Pokazywanie postów oznaczonych etykietą telenowela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą telenowela. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lutego 2014

"Fucking catholics, huh?" - recenzja "Tajemnicy Philomeny" Stephena Frearsa





Tylko pozornie najważniejsza kwestia wypowiadana w „Tajemnicy Filomeny” brzmi: „Fucking catholics, huh?”. Znacznie bardziej istotne wydają się słowa wydawczyni Martina Sixsmitha, która w pewnym momencie stwierdza: „Nie sądziłam, że jesteś aż takim cynikiem!”. Kluczem do odczytania filmu będzie zrozumienie błędnego charakteru tej diagnozy. Żywiołem bohatera, a także całej "Tajemnicy...", pozostaje bowiem nie cynizm, lecz ironia, która odsłania moc, by powściągnąć gniew i rozmiękczyć ckliwość. Sixmith ma swój kręgosłup moralny, ale nie potrzebuje podtrzymywać go za sprawą patetycznych deklaracji. Pod tym względem jest jak Chandlerowski Marlowe bez pistoletu. Cięty dowcip dziennikarza nie odbiera bynajmniej powagi opowieści snutej przez jego rozmówczynię, Filomenę Lee. Zamiast tego unieszkodliwia tylko czające się w toku narracji melodramatyczne klisze. Łatwo odgadnąć, że Sixmith to alter ego reżysera filmu. Ustami dziennikarza Stephen Frears broni swojej decyzji, by sięgnąć po jeden z najbardziej pogardzanych gatunków filmowych. Bohater "Tajemnicy...", były współpracownik BBC, porzuca  świat wielkiej polityki, by wysłuchać historii prostej kobiety.  Zamiast arogancji  demonstruje jednak – zabarwioną humorem – pokorę wobec emocjonalnej siły, którą dostrzega w narracji Filomeny. Łatwo zaakceptować taką postawę. Streszczenia wielu arcydzieł kina niespecjalnie różniłyby się przecież od opisów fabuł telenowel.

wtorek, 25 czerwca 2013

Bolesne przebudzenie - recenzja "Transu" Danny'ego Boyle'a






„Trans” to jeden z najgorszych filmów Danny'ego Boyle'a. Zamiast heist movie w rytmie techno brytyjski reżyser zrealizował nafaszerowaną dragami telenowelę.   Twórca „Trainspotting” wciąż potrafi cieszyć zmysły za sprawą hipnotyzujących obrazów bądź piosenek, które  w przyszłości wzbogacą niejedną udaną  imprezę. Wprowadzony przez reżysera trans nie trwa jednak wiecznie, a przebudzenie okazuje się zaskakująco bolesne.  Boyle, pozbawiony sprawności zademonstrowanej przez Martina Scorsese w „Wyspie tajemnic”, epatuje niepotrzebną brutalnością i piętrzy coraz bardziej kuriozalne zwroty akcji. Na domiar złego – potraktowany bez grama zbawiennej ironii – wątek demonicznej femme fatale  z powodzeniem mógłby posłużyć do oskarżenia reżysera o mizoginię. Chwilami, jakby zawstydzony własnym filmem, reżyser próbuje nadać mu pozory głębi. W swoich wysiłkach przypomina jednak ucznia zawodówki  wygłaszającego referat o filozofii Heideggera. W efekcie opowieść o zwodniczej naturze pamięci nadaje się do jak najszybszego zapomnienia.