Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy o dojrzewaniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy o dojrzewaniu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2016

Nawet z koszmaru można się obudzić - rozmowa z Kubą Czekajem (czerwcowy miesięcznik "Kino")



Piotr Czerkawski: W „Baby Bump” – tak jak w wielu wcześniejszych filmach krótkometrażowych – podejmujesz temat wchodzenia w dorosłość. Czy masz jakieś wyraziste wspomnienia z tego okresu?

Kuba Czekaj: Własne dojrzewanie nie kojarzy mi się z żadnym szokiem ani traumą. Byłoby przeciętne, gdyby nie pewna, dosyć dziwaczna, dociekliwość. Za jej sprawą miałem wrażenie jakbym przebywał w dwóch, równoległych światach. Najpierw zwyczajnie wygłupiałem się i biegałem z kolegami po podwórku, a potem wracałem do domu i całkiem poważnie – jak wtedy myślałem – zastanawiałem się nad kwestiami takimi jak: Czym jest śmierć? Czy istnieje Bóg? 

Gdzie szukałeś odpowiedzi na te pytania?

 Na pewno nie w szkole ani w encyklopediach, bo nigdy nie byłem typem prymusa. Starałem się sięgać raczej do własnej wyobraźni. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że moje próby zrozumienia rzeczywistości, wnioski do których dochodziłem, nie były szczególnie oryginalne. Lecz nawet jeśli wyważałem otwarte drzwi, robiłem to na własną rękę. W ten sposób uczyłem się samodzielnego myślenia, które przydaje mi się teraz w pracy.

 Dorastałeś w latach 90., gdy po latach komunistycznej izolacji Polska otwierała się na zachodnią kulturę. Czy te procesy odcisnęły piętno na twoich zainteresowaniach?

Niespecjalnie. Nie czułem potrzeby, żeby wieszać na ścianie plakaty zespołów muzycznych. Wówczas nie byłem też wielkim fanem kina. Moja przygoda z filmem ograniczała się do odwiedzania kolegi, który jako pierwszy na osiedlu posiadał odtwarzacz video. Szliśmy do niego po szkole, zasłanialiśmy zasłony i pochłanialiśmy tandetne horrory.

Skąd więc wzięła się w tobie filmowa pasja?

Z lenistwa. Jako dzieciak nie chciało mi się uczyć, więc angażowałem się w zajęcia plastyczno-teatralne. Głównie po to, by uciec z lekcji i dumać, dłubać coś w sali obok. Moja przygoda z kamerą zaczęła się po drugiej stronie obiektywu. Jako nastolatek dostałem rolę w serialu realizowaną przez wrocławską telewizję. Grałem chłopca, który przyjeżdża z małej wsi do dużego miasta i podrywa dziewczynę na to, że jest melomanem. W jednej ze scen idę z siatką mandarynek – operator robi zbliżenie na moje buty. A że produkcja była niskobudżetowa, graliśmy w tym, w czym przyszliśmy. Oczywiście mandarynki mi wypadają, schylam się powoli i uważnie, ekranowa partnerka również. I mamy to pierwsze, fundamentalne spojrzenie, od którego wszystko się zaczyna. Po emisji odcinka czekałem w szkole aż coś się wydarzy, nastawiałem uszu na komplementy. A zamiast tego usłyszałem: ''Widziałam te buty w telewizji!'' Wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że wolałbym stać po drugiej stronie kamery. Jako aktor czułem się fatalnie. Mam dużą szparę między zębami, a wówczas mówiłem wyjątkowo bełkotliwie. Z tym swoim szczękościskiem byłem beznadziejny, drętwy. Wróciłem do rozmyślania i jako licealista wpadłem na pomysł, że nakręcę film i zobaczę co z tego wyniknie.

 I wyniknęło coś ważnego: egzamin do szkoły filmowej.

 Ale wciąż nie wiedziałem nic o kinie, wszystkiego nauczyłem się dopiero jako student. Jedynym filmem, który wywarł na mnie naprawdę duży wpływ, gdy byłem nastolatkiem, było „Requiem dla snu”. Obejrzałem go oczywiście przypadkowo. Ale to dzięki niemu po raz pierwszy zrozumiałem, że kino może dotykać tego, co cię boli, czego nie rozumiesz, a forma opowieści może doskonale współgrać z jej treścią. Aronofsky nauczył mnie też, że film daje niepowtarzalną możliwość, by wykreować od podstaw własny ekranowy świat. Dziś taką swobodę odczuwam na etapie tworzenia scenariuszy.

 Różnią się od innych?
Mówi się o nich, że są bardzo szczegółowe i rozbudowane –mają dość obszerne didaskalia. Czasami słyszę, że nie powinno się tak pisać, ale ja lubię, gdy scenariusz nie jest użytkowym szkicem, lecz przypomina prozę, pozwala czytelnikowi poczuć klimat opowieści. Każdy tekst powinien mieć własny styl, dostosowany do konkretnego filmu bądź danej sceny. Opisując moment pełen napięcia, lubię stosować krótkie, dynamiczne zdania, rodem z bardzo lubianej przeze mnie książki „Białe na czarnym” Rubena Gallego. Kiedy indziej chętnie stosuję kwieciste, rozbudowane frazy. Nie umiem inaczej, reżyserować zaczynam od składania liter. Na szczęście podejście do scenariuszy staje się coraz bardziej kreatywne, a to owocuje ciekawymi lekturami. Ostatnio zachwycił mnie na przykład język i forma scenariusza „Córek Dancingu” Roberta Bolesty, który został przeniesiony na ekran przez Agnieszkę Smoczyńską.

 Pokoleniowa zmiana warty?

 Tak, szczególnie cieszy mnie ta odbywająca się w środowisku producentów. Od jakiegoś czasu dochodzą do głosu młodzi ludzie walczący o coś więcej niż biznesowy zysk, dbający także o artystyczną jakość projektów. Bardzo czekam na podobny powiew świeżości wśród reżyserów. Liczę, że już wkrótce pojawi się jakiś utalentowany gówniarz, najlepiej bez szkoły, który pokaże swoim poprzednikom środkowy palec i sprowokuje twórczy ferment w całym środowisku.

A co drażni cię we współczesnym polskim kinie?

Poziom filmów komercyjnych. W wielu projektach kryje się ogromny potencjał, ale zostaje on zaprzepaszczony za sprawą  braków budżetowych, niedbałej reżyserii czy nielogicznych scenariuszy. Osobny problem stanowi kwestia aktorstwa. W wielu filmach dziwią mnie zachowawcze decyzje obsadowe. Rzadko oglądamy nowe twarze, a odkrycia są przecież chlubą każdego reżysera. Mamy sporą grupę znanych wykonawców, którym za każdym razem oferuje się jednakowe role, korzystanie z tych samych środków wyrazu. A przecież aż prosiłoby się, by od czasu do czasu obsadzić ich wbrew ukształtowanemu wizerunkowi i pozwolić na demonstrację pełni talentu.

O tobie też można jednak powiedzieć, że do tej pory uprawiałeś jeden rodzaj kina. Nie boisz się zaszufladkowania?


W chwili, gdy rozmawiamy skończyłem pracę nad filmem „Królewicz Olch”. Wszystko wskazuje na to, że po premierze na długi czas odpocznę od opowiadania o dzieciach. Robię się coraz starszy, co innego zaczyna mnie interesować, więc najwyższy czas spróbować czegoś nowego i wgryźć się w psychikę dorosłego bohatera.

(...) więcej w czerwcowym numerze miesięcznika KINO


środa, 30 marca 2016

Nie jest się poważnym w siedemnastej wiośnie - francuskie filmy o dojrzewaniu



Pod koniec lat pięćdziesiątych Jean – Luc Godard, w artykule zamieszczonym na łamach pisma „Arts”, atakował francuskich reżyserów słowami: „Nie możemy wam przebaczyć, bo nigdy nie zdołaliście sfilmować dziewczyn, jakie kochamy i chłopców, na jakich natrafiamy codziennie”. Dziś twórca „Do utraty tchu” nie mógłby już powtórzyć swoich oskarżeń. Ostatnimi czasy filmy o młodzieży stają się wręcz specialite de la maison francuskiego kina. Sekret ich sukcesu tkwi w gotowości do odrzucenia schematów towarzyszących zwykle opowieściom o wkraczaniu w dorosłość. Zamiast piętnować ekscesy wieku dojrzewania, filmowcy znad Sekwany podchodzą do nich z wyrozumiałością, a swych młodych bohaterów obdarzają kredytem zaufania. Nie inaczej dzieje się także we wchodzącym na nasze ekrany „Bang Gang”, brawurowym debiucie Evy Husson.

Zainteresowanie procesem nabywania samoświadomości i szukaniem przez jednostkę miejsca w świecie było obecne we francuskiej kulturze już w epoce Oświecenia. Podejmująca tę tematykę literatura realizowała wprawdzie cele dydaktyczne, ale czyniła to w sposób nienachalny, a często również niepozbawiony ironii. Przede wszystkim cechowała się jednak wiarą w moc edukacji sprawiającej, że młody człowiek może wydostać się z najgorszej opresji i zostać pełnowartościowym członkiem społeczeństwa. Popularne wówczas traktaty o wychowaniu w rodzaju „Emila” Rousseau czy historie „dzikich dzieci”, które dopiero w wieku kilkunastu lat zyskały kontakt z cywilizacją, inspirowały artystów także wiele stuleci później.

We francuskim kinie młodość okazała się siłą napędową Nowej Fali. Pomni słów Godarda reżyserzy chętnie opowiadali historie dziewcząt i chłopców poznających smak dorosłego życia. Kino trafiło wówczas na podatny grunt, nastoletni widzowie rozpoznali na ekranie siebie i zaczęli traktować filmy jako wzorce zachowań, mód i stylów życia. Nie okazało się to bez znaczenia w trakcie rewolucji Maja 68 roku, gdy studenci – świadomi drzemiącej w nich siły –przyłożyli się do obalenia konserwatywnego porządku społecznego. Nawet jeśli ówczesny bunt i jego późniejsze skutki doczekały się rozbieżnych ocen, pewne rzeczy okazały się nieodwracalne: reżyserzy znad Sekwany trwale zakochali się w młodzieży i jej ekranowym potencjale.

Zupełnie jak w czasach Nowej Fali, we współczesnych filmach o nastolatkach swoje odzwierciedlenie znajdują problemy całego francuskiego społeczeństwa. Już od najmłodszych lat bohaterowie doświadczają skutków olbrzymich nierówności klasowych, a także dyskryminacji ze względu na płeć, rasę czy orientację seksualną. Kolejne filmy podkreślają także wątek coraz silniejszego konfliktu pokoleń. Wygląda na to, że rodzice nie stanowią już dla swoich dzieci autorytetu i systematycznie tracą kontakt z ich problemami. Zamiast skonfrontować się z faktem, że synowie i córki rozpoczynają dorosłe życie, wolą odsuwać od siebie tę niewygodną prawdę do ostatniej chwili. Rezultatem pozostaje zakłopotanie i poczucie bezsilności. Doskonale ilustruje to gorzko ironiczna scena z „17 dziewczyn” (2011) w reżyserii Delphine i Muriel Coulin. Gdy niepełnoletnia bohaterka wyznaje, że zaszła w ciążę, jej matkę stać wyłącznie na komentarz: Ale jak to? Ty, która wciąż jeszcze zasypiasz z maskotkami?.

Kiedy indziej natomiast rodzice nie mogą stanowić dla dzieci wzoru, gdyż sami nie potrafią ułożyć sobie życia. W otwierającym zeszłoroczny festiwal w Cannes „Z podniesionym czołem” (2015) Emmanuelle Bercot matka głównego bohatera nie może znaleźć pracy, bez przerwy zmienia partnerów i zmaga się z uzależnieniem od narkotyków. Oczywiście, reżyserzy nie zawsze sięgają po tego rodzaju ekstrema. W większości francuskich filmów o młodzieży rodzice są po prostu nieobecni albo zaabsorbowani własnym życiem uczuciowym. Prawie zawsze bowiem zdążyli już się rozwieść i są właśnie na etapie budowania związku z nowym partnerem. Nawet przyzwoicie funkcjonujące małżeństwo nie stanowi jednak gwarancji dobrego kontaktu z dzieckiem. Widzimy to w – zasłużenie nagrodzonym Złotą Palmą - „Życiu Adeli” (2013) Abdellatifa Kechiche’a. Tytułowa bohaterka wie, że konserwatywni rodzice nigdy nie będą w stanie zaakceptować lesbijskiego związku córki. Dlatego zostaje zmuszona do stworzenia fikcji i udawania, że jej partnerka jest w rzeczywistości tylko korepetytorką filozofii. Dziewczyny doskonale bawią się zresztą naiwnością rodziców i wykorzystują swój koncept do gry wstępnej poprzedzającej miłosne uniesienia. W jednej z najsłynniejszych scen filmu roześmiana Adela parafrazuje słynne zdanie Sartre’a i stwierdza, że „orgazm poprzedza esencję”.

Kryzys rodziny nie oznacza, że bohaterowie pozostają zdani wyłącznie na siebie. We francuskim kinie jej rolę z powodzeniem mogą przejąć dobrze funkcjonujące instytucje społeczne. Zaufanie pod ich adresem wyraża wspomniane „Z podniesionym czołem”, w którym na pozytywną postać wyrasta – obdarzona godnością i charyzmą Catherine Deneuve – sędzina. Mądra prawniczka do samego końca wierzy, że jej krnąbrny podsądny złagodnieje, przymyka oko na jego kolejne wybryki i daje chłopakowi szansę na naprawienie błędów.


Znacznie częściej niż sądy w pozytywnym świetle bywają przedstawiane francuskie szkoły. O przypisywanym im znaczeniu mogliśmy przekonać się już w pamiętnej „Klasie” (2008) Laurenta Canteta, w której tytułowa zbiorowość została potraktowana jako metafora całego społeczeństwa. W wielu innych filmach popularnym chwytem okazuje się scena lekcji francuskiego obrazująca omawianie zadanej uczniom lektury. Niemal zawsze nauczyciel dyskutuje wówczas z podopiecznymi o sposobie w jaki poruszana w książce problematyka odnosi się do ich aktualnych przeżyć, problemów i życiowych wyborów. W „Oddychaj” (2014) Melanie Laurent wprowadza w ten sposób – kluczowy dla późniejszych ekranowych wydarzeń – wątek zniewolenia człowieka przez namiętność i gwałtowne emocje. Jeszcze ciekawiej postępuje Francois Ozon, który w fabułę „Młodej i pięknej” (2012) wplata dokumentalną z ducha sekwencję z udziałem uczniów elitarnego paryskiego liceum. Na naszych oczach uczniowie dzielą się własnymi pomysłami na interpretację niezwykle popularnego we Francji wiersza „Romans” Arthura Rimbauda. Pochodząca z niego fraza Ach, nie jest się poważnym w siedemnastej wiośnie z powodzeniem mogłaby służyć zresztą za motto całego filmu.

(,..) cały tekst w marcowym numerze miesięcznika KINO


piątek, 25 stycznia 2013

Ocalanie niewinności - recenzja "Broken" Rufusa Norrisa





W "Broken" pozornie idylliczne obrazki z londyńskich przedmieść z biegiem czasu odsłaniają coraz bardziej widoczne rysy. W spojrzeniu na portretowaną rzeczywistość Rufus Norris nie przypomina jednak nieprzejednanego ironisty w typie Todda Solondza. Brytyjski reżyser stara się umiejscowić swoją fabułę w pół drogi między niewinnością a wyrachowaniem, fantazją a brutalnym realizmem. Dzięki temu w swych zabawniejszych partiach "Broken" przypomina "Moją łódź podwodną" Richarda Ayoade, by w poważniejszych scenach zbliżyć się do "Polowania" Thomasa Vinterberga.

Sprawność, z jaką Norris opowiada swoją niejednoznaczną historię, zdumiewa tym bardziej, że mamy do czynienia z debiutantem. Zanim twórca "Broken" odkrył dla siebie świat kina, zdążył jednak zdobyć rozgłos jako utalentowany reżyser teatralny i operowy. W pierwszym pełnometrażowym filmie Norris robi świetny użytek z nowego medium i zdradza imponującą dbałość o szczegóły. Kolejne sceny "Broken" potrafią zahipnotyzować za sprawą nastrojowej muzyki Damona Albarna i jego Electric Wave Bureau. W pozornie nieatrakcyjnej przestrzeni przedmieść reżyserowi udaje się także umieścić przyciągające uwagę obrazy. Umiejscowione w sąsiedztwie głównych bohaterów złomowisko ma w sobie nieoczekiwany rys poezji, a stojąca nieopodal zdezelowana przyczepa zaskakuje jako miejsce erotycznych schadzek miejscowych dzieciaków.

(...)

Przenikliwa Skunk dostrzega jednak w swoim otoczeniu szereg nieprawidłowości. Z ukradkowych spojrzeń i podsłuchanych rozmów dowiaduje się o niechcianych ciążach, przemocy i kłopotach z używkami. To wszystko stanowi jednak preludium do wydarzenia, które całkowicie zmienia dotychczasowe wyobrażenia o otaczającej rzeczywistości. Ku zdziwieniu całej okolicy, sympatyczny nauczyciel z lokalnej szkoły zostaje oskarżony o gwałt na uczennicy. Początkowe wzburzenie szybko ustępuje miejsca wątpliwościom. Mężczyzna cieszy się nieposzlakowaną opinią, a rzekoma ofiara nie jest w stanie przedstawić żadnych przekonujących dowodów jego winy. Atmosfera została już jednak zatruta, oskarżenia uprzednio sformułowane a życiorys nauczyciela zyskał trudne do zmazania piętno. Gdzieś z boku całemu temu zgiełkowi uważnie przygląda się Skunk. Dziewczynka w trybie pilnym pozbywa się złudzeń i poznaje całą prawdę o okrucieństwie dorosłego świata. Doskonale wie, że już niedługo sama będzie musiała stać się jego częścią.

(...)

Więcej na łamach  DZIENNIKA


piątek, 25 listopada 2011

Kolorowa śmierć- recenzja "Restless" Gusa Van Santa



Annabel i Enoch z „Restless” nie mogliby zakumplować się z bohaterami „Słonia” czy „Paranoid Park”. Gus Van Sant nakręcił kolejny film o młodości dotkniętej piętnem śmierci, ale tym razem zrezygnował z paradokumentalnego chłodu. W „Restless” traktuje dojrzewanie jako czas, w którym spotykają się przeciwieństwa, a emocje wkraczają na niespotykany dotąd poziom intensywności. Zarzucana filmowi przez amerykańskich krytyków ckliwość wydaje się wyłącznie następstwem uczciwego przedstawienia mechanizmów nastoletniej psychiki. Dla przeciwwagi film Van Santa wypełnia chwilami pozornie nieprzystający do poruszanej tematyki humor. W „Restless” liczy się jednak głównie połączenie marzycielstwa i realizmu, pogody i mroku, eskcentryzmu a la „Attenberg” i liryzmu rodem z powieści Murakamiego. Sprawnie lawirujący między skrajnościami Van Sant udowadnia, że jego kino wciąż może okazywać się bardzo młodzieńcze.

(...) „Restless” okazuje się ujmujące, bo brakuje mu naiwnej wiary w odwrócenie biegu rzeczywistości. Zamiast cieszyć się z naiwnego happy endu, Annabel i Enoch mogą tylko zyskać pewność, że z młodzieńczą zachłannością wydarli życiu wszystko, co im się należało. Dzięki swojej relacji oboje mają szansę odczuć rzadko spotykany w ich wieku rodzaj spełnienia. Być może właśnie dlatego pozornie smutny finał może zostać zwieńczony obrazem szczerego uśmiechu.

Całość recenzji ukaże się w grudniowym numerze miesięcznika "Film"