Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż Teksas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż Teksas. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Jak żyć odrobinę lepiej - rozmowa z Wimem Wendersem









Mam wrażenie, że istnieją pewne podobieństwa między pańskimi najnowszymi filmami a klasykami pokroju „Alicji w miastach”, „Paryż, Teksas” i „Lisbon Story”. Właściwie przez całą karierę portretuje pan bohaterów zmagających się z kryzysem, melancholią i poczuciem niespełnienia. Dlaczego wydaje się to panu tak bardzo inspirujące?

To trochę okrutne, ale uważam, że zapaść w życiu bohatera to idealny punkt wyjścia dla filmu. Ludzie pogrążeni w kryzysie mocno się nad sobą zastanawiają, znajdują się w momencie przełomu, zmiany. Spojrzenie na ich losy skłania do refleksji i zmusza do odpowiedzi na pytanie: „Co zrobić, żeby żyć odrobinę lepiej?”. Wciąż uważam, że właśnie tak brzmi najważniejsze pytanie, które powinno zadawać nam kino. 

Czy ma pan sprawdzone lekarstwo na przezwyciężanie własnych kryzysów?

Wiem, że nie wypada mi generalizować, ale mimo wszystko uważam, że mężczyźni przeżywają swoje dramaty inaczej niż kobiety. Są od nich bardziej skryci i powściągliwi. Jedni zachowują więc milczenie i wierzą w prawdziwość sformułowania „czas leczy rany”. Inni – jeśli tylko mają do tego zdolności – uciekają w fikcję i odreagowują nieprzyjemne wydarzenia ze swojego życia za sprawą tworzenia sztuki. Brzmi to może mało wiarygodnie, ale zapewniam pana, że zaskakująco wiele dzieł kina czy literatury ma za podstawy neurozy swoich twórców. Nie kontroluję tego procesu, ale nie zdziwię się, jeśli podobnie działa także w moim przypadku.

Można zatem zgadywać, że Tomas, melancholijny pisarz grany przez Jamesa Franco w pańskiej najnowszej fabule „Everything Will Be Fine” ma wiele wspólnego z panem?

Na pewno nie jest do mnie podobny tak bardzo jak choćby Philip Winter, bohater „Lisbon Story”. Tomas w obliczu życiowych niepowodzeń zamyka się w sobie, przeżywa katusze w samotności i przez długi czas odmawia jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Rozumiem go, bo kiedyś postępowałbym pewnie w sposób bardzo zbliżony. Na szczęście to już przeszłość, a dziś jestem już znacznie bardziej otwarty na drugiego człowieka.

Ważnym tematem pańskich filmów pozostają relacje między dorosłymi a dziećmi. Czy to dla pana sposób powrotu do swoich młodych lat?

Zapewne po prostu doskwiera mi fakt, że nigdy w życiu nie zostałem ojcem. Chyba w każdym człowieku tkwi natomiast pragnienie kształtowania czyjeś osobowości, inspirowania i udzielania rad komuś, kto mógłby ich potrzebować. Niekoniecznie potrzebna jest do tego wspólnota genów. Bohaterowie wielu moich filmów, jak na przykład „Alicji w miastach”, nawiązują przecież quasi - rodzicielskie relacje chociażby z dziećmi przyjaciół.

(...)

Od pewnego czasu równolegle z fabułami z powodzeniem realizuje pan filmy dokumentalne. Czy myśli pan, że te dwie konwencje mają ze sobą dużo wspólnego?

Zarówno przy fabule, jak i dokumencie inspirujesz się najczęściej historią kogoś realnie istniejącego i do pewnego stopnia przeinaczasz fakty, by osiągnąć artystyczny cel. W przypadku pamiętnego „Buena Vista Social Club” skrzyknąłem przed kamerę grupę staruszków i przedstawiłem ich jako kogoś w rodzaju kubańskich The Beatles. Na fali filmu ci muzycy rzeczywiście osiągnęli ogromną popularność, więc ryzyko opłaciło się i przyniosło mi sporo przyjemności. Nie zawsze możesz mieć jednak tyle szczęścia. Ważne żebyś – za każdym razem, gdy tylko wchodzisz na plan - miał świadomość spoczywającej na tobie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Ostatnio przypomniałem sobie o tym, gdy pracowałem nad dokumentem „Sól ziemi”, którego głównym bohaterem jest Sebastiao Salgado, brazylijski fotograf, znany także jako jeden z Ambasadorów Dobrej Woli UNICEF-u.

„Sól ziemi” - która w maju będzie miała swoją polską premierę na festiwalu Docs Against Gravity zebrała rewelacyjne recenzje i otrzymała nominację do Oscara. Jak tłumaczy pan tak ogromny sukces tego filmu?

To zasługa Sebastiao, który w swojej pracy portretuje biedę i bywa nawet nazywany „fotografem rynsztoków”, ale jednocześnie ma w sobie ogromną sympatię i szacunek do ludzi. Dzięki temu wiele osób mówiło mi, że odbiera „Sól ziemi” jako film optymistyczny i pełen nadziei na przyszłość, o którą w naszych czasach coraz trudniej.


Więcej na łamach majowego Zwierciadła


czwartek, 5 czerwca 2014

Lubię być bity przed kamerą - wywiad z Xavierem Dolanem








Piotr Czerkawski: Proszę wybaczyć, ale po obejrzeniu „Toma” nie mogę się powstrzymać przed zadaniem tego pytania. Czy lubi pan być bity przed kamerą?
Xavier Dolan: Och, uwielbiam! Nie tylko zresztą przed kamerą. Ale dobrze, dosyć żartów. Brutalna scena, do której pan pewnie nawiązuje była realizowana bardzo szybko. Użyliśmy tylko dwóch ujęć – jednego w zbliżeniu, drugiego w planie pełnym. Miałem we włosach błoto, śmierdziałem, a mój partner z planu przekonująco udawał, że spuszcza mi łomot. Czyż aktorstwo nie jest fascynujące?
Zwłaszcza, gdy – tak jak w pańskim przypadku – łączy się je z reżyserią?
Tak, odczuwa się wtedy podwójny rodzaj przyjemności. Proszę zauważyć, że zagrałem we wszystkich swoich filmach z wyjątkiem „Na zawsze Laurence” i zawsze były to role znaczące. O tym, że sam chcę wcielić się w postać Toma zdecydowałem w jakieś pięć sekund po tym, gdy zobaczyłem w teatrze sztukę Michela Marca Boucharda, na której postanowiłem oprzeć scenariusz.
 
Dotychczasowe scenariusze bazowały na pańskich oryginalnych pomysłach, czasem bywały silnie autobiograficzne. Co sprawiło, że tym razem postanowił pan zainspirować się cudzą pracą?
Jak zapewne zdążył już się pan zorientować, uwielbiam wyraziste postacie kobiece. W Agathe, matce kochanka Toma, bohaterce kruchej i wrażliwej, znalazłem spełnienie swoich marzeń. To jednak jeszcze nie wszystko. Gdybym uznał sztukę Boucharda za perfekcyjną, nie byłoby sensu przetwarzać jej na język kina. W trakcie oglądania spektaklu nie mogłem odpędzić się od myśli, że pewne sceny zainscenizowałbym inaczej, nasyciłbym je odmiennymi emocjami.

(...)

Czy pański film można potraktować jako uniwersalne ostrzeżenie o nietolerancji szerzącej się w Kanadzie?
Z brakiem poszanowania inności spotykamy się dziś na każdym kroku. Największy ostracyzm spotyka ludzi ze strony fanatyków religijnych i ksenofobów, którzy uciekają się do przemocy – dosłownej bądź symbolicznej – pod adresem drugiego człowieka. Dzieje się tak nie tylko w Kanadzie czy Stanach Zjednoczonych. Proszę popatrzeć choćby na Rosję i sprawę Pussy Riot. Nie wierzę, że takie rzeczy mają miejsce w 2013 roku. Nie mam słów, by to nazwać. Oczywiście sytuacja w Ameryce Północnej również nie jest wesoła. Pamiętam, że kiedyś – dla żartu – odwiedziłem miasteczko Dolan Springs w Arizonie. W pewnym momencie dwóch tubylców zlustrowało mnie wzrokiem, podeszło i powiedziało z nienawiścią: „Nigdy stąd nie wyjedziesz!”. Istnieją miejsca, w których ktoś skrzywdzi cię za to kim jesteś lub wręcz nawet kim się wydajesz. W proteście przeciw takim postawom postanowiłem nakręcić „Toma”.
Ma pan status reżysera - kinofila. Czy w „Tomie” warto doszukiwać się odniesień do kinowej klasyki, na przykład do filmów Hitchcocka?
Bywam uważany za kinofila, ale czy to prawdziwy obraz? Szczerze wątpię, bo po prostu nie miałem czasu, by się nim stać. Nigdy nie kończyłem szkoły filmowej, z college’u zrezygnowałem po miesiącu. Filmowe zaległości nadrabiałem dzięki wypożyczalniom video, które – chwała Bogu – jeszcze istniały. Już jako dziewiętnastolatek zacząłem jednak pracę nad własnymi produkcjami, a to zabiera niemal cały mój czas. Proszę mi wierzyć, że długo nie obejrzałem żadnego filmu Hitchcocka. Gdy jednak montowałem „Toma” w Boże Narodzenie, usiadłem z moją przyjaciółką Suzanne Clement – aktorką znaną z „Na zawsze Laurence” – i powiedziałem: „cholera, muszę w końcu obejrzeć coś Hitchcocka! Ludzie na pewno będą mnie o niego pytać”. Wymknąłem się więc z montażowni i w trakcie przerwy świątecznej obejrzałem aż 25 filmów tego reżysera.

Mam więc rozumieć, że w swojej pracy nie inspiruje się pan bezpośrednio cudzymi filmami?
Dobry reżyser zawsze wywiera na ciebie wpływ, ale powinno dziać się to na poziomie podświadomości. Na pewno bardzo inspiruje mnie „Paryż, Teksas”, choć nie umiem wskazać do czego konkretnie. Mój styl jest zupełnie inny niż estetyka Wendersa, ale po prostu nie mogę przestać myśleć o tym filmie. Wartościowa inspiracja działa trochę jak głuchy telefon: reżyser przekazuje jakąś wiadomość tobie, a ty przekształcasz ją na swoją modłę i dopiero w takim kształcie komunikujesz ją widzom. Dlatego właśnie mogę fascynować się filmami zupełnie innymi niż moje. Wciąż żywy jest we mnie dziecięcy zachwyt hollywoodzkimi blockbusterami z lat 90.Scena z „Powrotu Batmana”, w której Michelle Pfeifer zamienia się w Kobietę – Kota emanuje charyzmą i jest arcydziełem zmysłowości. Gdy wygłasza kwestię „"I don't know about you miss kitty, but I feel so much yummier”, jestem jednocześnie zdezorientowany i urzeczony. Tim Burton nakręcił tę surrealistyczną z ducha scenę w stylu niemalże dokumentalnym. To jeden z obrazów, które na trwałe zapisały się w mojej pamięci. Proszę jednak nie osądzać mnie pochopnie. Widziałem także ze cztery filmy Bergmana.

Więcej w miesięczniku KINO: http://kino.org.pl/