poniedziałek, 7 grudnia 2015

Uczę się elegancji i empatii - rozmowa z Radu Jude, reżyserem "Aferim"




Piotr Czerkawski: Fabuła twojego najnowszego filmu – nagrodzonego na Berlinale – „Aferim” została osadzona w realiach dziewiętnastowiecznej Rumunii. Dlaczego zdecydowałeś się cofnąć do aż tak odległych czasów?

Radu Jude: Uważam, że przeszłość wywiera wpływ na teraźniejszość, nawet jeśli czyni to w sposób nieoczywisty i bardzo głęboko ukryty. Podobna zasada sprawdza się nie tylko w odniesieniu do narodów i wielkich zbiorowości, lecz także jednostkowych życiorysów. Dzięki temu odkryciu psychoanalitycy zarobili już mnóstwo pieniędzy.

Co konkretnie „Aferim” mówi nam o współczesności?

Tak jak w czasach, które opisuję, rumuńskie społeczeństwo pozostaje zatrute przez mizoginię i ksenofobię. Wielki problem wciąż stanowi pogardliwy stosunek moich rodaków do mniejszości cygańskiej.  Nie ma wątpliwości, że stereotypy i uprzedzenia, które go prowokują, nie zostały zrodzone wczoraj, lecz są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Z czego właściwie bierze się nieprzemijająca niechęć części Rumunów do Cyganów?

Do pewnego stopnia to kwestia uniwersalnego i pojawiającego się w każdym społeczeństwie rasizmu. Pod internetowymi wywiadami, których udzielam na temat „Aferim”, zawsze znajduje się mnóstwo komentarzy nawołujących do nienawiści na tle etnicznym. Ufam jednak, że to punkt widzenia garstki radykałów. Groźniejsze wydaje mi się podejście tych spośród moich rodaków, którzy nigdy nie nazwaliby się rasistami. Jednocześnie jednak na każdym kroku wyrażają oni frustrację faktem, że pochodzący z Rumunii Cyganie żebrzą na ulicach europejskich miast i w ten sposób psują wizerunek naszego kraju. Jak widać, nasza postawa często stanowi zatem rezultat niewyleczonych kompleksów wobec Zachodu. Mam nadzieję, że  sytuację choć w części uzdrowi teraz przynależność Rumunii do Unii Europejskiej.

(…)
Ze względu na poruszaną tematykę, a także groteskowy, tragikomiczny klimat twój film bywa często zestawiany z „Django” Quentina Tarantino. Jak reagujesz na te porównania?

Nie mam nic przeciwko nim, ale jednocześnie nie mogę odpędzić się od skojarzeń z pewną reklamą sprzed paru lat. Szwajcarska rodzina odwiedza  rumuńskich krewnych i na powitanie wręcza im tabliczkę czekolady. Rumuni dziwnie się patrzą i mówią: „Czekolada? A po co nam czekolada? Mamy przecież bardzo dobrą u siebie”. Trochę podobnie jest z „Aferim” i „Django”.

Czy to oznacza, że podczas pracy nad „Aferim” nie inspirowałeś się westernami?

Obejrzałem ich bardzo wiele, ale zawsze pamiętałem, by przefiltrować swoje wrażenia przez specyfikę rumuńskich realiów. Istotny wpływ na moje myślenie o „Aferim” wywarli „Poszukiwacze” Johna Forda i „Rzeka czerwona” Howarda Hawksa. To akurat dość oczywiste inspiracje, ale czasem czerpię z dorobku innych twórców w sposób intuicyjny i mocno zakamuflowany. Po obejrzeniu żadnego z moich filmów nie odgadłbyś zapewne, że za jednego ze swych największych mistrzów uważam Hou – hsiao Hsiena.

Zanim zadebiutowałeś w 2009 roku filmem „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie”, zdobywałeś doświadczenie jako asystent wielu starszych reżyserów, między innymi słynnego Costy – Gavrasa. Co konkretnie zawdzięczasz temu twórcy?

Trafiłem na niego, gdy kręcił w Rumunii film „Amen”, a ja byłem bardzo młody i skupiony na praktycznym aspekcie reżyserii. Chciałem podpatrzeć jak najwięcej sztuczek technicznych i metod pracy na planie. Dopiero niedawno zrozumiałem, że lekcja udzielona mi przez Costę- Gavrasa była o wiele ważniejsza. Twórca „Amen” pracował na planie bardzo ciężko i wymagał tego samego od całej ekipy, ale przez cały czas pozostawał jednocześnie najbardziej uprzejmym człowiekiem, którego spotkałem w życiu. Właściwy jemu poziom elegancji i empatii powinien charakteryzować każdego reżysera. Mam nadzieję, że kiedyś uda się osiągnąć go także mnie.

(...) Więcej na łamach Dziennika



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz