„Zniewolony” cierpi na tę samą przypadłość, która osłabiła
wymowę „Pod mocnym aniołem”. Zarówno Steve McQueen, jak i Wojciech Smarzowski
stali się twórcami „kina spowszedniałego ekscesu”. Obserwacja sugestywnych scen przemocy wobec
czarnoskórych niewolników wzbudza te same odczucia, co podpatrywanie Jurusia
zataczającego się przez kolejne kręgi alkoholowego piekła. Ukazana w „Zniewolonym” przemoc fizyczna i psychiczna uodparnia na swoje
działanie niczym przyjmowana w małych, regularnych dawkach trucizna. Obsesja
cielesnego męczeństwa to w kinie McQueena żadna nowość. Pożądane efekty
przynosił jednak wyłącznie w świetnym „Głodzie”. Już we „Wstydzie” jednak każdy
kolejny wytrysk uzależnionego od seksu bohatera obniżał poziom kierowanej wobec niego empatii. Kłopot ze „Zniewolonym”
zaczyna się już w punkcie wyjścia intrygi. Wzięcie na warsztat wspomnień
Solomona Northupa obliguje reżysera, by przyjął punkt widzenia bohatera o
wysokiej pozycji społecznej i rozbudowanym poczuciu samoświadomości. Podobna
historia zrobiłaby chyba większe wrażenie, gdyby jej bohaterem uczynić
everymana, kogoś w rodzaju następcy kafkowskiego Józefa K. Porażka McQueena
każe przypomnieć sobie słowa gwiazdora NBA, Charlesa Barkleya, który pytał
przed laty: „Jak to możliwe, że białas Eminem może być najlepszym raperem na
świecie?”. Po obejrzeniu „Jackie Brown” i „Django” ten sam Barkley zdziwiłby
się jeszcze bardziej, że o wizerunek czarnoskórych najlepiej dba w Hollywood
„białas” Tarantino.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jackie Brown. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jackie Brown. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Bez twórczej swobody - recenzja "Zniewolonego" Steve'a McQueena
Etykiety:
Charles Barkley,
Django,
Eminem,
Franz Kafka,
Głód,
Jackie Brown,
Józef K,
Pod mocnym aniołem,
Quentin Tarantino,
recenzja Zniewolonego,
Solomon Northup,
Steve McQueen,
Wojciech Smarzowski,
Wstyd,
Zniewolony
piątek, 18 stycznia 2013
Mściciel Tarantino - recenzja "Django"
„Django” to Tarantinowski strzał w
dziesiątkę. Reżyser z właściwym sobie nonszalanckim wdziękiem
miesza spaghetti western ze starą niemiecką legendą. Nowy film
Tarantino daje się jednak również odczytać jako prequel „Bękartów
wojny”. Ukazaną w „Django” nienawiść rasową z powodzeniem
można potraktować przecież jako ponurą zapowiedź Holokaustu.
Tarantino w swoim filmie raz jeszcze przypomina mściciela, który w ramach
„Operacji kino” bierze krwawy odwet na okrutnej historii. Tak jak w "Bękartach..." zawierza sile iluzji i na naszych oczach próbuje odczarować prawdę za pomocą samoświadomego spektaklu.
Amerykański reżyser udowadnia, że potrafi zainscenizować go doprawdy wirtuozersko. „Django” skrzy się
dowcipem, w którym celuje zwłaszcza postać doktora Kinga Schulza.
Elokwentne wypowiedzi niemieckiego łowcy nagród z powodzeniem
mogłyby złożyć się na grubą księgę aforyzmów.
Obecnemu w filmie humorowi towarzyszą, rzecz jasna, erupcje
nieprzyzwoicie widowiskowej przemocy. W „Django” orgia
zniszczenia nie jest jednak celem samym w sobie, lecz przygotowuje
grunt dla zaistnienia nowych wartości. Za sprawą wątku przyjaźni tytułowego
bohatera z doktorem Schulzem do Tarantinowskiego świata wkrada się
subtelność nieobecna tam bodaj od czasu „Jackie Brown”. Swoim
zwyczajem reżyser „Django” co krok rozdaje także prezenty,
które ucieszą jego najwierniejszych widzów. Ci bez problemu
zauważą choćby, że intonacja i poziom wściekłości obecny w
bezbłędnych tyradach Samuela L. Jacksona osiąga poziom bliski
monologom Julesa Winnefielda w „Pulp Fiction”. Wielbiciele
Tarantino z pewnością docenią także pojawiający się w końcówce
wybuchowy epizod samego reżysera. Siła tkwiąca w "Django" powinna jednak z równą mocą oddziałać zarówno na wiernych fanów, jak i neofitów. Nastrój po obejrzeniu filmu można by porównać do afektu jednej z bohaterek, która – po usłyszeniu riposty z ust Django
– nie ma wyboru i po prostu mdleje z zachwytu. Quentin, złotousty
diable, znowu ci się udało!
czwartek, 17 stycznia 2013
Grzeszna przyjemność - recenzja "Pokusy" Lee Danielsa
„Pokusa” jest jak „Przed
egzekucją” Tima Robbinsa w wersji softporno. Nowy film Lee
Danielsa jednocześnie zawstydza i pociąga. Postacią najbardziej
reprezentatywną dla jego charakteru pozostaje -odgrywana przez Nicole
Kidman - Charlotte Bless, która przypomina cudem ożywioną lalkę z sex
shopu. Zakochana w skazanym na karę śmierci więźniu kobieta ocieka zmysłowością nieskalaną przez jakikolwiek
rys intelektualny. W „Pokusie” wszystkie stosunki między
bohaterami definiuje uwalniające się spod kontroli pożądanie.
Najciekawiej pod tym względem nie prezentuje się jednak relacja Charlotte
z ukochanym skazańcem, lecz z zafascynowanym kobietą młokosem. Dość
powiedzieć, że pierwszy kontakt fizyczny między Charlotte a Jackiem sprowadza się do obsikania chłopaka na samym środku
publicznej plaży. Daniels przygląda się zachowaniom bohaterów
ironicznym dystansem, ale jednocześnie podporządkowuje stylistykę
swojej opowieści ich gwałtownemu temperamentowi. Duszny od potu,
krwi i spermy klimat „Pokusy” przywołuje na myśl atmosferę
„Morderczego lata” Spike'a Lee. Tak jak w tamtym filmie,
Danielsowi udało się połączyć namiętność i zbrodnię, agresję
i pożądanie. Przy okazji sceny ostrego seksu i przemocy
wielokrotnie bywają przez reżysera estetyzowane za pomocą
soulowej muzyki wyjętej jakby prosto z soundtracku do „Jackie
Brown”. Czy trzeba czegoś więcej, by zaznać w kinie grzesznej
przyjemności?
Subskrybuj:
Posty (Atom)