Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczęście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczęście. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lipca 2017

Wciąż jestem feministką! - rozmowa z Agnes Vardą (miesięcznik KINO)




Rozmowa przeprowadzona w trakcie American Film Festival we Wrocławiu

Piotr Czerkawski: Należy pani do największych ikon Francuskiej Nowej Fali. Jak, po upływie wielu lat, wspomina pani tamte czasy?

Agnes Varda: Na początek muszę podkreślić, że w czasie, gdy kręciliśmy nasze pierwsze filmy, nie mieliśmy bladego pojęcia o tym, że tworzymy jakąkolwiek „Nową Falę”. Gdy w 1957 roku dziennikarka Francoise Giroud używała po raz pierwszy terminu nouvelle vague, opisywała nim nie zjawisko filmowe, lecz socjologiczne – pojawienie się młodego, zbuntowanego pokolenia, które wkrótce będzie żądać poważnych zmian we francuskiej rzeczywistości. Dopiero wiele lat później krytycy uznali, że określenie to pasuje do opisu twórczości mojej, Godarda i spółki. My sami natomiast nie zwracaliśmy uwagi na etykietki, bo wiedzieliśmy, że jesteśmy między sobą zupełnie różni. O ile Jean – Luc czy Francois Truffaut praktycznie nie wychodzili z redakcji „Cahiers du Cinema”, ja zjawiłam się tam może ze dwa razy w życiu, bo choć pociągała mnie reżyseria, nie miałam pojęcia o teorii i historii kina.

Czy później nadrobiła pani braki w edukacji filmowej?

Nie miałam wyjścia. Mój debiutancki film „La Pointe Courte" montował Alain Resnais, który pewnego dnia wziął mnie na stronę i powiedział: „Agnes, nie może być tak, że kręcisz coś własnego, a widziałaś może z 10 filmów w życiu. Musisz nadrobić zaległości, masz na to szansę, w Paryżu jest przecież Filmoteka…”. „A gdzie?” – spytałam zupełnie szczerze. Resnais westchnął wtedy i powiedział „Dobrze, opracuję dla ciebie listę filmów, które musisz zobaczyć”. Zaczęłam od Dreyera – obejrzałam „The Bride of Glomdal” i „The Vampire”, a potem chodziłam do kina coraz częściej, choć nigdy, rzecz jasna, nie dorównałam kolegom z „Cahiers du Cinema”, którzy obejrzeli chyba wszystkie filmy świata. Ten kinofilski etos jest zresztą żywy we Francji także w kolejnych pokoleniach. Gdy poznawałam Oliviera Assayasa, dziś znanego reżysera, był młodym krytykiem, który w Filmotece zajmował zawsze to samo miejsce i oglądał po trzy filmy dziennie. Sama nigdy nie mogłabym poświęcić się tak bardzo jednej dziedzinie sztuki. Po dziś dzień równie ważne jak kino są dla mnie fotografia i malarstwo. 

(…)

Czy odczuła pani na własnej skórze to, że popularność waszych filmów szybko przekroczyła granice Francji?

Tak, podróże do innych krajów i spotkania z publicznością sprawiały mi sporą frajdę. Pamiętam na przykład jak zaproszono do Stanów mnie i  Godarda. Oboje nie znaliśmy jeszcze wtedy angielskiego, czuliśmy się trochę nieswojo i nabraliśmy ochoty na małe przedstawienie. Przed wejściem na salę Godard w swoim stylu zaproponował: „Słuchaj, a co jeśli to ty będziesz odpowiadać na wszystkie pytania, także te przeznaczone dla mnie?”. Tak też zrobiliśmy i przez całe spotkanie Jean – Luc nie odezwał się ani słowem. Brzmi to wszystko pięknie, ale dziś trudno byłoby o podobną beztroskę.

Dlaczego?

Filmy Francuskiej Nowej Fali miały walor nowatorstwa, więc wszędzie traktowano nas jak mistrzów, witano z otwartymi ramionami i okazywano zainteresowanie i szacunek temu, co pokazujemy. Twórcy młodsi, reprezentanci „nowych fal” z innych krajów, nawet jeśli byli bardzo utalentowani, nie mieli już tego luksusu. Dziś młodym reżyserom jest jeszcze trudniej. Każdego tygodnia swoje francuskie premiery ma mniej więcej 18 premier. Gdy jest wśród nich jakiś potencjalny hit, taki jak nowe dzieło Xaviera Dolana, inne filmy praktycznie nie mają racji bytu, a zresztą i tak – ze względu na to, że kina muszą zarabiać i są nastawione na nowości – zostają zdjęte z afisza po jakichś dwóch tygodniach. Nic dziwnego, że w takich warunkach najlepiej radzą sobie głupawe komedie. W tej sytuacji, jako twórcy kina artystycznego, nie mamy innego wyjścia, musimy trzymać się razem i wspierać nawzajem w negocjacjach z dystrybutorami.

Można powiedzieć, że filmy  Nowej Fali odnosiły sukcesy nie tylko artystyczne, ale również komercyjne?

Niekoniecznie, „Cleo…” uzyskała wprawdzie status kultowy, ale tylko dla ograniczonego kręgu kinofilów. Jedynym wyjątkiem potwierdzającym regułę okazało się dla mnie „Szczęście” z 1965 roku. Pamiętam, że pewnego dnia polecieliśmy z Jacquesem Demym do Rio de Janeiro, a tam jakiś facet zaczepił mnie na lotnisku i wręczył mi piękny bukiet kwiatów. Gdy spytałam czemu zawdzięczam ten zaszczyt, wykrzyknął z radością: „Byłem brazylijskim dystrybutorem „Szczęścia” i dzięki pani filmowi zbudowałem sobie willę z basenem!”.

(…)
Zasłynęła pani jako reżyserka upominająca się o prawa kobiet. Czy ma pani poczucie, że ich pozycja w społeczeństwie jest w dzisiejszych czasach na nowo kwestionowana?


Rządy radykalnej prawicy, która teraz obejmuje władzę w coraz większej liczbie krajów europejskich, nigdy nie były przyjazne kobietom. Z uwagą i niepokojem obserwuję wieści z Polski. Żałowałam, że przyjechałam do Wrocławia równo tydzień po wielkiej manifestacji w obronie praw kobiet, bo chętnie wzięłabym w nim udział. Wciąż określam się jako feministka i jestem zdania, że na świat powinny przychodzić tylko dzieci chciane przez rodziców i nikt nie powinien nakazywać kobietom rodzenia wbrew ich woli. W polskiej manifestacji zasmuciło mnie tylko to, że demonstranci postanowili ubrać się na czarno. Moim zdaniem tę smętną, nieciekawą barwę powinno się zostawić raczej drugiej stronie sporu, a samemu zdecydować się na jaskrawe kolory i uśmiech. Niezależnie jednak od wszystkiego, walczcie dalej i wiedzcie, że będę wam kibicować!

Całość na łamach lipcowego miesięcznika KINO



czwartek, 10 stycznia 2013

Czeskie sprawy Bohdana Slamy









Bohdana Slamy nigdy nie za dużo. Kilka dni po polskiej premierze "Czterech słońc" i wrocławskim spotkaniu z reżyserem, które miałem przyjemność prowadzić, zamieszczam fragmenty mojego tekstu o reżyserze opublikowanego w styczniowym numerze miesięcznika HIRO

Bohdan Slama należy do najbardziej utytułowanych czeskich twórców swojego pokolenia. Wyreżyserowane przez niego „Szczęście” otrzymało przed kilku laty Złotą Muszlę na festiwalu w San Sebastian. „Cztery słońca” - najnowszy tytuł w dorobku reżysera - okazały się pierwszym czeskim filmem, który trafił do sekcji konkursowej na słynnym festiwalu w Sundance. Mimo wszystko, w kinie Slamy trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia. Inaczej niż Petr Zelenka czy Jan Hrebejk, twórca „Dzikich pszczół” nie portretuje w swoich filmach barwnych perypetii wielkomiejskich ekscentryków. Slamę bardziej interesuje pozornie nieatrakcyjna codzienność prowincjuszy. Czeski reżyser lubi swoich bohaterów, ale rzadko kiedy po kumpelsku klepie ich po ramieniu. Zamiast tego przygląda się portretowanej rzeczywistości z filozoficznego dystansu. Dzięki przyjęciu tej perspektywy Slamie często udaje się jednak dostrzec więcej niż innym. Z polskiej perspektywy kontakt z twórczością reżysera może przede wszystkim pomóc w obaleniu stereotypów narosłych wokół naszych południowych sąsiadów. Filmy Slamy wydają się dla nas co najmniej tak dobrym przewodnikiem po dzisiejszych Czechach jak reportaże Mariusza Szczygła.



We własnym środowisku filmowym autor „Szczęścia” zyskał opinię trzymającego się na uboczu ekscentryka. Slama zrobił wiele, by na nią zapracować. Od większości kolegów po fachu różni go chociażby stosunek do czechosłowackiej Nowej Fali. Podczas gdy inni reżyserzy urodzeni w latach 60. starają się raczej podkreślać dystans do narodowej klasyki, Slama nie ukrywa swych inspiracji dawnymi mistrzami. Późniejszy twórca „Mojego nauczyciela” zdobywał zresztą reżyserskie szlify jako asystent pierwszej damy czeskiego kina- Very Chytilovej. Już po swoim pierwszym filmie - „Dzikie pszczoły” zasłużył natomiast na porównania do samego Milosa Formana.


Debiut Slamy wyraźnie zrywa z rozpowszechnioną w czeskim kinie sielską wizją prowincji. „Dzikie pszczoły” kłują widza sugestywnym do bólu portretem małomiasteczkowej beznadziei. Pozbawieni perspektyw i karmiący się niemożliwymi do spełnienia marzeniami bohaterowie wzbudzają skojarzenia z indywiduami sportretowanymi w Formanowskim „Pali się, moja panno”. Kino Slamy łączy z wczesnymi dziełami mistrza jeszcze jedno. Choć twórca „Dzikich pszczół” jak ognia unika otwartego wypowiadania się o polityce, w jego filmach wyraźnie da się dostrzec ostrą diagnozę czeskiej rzeczywistości. Sceneria z debiutu reżysera przypomina dobrze znane z naszych realiów popegeerowskie slumsy. W krainie powszechnego bezrobocia, zrujnowanych budynków i podłych barów równie nieatrakcyjne muszą okazywać się ludzkie życiorysy. O tym, że Slama ma na celu rzetelny portret pewnego wycinka czeskiej rzeczywistości może świadczyć sama struktura filmu. Zamiast opowiadać historię pojedynczych bohaterów, reżyser postanowił pochylić się nad całą lokalną zbiorowością.

(....)

Więcej w styczniowym  HIRO