Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Attenberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Attenberg. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 lipca 2017

Żyć cudzym życiem - kino Yorgosa Lanthimosa





Yorgos Lanthimos bez wątpienia należy do ulubieńców festiwalu w Cannes. Przed kilkoma miesiącami Grek, który ma już na koncie triumf w sekcji Un Certain Regard i Nagrodę Jury Konkursu Głównego, dorzucił do swej kolekcji laury za scenariusz filmu „Killing of a Sacred Deer”. Wiele wskazuje na to, że wzbogacenie tego imponującego dorobku o Złotą Palmę stanowi tylko kwestię czasu. O wyjątkowej pozycji twórcy „Kła” w świecie współczesnego kina świadczy jednak coś więcej niż lista zdobytych nagród. Choć w filmach Lanthimosa dostrzega się czasem podobieństwa do dzieł Pasoliniego, Bunuela czy wczesnego Angelopoulosa, reżyser utrzymuje, że interesuje go tworzenie kina jedynego w swoim rodzaju. Deklaracja ta nie stanowi jedynie czczej przechwałki. Radykalne zarówno pod względem treści, jak i doskonale zespolonej z nią formy filmy Greka rzeczywiście stanowią we współczesnym kinie powiew świeżości.

Wyrazistość stylu Lanthimosa ma swoją cenę, bo czyni jego twórczość niełatwą w odbiorze. Autor „Kła” chętnie posługuje się długimi ujęciami, każe aktorom grać w sposób ostentacyjnie sztuczny, a ponadto nie stroni od makabrycznego humoru i naturalistycznego ukazywania seksu oraz przemocy. Oryginalności filmów greckiego twórcy bynajmniej nie ujmuje fakt, że ich autora zalicza się w poczet twórców tak zwanej „Greckiej Nowej Fali”. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że nurt ów wyczerpał swój potencjał szybciej niż zakładano, a większość łączonych z nim artystów okazała się gwiazdami jednego sezonu. Bodaj najbardziej dobitnie świadczy o tym przypadek Athiny Rachel Tsangari, współpracowniczki i producentki pierwszych dzieł Lanthimosa. Twórczyni, która błysnęła jako reżyserka rewelacyjnym „Attenbergiem”, w następującym po nim „Chevalierze” nie była już w stanie wznieść się ponad poziom miałkiej satyry na społeczeństwo patriarchalne. Całkiem możliwe, że od podzielenia losu koleżanki i szybkiego popadnięcia w kryzys twórczy ocaliła twórcę „Kinetty” wyprowadzka z ojczyzny. Decyzja reżysera, by po zrealizowaniu świetnie przyjętych „Alp”, przenieść się do Londynu początkowo została przyjęta z mieszanymi uczuciami. Obawiano się, że – jak wielokrotnie bywało to wcześniej z twórcami „z importu” - ceną za możliwość pracy w komfortowych warunkach okaże się utrata artystycznej niezależności.


Premiera „The Lobster” rozwiała wszelkie wątpliwości i udowodniła, że w nowych warunkach reżyser pozostał wierny dawnym obsesjom. Najważniejsza z nich wydaje się dotyczyć portretowania postaci niezdolnych do wzięcia odpowiedzialności za własne życie i rezygnujących z wolności na rzecz pozornego poczucia bezpieczeństwa. Wątek ten pojawił się już w najsłabszym z dotychczasowych dzieł Greka - debiutanckiej „Kinettcie”. Wyprany jeszcze z charakterystycznego dla reżysera humoru, powielający niemal wszystkie schematy poetyki slow cinema  film przedstawia historię grupy ludzi zajmujących się inscenizowaniem popełnionych w nadmorskim miasteczku morderstw. Bohaterowie Lanthimosa zachowują się jakby brali zupełnie serio sarkastyczną maksymę Woody'ego Allena: „Jedyne czego żałuję w życiu to tego, że nie jestem kimś innym”. Wyrzeczenie się własnego „ja” nie przynosi im jednak ulgi, lecz prowadzi do uzależnienia się od odgrywanych ról, a w konsekwencji do pogłębienia egzystencjalnego chaosu.

Kwestia płynnej tożsamości jednostek, choć poddana w „Kinettcie” hiperbolizacji, odnosi się do jednego z palących problemów naszych czasów. Chęć portretowania rzeczywistości nieznacznie tylko wykoślawionej, znajdującej się jedynie o pół kroku przed światem, w którym żyjemy na co dzień, po dziś dzień stanowi kluczowy element twórczości greckiego reżysera. Suma tych drobnych wyolbrzymień prowokuje zwykle przerażające rezultaty. Co jednak istotne, piekła Lanthimosa niemal zawsze pozostają wybrukowane dobrymi chęciami. Demoniczny ojciec z „Kła” chce przecież „tylko” uchronić swe dzieci przed zagrożeniami zewnętrznego świata, a bohaterów „Alp” motywuje szlachetna z założenia chęć pomocy ludziom niemogącym poradzić sobie z odejściem bliskich. Nawet w totalitarnym z ducha świecie „Lobstera” okrutne praktyki władz pozostają podyktowane chęcią uchronienia obywateli przed samotnością.

Lanthimos z rezerwą ocenia wysiłki podejmowane przez protagonistów w celu wydostania się z niewoli. Starsza Córka z „Kła” wprawdzie opuszcza pilnie strzeżony dom, ale przez cały czas stosuje się do reguł gry wpojonych jej przez Ojca. Pielęgniarka w „Alpach” zrywa toksyczną więź z pracodawcą tylko po to, by spróbować nawiązać ją z rodziną jednego ze swych klientów. Wreszcie, zbuntowani przeciw przepisom zmuszającym ludzi do życia w parach, rebelianci z „Lobstera” sami kierują się kodeksem równie surowo każącym zakochiwanie się.

Bohaterowie filmów greckiego reżysera nie są zdolni do autentycznego sprzeciwu, gdyż zostali poddani procesowi skrajnej infantylizacji. Najbardziej wyraźnie widać to w „Kle”, w którym dwudziestoparolatkowie znajdują się na poziomie rozwoju właściwym dla kilkuletnich dzieci. Protagoniści „Alp” i „Lobstera” przewyższają ich pod tym względem tylko nieznacznie.  Niedojrzałość emocjonalna wszystkich tych postaci wiąże się przede wszystkim z niezdolnością do podjęcia ryzyka i poniesienia skutków ewentualnej porażki. Również i pod tym względem antyutopie Lanthimosa przypominają ukazane w krzywym zwierciadle odbicie świata, w jakim żyjemy.  Brak gotowości na odseparowanie się od rodziców, umiejętność przepracowania żałoby czy stworzenie dojrzałego związku to dziś problemy charakterystyczne dla coraz większej liczby ludzi. Wbrew upraszczającym interpretacjom, podejmujący te tematy reżyser niekoniecznie musi odwoływać się wyłącznie do realiów pogrążonej w kryzysie Grecji. Lanthimos wydaje się należeć do tej samej międzynarodówki ironicznych katastrofistów, w której skład wchodzi choćby Michel Houellebecq zwracający w „Uległości” uwagę na perwersyjny powab konformizmu. 
Więcej na łamach lipcowego numeru Miesięcznika KINO


czwartek, 23 sierpnia 2012

Z chęcią nakręcę film akcji - rozmowa z Giorgiosem Lanthimosem




Kilka miesięcy po naszej rozmowie na temat "Kła" udało mi się ponownie spotkać z Giorgiosem Lanthimosem. Tym razem reżyser "Alp" opowiada mi o doświadczeniach związanych z pracą w reklamie i wyjaśnia dlaczego od klasycznego greckiego kina woli "Ultimatum Bourne'a". Zapraszam do przeczytania fragmentu wywiadu, który w całości ukaże się we wrześniowym numerze miesięcznika "KINO".

 
Piotr Czerkawski: W nagrodzonych w Wenecji „Alpach” opowiadasz o grupie ludzi, którzy umawiają się z rodzinami nieboszczyków, że za odpowiednim wynagrodzeniem będą odtwarzać ich gesty i zachowania. zastępują zmarłych i odgrywają role na życzenie ich rodzin. Czy słyszałeś, żeby takie praktyki miały miejsce w rzeczywistości?

Giorgios Lanthimos: Gdy kręciłem „Alpy”, nie inspirowałem się żadnymi autentycznymi wydarzeniami. Dużo większe znaczenie miały dla mnie dyskusje, które odbywałem z moim współscenarzystą, Efthymisem Filippou. To właśnie on zwrócił moją uwagę na ludzi, którzy nie mogą pogodzić się z stratą krewnych i przekonują, że wciąż otrzymują od nich listy bądź telefony. Te historie wydawały mi się bardzo inspirujące, ale przez długi czas nie wiedziałem w jaki sposób przedstawić je na kinowym ekranie. Potem przyszedł mi jednak do głowy pomysł na postać kobiety, która pracuje w szpitalu, na co dzień widzi ból towarzyszący ludziom tracącym swoich bliskich i w końcu postanawia wykorzystać swoje obserwacje do rozkręcenia interesu.

Choć twoje filmy bazują często na absurdalnych pomysłach, od czasu do czasu odwołujesz się także do fragmentów dobrze znanej nam rzeczywistości. W „Kle” bohaterowie słuchają piosenki Franka Sinatry a w „Alpach” wspominają o muzyce Prince'a.

Takie detale mają dla mnie znaczenie osobiste, bo po prostu oddaję hołd artystom, których cenię. To jednak jeszcze nie wszystko. Nawiązania do Sinatry i Prince'a stanowi rodzaj kodu kulturowego, który będzie rozpoznawalny wszędzie na świecie i uczyni opowiadane przeze mnie historie jeszcze bardziej uniwersalnymi.

Popkulturowe konotacje towarzyszyły także początkom twojej kariery. Choć dziś może trudno w to uwierzyć, reżyserskiego warsztatu uczyłeś się w trakcie pracy nad telewizyjnymi reklamami. W jaki sposób tamte doświadczenia wpłynęły na twoją późniejszą twórczość?

Myślę, że bardzo pomogły. Zetknięcie z plastikową, telewizyjną rzeczywistością jeszcze mocniej przekonało mnie, żeby pod żadnym pozorem nie wierzyć w świat, który próbują kreować media. Jako artysta nie mogę zadowalać się fałszywym obrazem i muszę dążyć do emocjonalnego autentyzmu. Jednocześnie jednak nie zamierzam kategorycznie potępiać przemysłu reklamowego. Trzeba zauważyć, że podlega on nieustannym przemianom i – inaczej niż przed laty – coraz częściej pozwala artystom na realizowanie ciekawych i zabawnych pomysłów.

(....)

A jak wygląda twój stosunek do klasycznego kina greckiego?

Nie wyznaję poglądu, że skoro jestem Grekiem, to automatycznie powinienem wielbić Angelopoulosa. W tej sprawie znacznie bardziej niż kryterium terytorialne liczy się dla mnie pokrewieństwo duchowe. Mój ulubiony grecki reżyser, Nikos Papatakis, tworzył głównie we Francji.

Ciekaw jestem, czy kryteria geograficzne odgrywają rolę w odbiorze twoich własnych filmów. Czy masz poczucie, że widownia w Grecji reaguje na nie inaczej niż gdzie indziej?

Nie sądzę. W moim kraju, tak jak zresztą wszędzie, znajdą się widzowie, którzy lubią moje filmy i tacy, którzy ich nienawidzą. No, może nienawidzą ich bardziej niż ludzie z zewnątrz, bo jako Grecy czują się podwójnie dotknięci.

(...)

Jak duży wpływ na komfort twojej pracy ma trawiący obecnie Grecję kryzys gospodarczy?

Kryzys dokucza nam wszystkim, ale nie przeceniałbym jego znaczenia dla branży filmowej. Prawda jest taka, że i przed kryzysem pracowało nam się bardzo ciężko. Każdy z moich trzech pełnometrażowych filmów powstawał z trudnościami. Paradoksalnie najmniej kłopotów miałem chyba z „Kłem”. Byłem wtedy po realizacji „Kinetty”, która – jak niewiele greckich filmów w tamtym czasie – odbiła się dość szerokim echem na zagranicznych festiwalach. W związku z tym dano mi kredyt zaufania i wsparto realizację „Kła” wsparto pewną, niewielką sumą pieniędzy, która pozwoliła mi na swobodę twórczą.

Chcesz powiedzieć, że w przypadku realizacji „Alp” nie było już tak łatwo?

Ze względu na kryzys nie dostałem prawie żadnych pieniędzy i musiałem szukać wsparcia u koproducentów. W systemie, który funkcjonuje obecnie w Grecji, szansę na zdobycie pieniędzy masz dopiero po ukończeniu filmu, gdy uda mu się osiągnąć sukces na świecie. To dla twórców bardzo trudna sytuacja, która wymaga podejmowania wielkiego ryzyka, ale z drugiej strony zmusza ona do rozwinięcia środowiskowej solidarności. Sam ściśle współpracuję z reżyserką „Attenberg” Athiną Rachel Tsangari, która produkuje moje filmy, a ja odwzajemniam jej się tym samym.

Może lekarstwem na kłopoty z kręceniem filmów byłaby zmiana miejsca pracy? Po sensacyjnej nominacji do Oscara dla „Kła” w Hollywood przyjęto by cię z otwartymi ramionami.

Nigdy nie mów nigdy. Skoro lubię oglądać inteligentne kino rozrywkowe w rodzaju „Ultimatum Bourne'a”, dlaczego nie mógłbym sam wyreżyserować podobnego filmu? Mam agentów w USA i w Wielkiej Brytanii, którzy wyszukują dla mnie różne propozycje w obu krajach. Jeśli któraś z nich przypadnie mi do gustu, chętnie na nią przystanę. Na pewno nie chciałbym zamykać sam siebie w art house'owym getcie.

środa, 30 listopada 2011

Manifest ekscentryzmu- recenzja filmu "Attenberg"


Film Athiny Rachel Tsangari  stanowi urokliwą fantazję o dojrzewaniu do życia we współczesnym świecie. Dzięki temu „Attenberg” ma szansę uwodzić za pomocą pomocą młodzieńczego wdzięku, bezkompromisowej szczerości i i zuchwale deklarowanego ekscentryzmu. Grecka reżyserka z sukcesem łączy   rozczarowanie rzeczywistością bijące od „Kła” Yorgosa Lanthimosa z nonszalanckim buntem w stylu  „Kobieta jest kobietą” Jeana-Luca Godarda.

Tsangari obdarza  dorastającą bohaterkę swojego filmu bardzo dużą sympatią. Nie ukrywa jednak, że stawia przed Mariną trudne zadanie. Młoda dziewczyna musi odnaleźć własne miejsce w świecie skompromitowanych idei, ograniczających schematów i pustych sloganów. Właśnie takie dziedzictwo pozostawia po sobie  poprzednie pokolenie, które personifikuje się w postaci umierającego ojca Mariny. Dziewczyna nie zamierza szczeniacko sprzeciwiać się  skompromitowanemu rodzicowi. Doskonale wie jednak, że musi uniknąć jego błędów i twardo walczyć o  niezależność. Według Tsangari szansą dla Mariny może okazać się akceptacja własnych pierwotnych instynktów. Pod ich wpływem dziewczyna z premedytacją sprzeciwia się narzuconym  z góry normom językowym. Świadomie bawi się słowami, tworzy je na nowo i dekonstruuje  dawne znaczenia. Gdy od czasu do czasu  wije się na łóżku i imituje odgłosy zwierząt, nie ma   w sobie nic z opętanej desperatki. Po prostu z pełną świadomością upodabnia się do bohaterów dokumentów przyrodniczych swojego ulubionego Sir Davida Attenborougha.

(...). Całość tekstu ukazała się w listopadowym numerze miesięcznika "Film"

Na deser przypominana w filmie Tsangari znakomita piosenka zespołu Suicide: 




piątek, 25 listopada 2011

Kolorowa śmierć- recenzja "Restless" Gusa Van Santa



Annabel i Enoch z „Restless” nie mogliby zakumplować się z bohaterami „Słonia” czy „Paranoid Park”. Gus Van Sant nakręcił kolejny film o młodości dotkniętej piętnem śmierci, ale tym razem zrezygnował z paradokumentalnego chłodu. W „Restless” traktuje dojrzewanie jako czas, w którym spotykają się przeciwieństwa, a emocje wkraczają na niespotykany dotąd poziom intensywności. Zarzucana filmowi przez amerykańskich krytyków ckliwość wydaje się wyłącznie następstwem uczciwego przedstawienia mechanizmów nastoletniej psychiki. Dla przeciwwagi film Van Santa wypełnia chwilami pozornie nieprzystający do poruszanej tematyki humor. W „Restless” liczy się jednak głównie połączenie marzycielstwa i realizmu, pogody i mroku, eskcentryzmu a la „Attenberg” i liryzmu rodem z powieści Murakamiego. Sprawnie lawirujący między skrajnościami Van Sant udowadnia, że jego kino wciąż może okazywać się bardzo młodzieńcze.

(...) „Restless” okazuje się ujmujące, bo brakuje mu naiwnej wiary w odwrócenie biegu rzeczywistości. Zamiast cieszyć się z naiwnego happy endu, Annabel i Enoch mogą tylko zyskać pewność, że z młodzieńczą zachłannością wydarli życiu wszystko, co im się należało. Dzięki swojej relacji oboje mają szansę odczuć rzadko spotykany w ich wieku rodzaj spełnienia. Być może właśnie dlatego pozornie smutny finał może zostać zwieńczony obrazem szczerego uśmiechu.

Całość recenzji ukaże się w grudniowym numerze miesięcznika "Film"

czwartek, 24 listopada 2011

Tęsknota za pierwotnością- wywiad z Athiną Rachel Tsangari, reżyserką filmu "Attenberg"


"Attenberg" Athiny Rachel Tsangari to świadomie ekscentryczna, przewrotnie zabawna i skomplikowana psychologicznie wizja na miarę jednego z najlepszych filmów roku. Reżyserka filmu, zdobywczyni Grand Prix festiwalu Nowe Horyzonty udziela wywiadu, w którym wyczerpująco opowiada o seksie, awangardzie i Godardzie.

Piotr Czerkawski: „Attenberg” zaintrygował mnie jako film jednocześnie młodzieńczy i bardzo dojrzały, ironiczny i pełen empatii. Lubisz łączyć przeciwieństwa?

Athina Rachel Tsangari: Uważam, że to jedno z moich najważniejszych zadań jako artystki. Przychodzę do świata kina z dużym doświadczeniem w dziedzinie awangardy. Tamten rodzaj sztuki wydaje mi się bardzo skupiony na sobie i pozbawiony poczucia humoru. W filmie szukam czegoś innego. Lubię eksperymenty formalne, ale chciałabym również uprawiać kino, nazwijmy to, emocjonalne. Te dwie rzeczy zwykle nie idą w parze. Czasami jednak udaje się je połączyć. Właśnie dlatego fascynuje mnie na przykład twórczość Mayi Deren, bardzo ważnej eksperymentalnej reżyserki z lat 40. Jej kino jest bardzo innowacyjnie, ale jednocześnie uczuciowe. Wydaje mi się w ten sposób bardzo kobiece.

To samo można powiedzieć o twoim filmie. Podoba mi się swoboda z jaką opowiadasz o odkrywaniu seksualności przez swoją nastoletnią bohaterkę.

W Marinie najciekawsze jest to, że sama decyduje o tym z kim, kiedy i na jakich warunkach chce uprawiać seks. Młodzi ludzie zazwyczaj nie mają takiego komfortu, są poddawani presji. Zabrzmi to może zabawnie, ale źródłem tej presji bywa najczęściej otoczenie: partner, koledzy z klasy. Jeśli nie ulegniesz naciskowi, jesteś uznany za dziwaka. Tymczasem Marina w ogóle nie musi się tym przejmować. Ma pełną kontrolę nad sytuacją i przeprowadza coś w rodzaju castingu na swojego faceta. A gdy już go znajduje i oboje przechodzą do rzeczy, to właśnie ona jest tą, która rozbiera!

Zanim jednak Marina pójdzie do łóżka z mężczyzną, zdobywa erotyczne doświadczenia dzięki swojej przyjaciółce.

Z Bellą łączy ją klasyczna mieszanka miłości i nienawiści. Myślę, że nastoletnie dziewczyny, które dopiero odkrywają swoją osobowość zawsze traktują najlepsze przyjaciółki jak lustrzane odbicia samych siebie. W pewnym zakresie imitują je, w innym starają się postępować dokładnie odwrotnie. Dla Belli i Mariny najważniejsze staje się jednak poczucie kobiecej solidarności. Skoro nie chcą być zakłopotane, gdy przyjdzie im całować się z mężczyzną, po prostu trenują to wcześniej na sobie nawzajem.

W scenach erotycznych w „Attenberg” nie znajdziemy hollywoodzkich klisz. To naga prawda o towarzyszącym często niedoświadczonym kochankom zakłopotaniu. Chwilami seks w „Attenberg” bywa jednak bardzo zabawny. Skąd u ciebie tyle dystansu do tak intymnej sfery życia?

Seks między dwoma nieznajomymi próbującymi odkryć nawzajem własne ciała zawsze wydawał mi się bardzo dziwacznym doświadczeniem. Gdy kochasz się z kimś kogo dobrze nie znasz, ciągle zastanawiasz się, co on o tobie pomyśli, kiedy skomentuje fakt, że masz małe piersi albo dziwaczne upodobania. Zamiast odczuwać komfort, wydajesz się ciągle spięty. Mam wrażenie, że takie myślenie bardzo często prowokuje zabawne sytuacje. Oczywiście nie chodzi mi o szukanie pretekstu do przaśnych dowcipów. To raczej chęć zwrócenia uwagi na specyficzny rodzaj autentyzmu, który towarzyszy intymności każdego z nas, choć nie chcemy się do tego przyznać.

Odbieram „Attenberg” jako rodzaj pochwały owego autentyzmu połączony z wezwaniem do akceptacji własnych pierwotnych instynktów.

Wyrazem tęsknoty za taką pierwotnością stają się zwłaszcza sceny, gdy Marina porozumiewa się z ojcem za pomocą zwierzęcych odgłosów. Chciałabym, żeby wszyscy ludzie mieli w sobie taką chęć gry ze stereotypami na własny temat i narzuconymi z góry normami. To nieważne, że inni uznają cię za świra. Miło być dziwakiem i wyróżniać się z tłumu. Bardzo chętnie udajemy, że jest inaczej, ale tak naprawdę niezbyt różnimy się od istot podpatrywanych przez Sir Davida Attenborougha, którego programy zainspirowały tytuł mojego filmu. . Wszyscy skupiają się przecież na znalezieniu miejsca w pewnym układzie zależności, zdobyciu pożywienia i przedłużeniu rodu. Niepotrzebnie zapominamy, że człowiek to po prostu jeden z gatunków zwierzęcia.


Odnoszę wrażenie, że w swoim filmie sama jesteś jak Attenborough, który przypatruje się ludzkiej faunie z wnikliwością dokumentalisty.

Mój film na pewno stanowi wyraz podziwu dla jego twórczości. Mogę śmiało powiedzieć, że wychowałam się na dokumentach Attenborougha, które robiły na mnie wrażenie zwłaszcza w okresie dojrzewania. Lubię je właśnie za wspominane wcześniej przez ciebie łączenie sprzeczności. Te filmy są po naukowemu racjonalne, ale jednocześnie bardzo czułe. Chciałam osiągnąć podobny efekt u siebie.

Krytycy na całym świecie wskazują raczej na podobieństwo „Attenberg” do innych współczesnych filmów rodem z Grecji. Niektórzy z nich używają nawet terminu „grecka nowa fala”. Podejrzewam, że takie szufladkowanie nie jest Ci na rękę?


Często mówią o nas także „grecka dziwna fala”. Czujemy się jak banda świrów, więc może jest w tym trochę racji. Mówiąc poważnie, byłabym jednak bardzo ostrożna z szafowaniem terminami takimi jak „fala” czy „ruch”. Zwłaszcza kiedy dotyczą one zjawisk, które dopiero się narodziły. Siłą rzeczy czuję się częścią współczesnej greckiej kinematografii, ale nie sądzę, że powinno się ją wtłaczać w jakiekolwiek ramy. Niemniej jednak, mam wrażenie, że cały mój kraj przeżywa coś w rodzaju wielkiego przebudzenia. Kino jest na pewno częścią tego procesu. Gdy ogląda się nasze współczesne filmy, widać jak bardzo różnią się od tych sprzed lat. W ciągu ostatnich trzech dekad jedynym greckim twórcą, który zrobił światową karierę był Theo Angelopoulos. Teraz nasze kino znowu zaczyna robić się uniwersalne.

Zgadzam się ze wszystkim o czym mówisz, ale na pewno nie uda ci się uciec od jednego porównania. Od kilku lat funkcjonujesz w twórczym duecie z Yorgosem Lanthimosem. Produkujecie nawzajem własne filmy, zatrudniacie tych samych aktorów, a on dodatkowo gra drugoplanową rolę w „Attenbergu”. Na czym polega fenomen waszej współpracy?

Takie rzeczy ciężko wyrazić słowami. Yorgos i ja jesteśmy przyjaciółmi, choć mamy bardzo odmienne charaktery. Może właśnie te różnice wydają nam się inspirujące. Jesteśmy ich świadomi, ale jednocześnie wiemy, że możemy na sobie polegać. Nie ma między nami rywalizacji, odczuwamy tylko chęć wzajemnej pomocy. Jednocześnie jest w tym wszystkim jedna rzecz, która nas autentycznie łączy- lubimy ten sam rodzaj kina. Nie chcę wypowiadać się za Yorgosa, ale pewnie zgodziłby się, że oboje równie wysoko cenimy filmy Herzoga, Seidla czy Bunuela.

Tym, co łączy filmy twoje i Lanthimosa jest z pewnością zainteresowanie językiem i związanymi z nim eksperymentami.

Kwestie lingwistyczne fascynują mnie od zawsze. Było to widoczne już w moim pierwszym filmie „The Slow Business of Going”. Nie wiem jak dzieje się to w przypadku Yorgosa, ale moje zainteresowanie wynika z podziwu dla Jeana- Luca Godarda, którego twórczość również krąży wokół analizy języka. Uważam, że Godard tworzy kino totalne, dostrzega w nim swoją autentyczną obsesję. Traktuje je jak prawdziwą sztukę, próbuję analizować je z perspektywy filozoficznej, egzystencjalnej. Jednocześnie jednak nie ma w sobie tej fałszywej powagi, która często towarzyszy kinu wysokoartystycznemu. Nawet w ostatnich filmach udowadnia, że wciąż jest wielkim buntownikiem i eksperymentatorem. To 80-letni enfant terrible.

(...) cała rozmowa ukazała się w listopadowym numerze miesięcznika "Kino"