„Przed północą” to film, który
mógłby zrobić Eric Rohmer, gdyby dożył ery Facebooka i Twittera.
Richard Linklater podnosi te same kwestie, które przed laty
interesowały francuskiego mistrza w „Miłości po południu”.
Twórca „Slackera” analizuje szansę na przetrwanie długoletniego
związku, w który coraz wyraźniej wkrada się rutyna i
zniechęcenie. Linklater łączy urok znany z dwóch poprzednich
części opowieści o Jessem i Celine z goryczą charakterystyczną
dla „Taśmy”. Podążające szlakiem Rohmera - wyraźnie
odwołujące się w jednej ze scen do genialnego finału „Zielonego
promienia” - „Przed północą” okazuje się jednak kinem
niełatwego optymizmu. Linklater, z pasją wytrawnego kolekcjonera,
ocala z monotonnej egzystencji bohaterów ostatnie przejawy
romantyzmu. Detale w rodzaju drobnego uśmiechu, ukradkowego
spojrzenia i strzępu rozmowy zyskują rangę fundamentów, na
których Jesse i Celine odbudowują podupadłe piękno ich relacji.
Strategia zastosowana w odniesieniu do pojedynczych bohaterów wydaje
się towarzyszyć Linklaterowi także w szerszym spojrzeniu na świat.
„Przed północą” stanowi próbę wskrzeszenia magii miłosnego
spotkania w rzeczywistości, w której relacje międzyludzkie
zastygają w ramach konwencji bądź przenoszą się w sferę
wirtualności. Brzmiałoby to może pretensjonalnie, gdyby nie
doskonałe poczucie humoru Linklatera. W niekończącym się
strumieniu dialogów docierają do nas dywagacje o zwyczajach
seksualnych Lecha Wałęsy, męsko – damskich stereotypach i
absurdalnych pomysłach na kolejne powieści Jesse'a. Wzbogaceni o
odbyte dyskusje i spędzony ze sobą czas, bohaterowie „Przed
północą” przetrwali najtrudniejsze godziny swej relacji. Już
teraz ciekawe wydaje się, co czeka na nich o poranku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłość po południu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłość po południu. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 czerwca 2013
piątek, 5 października 2012
Między stałością a impulsem- recenzja "Take This Waltz"
Sarah Polley już po raz drugi w karierze ujawnia niepospolity talent
reżyserski. "Take This Waltz" z gracją balansuje na krawędzi rutyny i
szaleństwa, poczucia bezpieczeństwa i skłonności do ryzyka. W opowieści o młodej kobiecie (Michelle Williams) zmuszonej do wyboru między wiernością mężowi, a coraz silniejszą fascynacją kochankiem, Sarah Polley waży argumenty na rzecz obu racji. Mimo że "Take This Waltz" wykorzystuje
efektowny fabularnie motyw miłosnego trójkąta, reżyserka trzyma się z
daleka od melodramatycznej ckliwości bądź erotycznego wyuzdania. Film
Polley sytuuje się za to całkiem blisko refleksyjnego kina obyczajowego
spod znaku nieodżałowanego Erika Rohmera.
"Take This Waltz" ogląda się wręcz jak wyrażoną bez
triumfującej satysfakcji polemikę z kinem mistrza Nowej Fali. Film
Polley przypomina zwłaszcza wariację na temat zrealizowanej przez
Francuza w 1972 roku "Miłości po południu".
Przed 40 laty Rohmer liczył jeszcze na trwałość międzyludzkich
związków, których ukryta moc była w stanie przetrwać najbardziej
wyrafinowane pokusy. Opisujące damsko-męskie relacje z perspektywy
współczesnej "Take This Waltz" zwraca raczej uwagę na ich kruchość i
trudną do powstrzymania dynamikę.
(...) więcej w piątkowym Dzienniku
Etykiety:
amerykańskie kino niezależne,
Eric Rohmer,
film o miłości,
film o rozpadzie związku,
Michelle Williams,
Miłość po południu,
recenzja Take This Waltz,
Sarah Polley,
Seth Rogen,
Take This Waltz
Subskrybuj:
Posty (Atom)