Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen Frears. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen Frears. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 lipca 2014

"Piosenki dla siebie i swojego kota" - recenzja "Zacznijmy od nowa"



Reżyser John Carney przestał wreszcie udawać płaczliwego grajka z "Once" i z podniesioną głową zwrócił się w stronę masowej publiczności. W efekcie stworzył hit na miarę "Przebojów i podbojów" Frearsa bądź "Poradnika pozytywnego myślenia" Russella. Irlandzki twórca poddaje delikatnemu remiksowi najbardziej ożywcze standardy hollywoodzkiego kina. Od popadnięcia w rutynę ratuje "Zacznijmy od nowa" ironiczne poczucie humoru oraz manifestowana na każdym kroku miłość do muzyki. Kluczowa dla zrozumienia filmu Carneya wydaje się scena, w której pewien producent tłumaczy swej młodej gwieździe, że akompaniament dobrej piosenki potrafi nadać znaczenie nawet najbardziej banalnym obrazom codzienności. Na potwierdzenie tej tezy reżyser przywołuje pomysł inscenizacyjny wykorzystany ostatnio w "Heimie" i "Nowej Warszawie" Bartosza Konopki. Oto niezależna piosenkarka, wspomagana przez podnoszącego się z kolan producenta, nagrywa swoje utwory w klimatycznych zakamarkach wielkiej metropolii. Między kolejnymi piosenkami reżyser pozwala nam dobrze poznać bohaterów i nawiązać z nimi kumpelską więź. Nieśmiała artystka, która "pisze piosenki dla siebie i swojego kota" oraz zapijaczony impresario w stylu Charlesa Bukowskiego, to z pewnością jeden z najbarwniejszych duetów ostatnich miesięcy.


niedziela, 16 lutego 2014

"Fucking catholics, huh?" - recenzja "Tajemnicy Philomeny" Stephena Frearsa





Tylko pozornie najważniejsza kwestia wypowiadana w „Tajemnicy Filomeny” brzmi: „Fucking catholics, huh?”. Znacznie bardziej istotne wydają się słowa wydawczyni Martina Sixsmitha, która w pewnym momencie stwierdza: „Nie sądziłam, że jesteś aż takim cynikiem!”. Kluczem do odczytania filmu będzie zrozumienie błędnego charakteru tej diagnozy. Żywiołem bohatera, a także całej "Tajemnicy...", pozostaje bowiem nie cynizm, lecz ironia, która odsłania moc, by powściągnąć gniew i rozmiękczyć ckliwość. Sixmith ma swój kręgosłup moralny, ale nie potrzebuje podtrzymywać go za sprawą patetycznych deklaracji. Pod tym względem jest jak Chandlerowski Marlowe bez pistoletu. Cięty dowcip dziennikarza nie odbiera bynajmniej powagi opowieści snutej przez jego rozmówczynię, Filomenę Lee. Zamiast tego unieszkodliwia tylko czające się w toku narracji melodramatyczne klisze. Łatwo odgadnąć, że Sixmith to alter ego reżysera filmu. Ustami dziennikarza Stephen Frears broni swojej decyzji, by sięgnąć po jeden z najbardziej pogardzanych gatunków filmowych. Bohater "Tajemnicy...", były współpracownik BBC, porzuca  świat wielkiej polityki, by wysłuchać historii prostej kobiety.  Zamiast arogancji  demonstruje jednak – zabarwioną humorem – pokorę wobec emocjonalnej siły, którą dostrzega w narracji Filomeny. Łatwo zaakceptować taką postawę. Streszczenia wielu arcydzieł kina niespecjalnie różniłyby się przecież od opisów fabuł telenowel.

niedziela, 16 grudnia 2012

Wakacje mistrza Frearsa - recenzja "Lay the Favorite"



W „Lay the Favorite” Stephen Frears wybiera się na gościnne występy do Las Vegas. Zamiast szukać w stolicy hazardu strachu i obrzydzenia, brytyjski reżyser pragnie po prostu dobrze się bawić. „Lay the Favorite” ma w sobie urok filmu niewymuszonego, zrealizowanego jakby między jednym drinkiem a drugim. Nawet na wakacjach Frears nie zapomina jednak o swoich ulubionych tematach. Tak jak chociażby w „Tamarze Drewe” reżyser śledzi losy wyrazistej bohaterki, która walczy o swoje miejsce w zdominowanym przez mężczyzn środowisku. Mimo że Beth startuje z pułapu niedoświadczonej intruzki, ze względu na spryt i świadomość własnego seksapilu bardzo szybko przykuwa uwagę otoczenia. Mknące wprost do optymistycznego finału „Lay the Favorite” z biegiem czasu coraz bardziej przypomina współczesną baśń o hazardowym Kopciuszku. Na szczęście dla filmu Frearsa dobrze znana historia zostaje opowiedziana przez niezwykle sprawnego gawędziarza.