieczeństwa chętnie dajemy wiarę fałszywym prorokom i pozwalamy karmić się metafizycznymi iluzjami. Jakby w proteście kaznodziejskim zapędom późnego Kieślowskiego czy Zanussiego, w „Body/ciało” sprawa okazuje się dużo prostsza. Ratunek przed otaczającym nas zewsząd chaosem tkwi w drugim, najbliższym nam człowieku. Scena, w której filmowi ojciec i córka chichoczą w obecności medium próbującego nieudolnie nawiązać kontakt z zaświatami, prowokuje solidarny uśmiech na twarzy widza. 

Nie zgadzam się z krakowskim profesorem, który bezpardonowo potraktował najnowszy film Jerzego Skolimowskiego. Dla mnie „11 minut”, mimo kilku oczywistych mankamentów, wciąż pozostaje jednym z najciekawszych tytułów sezonu. Jeśliby trzymać się kryteriów określonych przez Lubelskiego, warto zauważyć, że w filmie Skolimowskiego kryje się potencjał terapeutyczny. Weteran polskiego opowiedział historię świata zmierzającego ku nieuchronnemu końcowi. Podstawową przyczyną nadchodzącego nieszczęścia okazuje się seria nieporozumień pomiędzy bliskimi sobie ludźmi. Skolimowski wyraźnie sugeruje, że gdyby bohaterowie zbudowali trwalszą więź, mieli wobec siebie więcej empatii i zaufania, tragedia byłaby możliwa do uniknięcia. Przy okazji reżyser, wspomagany przez grono zdolnych współpracowników na czele z montażystką i operatorem, popisuje się formalną maestrią, wypełnia swój film adrenaliną i punkową wręcz energią. Realizacyjnym majstersztykiem okazała się zwłaszcza wbijająca w fotel sekwencja finałowa.

Do własnej listy najciekawszych polskich filmów ostatnich miesięcy chciałbym dołączyć  także „Polskie gówno”. Debiut Grzegorza Jankowskiego wydaje mi się godny uwagi nie tylko dlatego, że emanuje wyrazistym, rockandrollowym humorem, którego na co dzień próżno szukać w polskim kinie. Programowe błazeństwo „Polskiego gówna” zaskakująco harmonijnie łączy się z powagą poruszanych treści. Stoję na stanowisku, że film Jankowskiego stanowi jedno z najuczciwszych w polskim kinie rozliczeń z transformacją ustrojową. Twórcy przypominają, że za ofiarami systemowych przekształceń mogą czuć się nie tylko górnicy zwalniani z kopalń i mieszkańcy popegeerowskich wsi, lecz także niezależni artyści. Nieporadni, zagubieni w nowej rzeczywistości muzycy próbujący ocalić resztki ideałów, wzbudzają jednocześnie śmiech i wzruszenie. „Polskie gówno” pozostaje filmem uczciwym także dlatego, że – jako opowieść o zbuntowanych bohaterach – samo przyjmuje ton pełen dezynwoltury. W swoim debiucie Jankowski celowo  zrywa z ciągiem przyczynowo – skutkowym i nieustannie zaciera granicę między fabułą a dokumentem. Wszystko to sprawia, że „Polskie gówno” należy do filmów, które wnoszą do polskiego kina paradoksalny powiew świeżości.

(...)

Zamiast rewolucji

Zarówno Marcin Adamczak, jak i Tadeusz Lubelski w swoich tekstach nie tylko diagnozują aktualny stan polskiego kina, lecz także piszą o filmach, które dopiero chcieliby zobaczyć. Nie pozostaje mi nic innego jak poświęcić ostatnią część swego tekstu właśnie temu zagadnieniu. Moją uwagę zwrócił postulat Lubelskiego marzącego o powstaniu „polskiego Django” opartego na książce „Trójkąt ukraiński. Szlachta, carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793-1914” Daniela Beauvis. Wiele wskazuje na to, że podobny film jest już w fazie planów duetu Borys Lankosz – Zygmunt Miłoszewski. Reżyser i scenarzysta nie inspirują się wprawdzie „Trójkątem ukraińskim”, tylko „Fantomowym ciałem króla” Jana Sowy, lecz cele mają w gruncie rzeczy podobne. W wywiadach deklarują, że interesuje ich historyczne rozliczenie ze szlacheckimi mitami, pańszczyzną i panującymi w I Rzeczpospolitej nierównościami społecznymi. Czekam na ten film z niecierpliwością, bo uważam, że opowiadanie o przemilczanych, nierzadko wstydliwych fragmentach z historii kraju należy do najważniejszych zadań polskiego kina.

Z tego samego powodu moje ogromne zainteresowanie budzi projekt Marcina Koszałki skupiony na kwestii Goralenvolk i kolaboracji części mieszkańców Podhala z nazistami. Potencjał na fascynujące historie kryje w sobie także powojenna historia Polski. W ankiecie Krytyki Politycznej „III RP – kino, którego nie było” Jakub Majmurek apelował o powstanie filmu, który „potrafiłby zaproponować syntetyczny skrót wojny, stalinizmu, PRL-u, Solidarności i ostatnich 25 lat”. Podobną próbę, zakończoną fiaskiem, podjął ostatnio Jerzy Stuhr w „Obywatelu”. Być może publicysta „Krytyki Politycznej” ma rację, gdy sugeruje, że znacznie lepszego materiału na taki film mogłaby dostarczyć biografia Jerzego Urbana.

We wspomnianej ankiecie pojawiają się także koncepcje wykraczające poza historię i politykę. Dziennikarka Karolina Pasternak pisze o – zapowiadanym kilka lat temu przez Bartosza Konopkę – dokumentu o seksualności Polaków w PRL-u. Taki film wydaje nam się potrzebny o tyle, że kino słynie z pruderii, a przy każdej wzmiance o erotyce oblewa się rumieńcem wstydu.

Wszystkie te, odległe od siebie pomysły, łączy przekonanie, że do powinności rodzimych filmowców należy dziś przełamywanie tabu, przekraczanie granic i przesuwanie marginesów zainteresowań. Innymi słowy, polskie kino, prezentujące dotychczas mentalność prymusa, powinno wyjechać na wagary, ruszyć w sztubackie tournée zdezelowanym vanem rodem z filmu „Polskie gówno”. Nie chodzi zresztą wyłącznie o gotowość do historycznego rewizjonizmu czy obyczajowej prowokacji. Aktem jednakowej odwagi wydaje mi się na przykład oddanie głosu bohaterom wykluczonym dotychczas z kręgu zainteresowań filmowców.

Na swoją reprezentację we współczesnym polskim kinie wciąż czekają intelektualiści. Po 1989 roku ta grupa społeczna była obecna na ekranie niemal wyłącznie jako obiekt, znakomitej skądinąd, satyry Marka Koterskiego. Co jednak ze spojrzeniem poważniejszym, obecnym niegdyś w „Iluminacji” czy „Barwach ochronnych” Zanussiego? Dylematy współczesnego inteligenta – zmuszonego do poniżającej rywalizacji z kolegami i poświęcania rozwoju naukowego kosztem „kariery”– są dziś równie ciekawe jak przed laty.

Grupą równie niedowartościowaną przez polskie kino wydaje mi się pokolenie współczesnych dwudziestoparolatków. Z pozoru taka opinia może brzmieć absurdalnie. Młodzi ludzie są dziś przecież bohaterami bardzo wielu filmów. Problem jednak w tym, że większość z nich sięga po tandetne klisze i zużyte schematy. Wchodzący w dorosłość bohater interesuje dziś rodzimego reżysera o tyle, o ile dokona czegoś bulwersującego, a najlepiej popełni morderstwo. Próżno szukać w naszym kinie młodych ludzi rozważających skomplikowane dylematy uczuciowe, prowadzących błyskotliwe rozmowy, legitymujących się ciekawymi zainteresowaniami. Aby odnaleźć tego rodzaju emocje, polski widz wciąż musi sięgać po filmy niemieckie, francuskie bądź amerykańskie. Bardzo chciałbym, żeby ten stan rzeczy jak najszybciej uległ zmianie.

Nie ma wątpliwości, że podobne postulaty można było formułować już od dawna. Różnica polega na tym, że teraz mają realną szansę realizacji. Dzieje się tak także dlatego, że – na niespotykaną od dawna skalę – obserwujemy w polskim kinie przypływ nowej energii. W samym 2015 roku oglądaliśmy na ekranach tak obiecujące debiuty jak wspomniane „Polskie gówno”, „Noc Walpurgi” Marcina Bortkiewicza, „Intruz” Magnusa von Horna, „Czerwony pająk” Marcina Koszałki  czy „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej. Już teraz wiadomo, że w przyszłym roku ta lista powiększy się co najmniej o kilka nazwisk. Debiutanci są w komfortowej sytuacji, bo wchodzą do zawodu w momencie, w którym polskie kino stoi na ustabilizowanym, wysokim poziomie. Zamiast rewolucji, wypada żądać od niego odrobinę większej odwagi i wyrazistości. Jako krytyk obiecuję, że będę upominał się o te przemiany i jako pierwszy wyrażę radość, gdy w końcu nastąpią.


Cały tekst w grudniowym wydaniu miesięcznika Odra




sobota, 21 czerwca 2014

Pierwsze razy polskiego kina







W jednej z najsłynniejszych scen „Pulp Fiction” Jules Winnefield opowiada swemu kompanowi o żonie szefa: „Zagrała główną rolę w pilocie. (...)Zanim zaczną kręcić serial wpierw kręcą pilota. Komisja go ogląda i zatwierdza do produkcji. Albo wychodzi z tego serial, albo nic z tego nie wychodzi. Grała w takim, z którego nic nie wyszło”. Bezlitosna diagnoza filozofującego gangstera doskonale pasowałaby do większości młodych twórców polskiego kina. Od dobrych kilku lat żaden z nich nie zadebiutował w sposób, który mógłby wzbudzić podziw i przynieść obietnicę dalszych sukcesów. Podobna świadomość boli tym bardziej, że kino od dawna karmi się legendami o swych cudownych dzieciach i ich młodzieńczych wyczynach. 26 – letni Orson Welles był przecież w stanie sprezentować światu „Obywatela Kane’a”, różyczkę z kolcami, przez lata uznawaną za najwybitniejszy film w historii kina. Wiele lat później Steven Soderbergh przyjechał na festiwal w Cannes z prowokacyjnym „Seksem, kłamstwami i kasetami wideo”. Jurorzy – w tym Krzysztof Kieślowski – dali się uwieść i przyznali debiutantowi sensacyjną Złotą Palmę. W bliższych nam czasach sporą furorę wywołało natomiast wyznanie „Zabiłem moją matkę” wykrzyczane w filmie nastoletniego Xaviera Dolana.

Dlaczego polscy debiutanci nie potrafią nawiązać do tych sukcesów, nawet w znacznie skromniejszej skali? Spośród kilku możliwych hipotez najbardziej nęcąca wydaje się ta o paraliżującym braku odwagi. W obliczu zależności od profesorów na uczelniach i przyznających fundusze ekspertów młodzi twórcy często decydują się na chłodną kalkulację. Zamiast ryzykować, przedstawiają pomysły bezpieczne, zachowawcze i pozbawione choćby delikatnego muśnięcia polotu. Jeśli problemem nie jest cynizm, często okazuje się nim zwyczajny brak umiejętności. Wśród młodych twórców dominują solidni rzemieślnicy, którzy nie mają w sobie siły zdolnej rozbawić, zirytować bądź skłonić odbiorcę do myślenia. W rodzimym środowisku filmowym trudno znaleźć materiał na przyszłą gwiazdę, twórcę łączącego umiejętności z charyzmą i nieszablonową osobowością.

(...)


Kłopoty z początkującymi twórcami stanowią część szerszego problemu polskiego kina. Podczas gdy zeszłoroczne Berlinale podbiły „Lekcje harmonii” w reżyserii kazachskiego debiutanta, u nas w kategoriach sukcesu wciąż odbiera się samo zakwalifikowanie na prestiżową imprezę. Na przekór stanowi faktycznemu, lwia część krytyki filmowej nie ma jednak problemu z szerzeniem wiary  w zmartwychwstanie polskiego kina. Na poły naiwne, a na poły cyniczne deklaracje może i poprawiają samopoczucie środowiska, ale na dłuższą metę przynoszą wyłącznie szkody. W swojej kłopotliwej desperacji przypominają słynne przed laty słowa Juliusza Machulskiego: „Jeśli sami się nie nagrodzimy, to nikt nas nie nagrodzi!”.

Tymczasem wcale nie trzeba przecież uciekać się do równie trywialnych rozwiązań. Pełne hipokryzji peany należałoby po prostu zastąpić rzeczową dyskusją. Jej przestrzenią z pewnością może stać się także startujący niebawem 33. Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych MŁODZI I FILM. Dobrze, jeśli właśnie ta impreza okaże się poligonem doświadczalnym dla armii zdolnych filmowców.

Więcej na łamach Dziennika