„Grawitacja” okazuje się doprawdy odpychająca. Rzekome arcydzieło kina science – fiction rozpada się na naszych oczach równie widowiskowo
jak prom Challenger. Nowy film Alfonso Cuarona odbiega o lata świetlne od
znakomitego „Moon” i pozostaje tylko rozmazgajonym bękartem „Ludzkich dzieci”. Między wyspą patosu, a morzem łez reżyser
znajduje przestrzeń dla filozoficznych dywagacji. Cuaron wysyła alarmujący komunikat: Bóg zasiedział się na fajrancie, a my zostaliśmy sami we
wszechświecie. Na planecie Hollywood nie ma jednak miejsca na krańcowy
pesymizm, a nawet najcięższe więzienie zostanie w końcu objęte amnestią. Dzięki
temu opowieść o zagubieniu w egzystencjalnej próżni może zamienić się w narrację o wygranym
przez nokaut pojedynku ze słabościami własnego charakteru. Według Cuarona dominującą
w kosmosie ideologią okazuje się płytki feminizm. Pod wpływem
niezidentyfikowanego środka dopingującego astronautka o męskim imieniu Ryan może przemienić
się z kruchej istoty w heroinę o wdzięku enerdowskiej pływaczki. Osiągniętemu w
ten sposób triumfowi należy się rychła dyskwalifikacja.
środa, 9 października 2013
sobota, 5 października 2013
Kręta ścieżka Denisa Villeneuve'a
Nowy film Denisa Villeneuve’a jest przygnębiający jak
wieczór na cmentarzu, konfundujący niczym śnieg w maju i mocniejszy niż „Ładunek
200” Bałabanowa. „Labirynt” lawiruje między powagą, a nieuświadomionym kampem,
wyrafinowaniem prozy Lehane’a i McCarthy’ego, a trywialnością miesięcznika „Detektyw”.
Kryminał Villeneuve’a ogląda się z bojaźnią i drżeniem, a napięcie
w niektórych scenach bywa tak duże, że przed wejściem na salę kinową powinno się
ustawić znak ostrzegawczy. Wirtuozeria reżysera imponuje, lecz wzbudza
jednocześnie podejrzliwość. Villeneuve od początku kariery uwodził widza w
sposób nieprzyzwoicie efekciarski. Chwilami – jak w przedrzeźniającym późnego
Kieślowskiego "Maelströmie" – szarża kończyła się niekwestionowanym
zwycięstwem. Już jednak w przecenionym „Pogorzelisku” nachalna stylizacja na
grecką tragedię
wzbudzała raczej niesmak. Przy okazji „Labiryntu” Villeneuve odstawił już Sofoklesa na półkę, ale wciąż pozostał wierny niemiłosiernemu
patosowi i powierzchownie depresyjnej wizji świata. Od klęski reżysera ratuje
jednak finał, w którym mroczny labirynt zostaje wreszcie wypełniony przez słabe
światło. Ostatnie sceny filmu Villeneuve’a jako żywo przypominają finał pamiętnego „Siedem”.
Wymizerowany, obarczony tikami nerwowymi detektyw Loki z „Labiryntu” z
pewnością mógłby podpisać się pod słowami Williama Somerseta z filmu Finchera: „Ernest
Hemingway powiedział, że świat jest piękny i warto o niego walczyć. Zgadzam się
z tą drugą częścią” .
Planeta Kino - wywiad z Markiem Cousinsem
Piotr Czerkawski:
Spełniasz się jednocześnie jako krytyk filmowy i reżyser. Przypominasz pod tym
względem twórców francuskiej Nowej Fali. Czy odczuwasz szczególną więź z tym
nurtem światowego kina?
Mark Cousins: Bardzo
lubię Nową Falę. Za jej najważniejsze osiągnięcie uważam przekonanie widzów, że
kino nie patrzy na nasze życie z zewnątrz, lecz samo jest jego istotną częścią.
Nowofalowcy zwrócili uwagę, że młodość, miłość i to wszystko, co najbardziej
fascynuje nas na co dzień, doskonale sprawdza się także na ekranie. Właśnie
zacieranie granicy między rzeczywistością, a filmową fikcją najbardziej pociąga
mnie w propagowanej przez Godarda czy Truffauta postawie życiowej, którą
określili mianem kinofilii.
Czy ty sam również
uważasz się za kinofila?
Jak najbardziej. Moja fascynacja filmami pozostaje bardzo
czysta, wolna od cynizmu, dystansu i akademickiego zadęcia. Zgadzam się z
Sergem Daneyem, byłym redaktorem naczelnym „Cahiers du Cinema”, który
powiedział kiedyś: „W kinie czuję się tak naturalnie jak ryba w wodzie”. Nie
jestem w tym zresztą odosobniony. Popatrzmy na tak różnych twórców jak:
Bernardo Bertolucci, Nagisa Oshima czy Martin Scorsese. Każdy z nich czuł się
zainspirowany Nową Falą, a wywiadach opisywał kino językiem, którego zazwyczaj
używa się do mówienia o miłości bądź religii.
Sądzisz, że kino
rzeczywiście ma w sobie coś mistycznego?
Zawsze myślałem o nim jako o duchu, który objawia się w
procesie tworzenia i ze zwykłych zabiegów technicznych w rodzaju „cięcia” bądź
„zbliżenia” czyni elementy potężnego rytuału.
Czy twoja
ostentacyjnie deklarowana pasja nie czyni cię przypadkiem jednostką oderwaną od
rzeczywistości?
Często śmiejemy się wespół z moją koleżanką Tildą Swinton,
że jesteśmy kosmitami w rodzaju Ziggy’ego Stardusta, którzy zaplątali się na
Ziemię przez przypadek. Kino to w tym przypadku statek kosmiczny przenoszący
nas na macierzystą planetę.
Czy dziś uprawianie
kinofilii wydaje ci się trudniejsze niż przed laty, w czasach Godarda i
Truffauta?
Wręcz przeciwnie. Bardzo duże ułatwienie przynosi nam
internet. Dzięki niemu bardzo szybko możemy znaleźć ludzi o podobnych
zainteresowaniach, niezależnie od tego czy dotyczą kina, seksu czy Formuły 1.
Gdy byłem mały, nie miałem takiego komfortu. Pamiętam, że w wieku 11 lat
obejrzałem po raz pierwszy „Dotyk zła” Orsona Wellesa i uznałem, że mam do
czynienia z arcydziełem. Przez długi czas nie znalazłem jednak nikogo, kto
widział ten film i mógłby ze mną o nim porozmawiać. Czułem się jak dzieciak,
który jest skazany na masturbację zanim znajdzie sobie dziewczynę. Dopiero na
studiach spotkałem wielu ludzi również uwielbiających „Dotyk zła”. Odetchnąłem
z ulgą, bo już myślałem, że coś ze mną nie tak!
Jak w ogóle zaczęła
się twoja filmowa pasja?
Jako dziecko miałem problemy z czytaniem, ale za to
rozwinąłem w sobie świetną pamięć obrazową, umiałem też całkiem nieźle rysować.
Poza tym byłem bardzo dobry z matematyki. Tylko kino pozwoliło mi połączyć
miłość wobec sztuki z fascynacją przedmiotami ścisłymi i technologią.
Pamiętasz pierwszy
film, który obejrzałeś?
To było disnejowskie „Herbie Rides Again”, miałem wtedy
około siedmiu lat. Dużo później uświadomiłem sobie, że odczułem wówczas coś
takiego jak bohaterka „Zielonego promienia” Erica Rohmera, która w finale filmu
dostrzega tytułowe zjawisko i doznaje dzięki niemu iluminacji.
Czy zdarzyło ci się
obejrzeć jakiś film w szczególnie nietypowych okolicznościach?
Będąc młodym chłopakiem, spędzałem trochę czasu u mojej
ciotki, gorliwej katoliczki. Pewnego razu uprosiłem ją, żebym mógł obejrzeć
„Egzorcystę”. Ciotka zgodziła się, ale tylko pod warunkiem, że zanim zobaczę
ten straszny film, ona zanurzy odtwarzacz VHS w święconej wodzie. Czy po takim
doświadczeniu mógłbym nie zostać kinofilem?
Po raz kolejny
wracamy do podobieństwa pomiędzy kinem i religią. Podkreślało je wielu
filmoznawców, w tym Andre Bazin, który porównywał festiwal filmowy do
katolickiej mszy.
Również widzę tu pewną analogię. Kino – tak jak religia – promuje określone
wartości, wskazuje życiową drogę w świecie, który może wydawać się coraz
bardziej jałowy. Zastanawiam się tylko dlaczego przed seansami w multipleksach
musimy oglądać dziś te idiotyczne reklamy. Czy ktoś widział reklamy w kościele?
(…)
Chyba najbardziej
niezwykłym tytułem w twoim dorobku pozostaje – zrealizowany w wyniszczonym wojną Iraku – "The First Movie".
Czy chciałeś udowodnić w nim, że kino może zmienić świat?
Z całą pewnością. Nie tylko zresztą w tak dramatycznych
okolicznościach jak w Iraku. Wystarczyło popatrzeć na filmy prezentowane we
Wrocławiu na tegorocznym festiwalu Nowe Horyzonty. Mówiło się w nich dużo o seksie, przełamywało
tabu i występowało naprzeciw konserwatyzmowi, z którym kojarzone jest polskie
społeczeństwo. W krajach Europy Zachodniej takich jak Wielka Brytania wpływ
filmów na otoczenie nie jest może tak oczywisty, ale wciąż pozostaje widoczny.
Za sprawą kina walczymy przecież z naszym narcyzmem, rasizmem i homofobią.
Udowadniamy, że film może zmieniać świat, choć proces ten może przebiegać
zupełnie inaczej w różnych okolicznościach.
Więcej w piątkowym wydaniu Dziennika
Etykiety:
Dotyk zła,
Egzorcysta,
Eric Rohmer,
Herbie Rides Again,
kinofilia,
Mark Cousins,
Nowa Fala,
Odyseja filmowa,
TildaSwinton,
Zielony promień
poniedziałek, 30 września 2013
Emancypacja przez orgazm - recenzja "Jeune et jolie" Francoisa Ozona
Jeune et jolie to
jeden z najlepszych filmów w bogatym dorobku Francoisa Ozona. Francuski reżyser
bywał już równie zmysłowy i tak samo zabawny, ale jeszcze nigdy nie połączył
tych zalet w obrębie jednej fabuły. W swoim filmie twórca 8 kobiet (2002) z
mieszaniną ironii i wyrozumiałości spogląda na problem seksualnego przebudzenia
młodej dziewczyny. Mimo swej nieskrywanej frywolności, Jeune et jolie okazuje się jednak filmem zaskakująco dojrzałym.
Ozon, do tej pory pozujący raczej na nieco egzaltowanego stylistę, nakręcił
wreszcie film poruszający i dający do myślenia. Charakterystyczny dla twórcy Basenu (2003) zmysł obyczajowej
prowokacji zyskał tym razem wymiar konstruktywny. Ozon nie tylko wykpiwa już
burżuazyjną hipokryzję, ale proponuje dla niej przewrotną alternatywę.
Niezależnie od wszystkich tych innowacji, francuski twórca
kontynuuje rozważania rozpoczęte już na początku kariery. Jeune et jolie można by potraktować wręcz jako rewers pamiętnego Sitcomu (1998). W tamtym filmie szacowna
paryska rodzina ulegała rozkładowi, a surrealistyczny pretekst dla tego procesu
przyniosło pojawienie się w domu małego, białego szczura. Bohaterowie Jeune et jolie nie potrzebują już nawet
żadnego impulsu z zewnątrz. Degrengolada tradycyjnych wartości odbywa się pod
wpływem domowniczki, wychowywanej na wzorową francuską dziewczynę Isabelle.
Piękna nastolatka wcześnie odkrywa dla siebie rozkosze seksualności. Bardzo
szybko zdaje sobie również sprawę z emancypacyjnego potencjału własnych
orgazmów. Okrywająca otoczenie hańbą rozwiązłość staje się dla Isabelle formą
protestu przeciw pozbawionej fantazji, skostniałej egzystencji rodziców.
Działania dziewczyny udowadniają zresztą, że pozornie uporządkowane życie matki
i ojczyma pozostaje ufundowane na niezwykle kruchych fundamentach. W znakomitej
scenie rozmowy w salonie mężczyzna musi przecież wykonać nadludzki wysiłek, by
nie ulec czarowi bezczelnie kokieteryjnej pasierbicy.
Łatwość z jaką piękna Isabelle manipuluje swoim otoczeniem
staje się przedmiotem pysznej reżyserskiej kpiny. W Jeune et jolie Ozon potwierdza reputację artysty sprawnie
żonglującego fabularnymi kliszami i doprowadzającego kulturowe stereotypy do
rangi samoświadomego absurdu. Nie przez przypadek Isabelle zaczyna dawać upust
swej wybujałej chuci jako luksusowa prostytutka, a najwierniejszego klienta
znajduje w podstarzałym satyrze. Poddany presji zaimponowania młodej kochance
mężczyzna ostatecznie ponosi klęskę. Z właściwym sobie dowcipem Ozon
przekonuje, że nazywanie orgazmu „małą śmiercią” miewa znaczenie nie tylko
metaforyczne.
(...)
Znajdującemu się na antypodach Szumowskiej Ozonowi znacznie
bliżej do Luisa Bunuela czy Piera Paolo Pasoliniego. W nowym filmie
francuskiego reżysera warto dostrzec jednak również wpływ znacznie mniej
oczywistego patrona. Mowa o byłym profesorze Ozona, wspominanym przez niego z
wielką estymą Ericu Rohmerze. Ozon odwołuje się do swojego mistrza już na
płaszczyźnie narracyjnej konstrukcji filmu. Decyzja, by podzielić fabułę na
cztery części i rozegrać ją na przełomie jednego roku wydaje się subtelnym
hołdem dla cyklu Opowieści czterech pór
roku (1990-1998). Znacznie ważniejsze wydaje się jednak istniejące między
dwoma twórcami pokrewieństwo wrażliwości. Ozon dzieli z Rohmerem fascynację
młodością jako okresem kształtowania się charakteru i budowania tożsamości. Tak
jak twórca Zielonego promienia (1986)
daje bohaterce prawo do popełniania błędów, z zainteresowaniem przygląda się
jej intensywnym dylematom i skomplikowanym wyborom.
(...)
Więcej w najnowszym wydaniu Ekranów
Etykiety:
burżuazja,
Eric Rohmer,
film o dojrzewaniu,
Francois Ozon,
Jeune et Jolie,
Luis Bunuel,
mała śmierć,
Opowieści czterech pór roku,
seks,
Sitcom
Subskrybuj:
Posty (Atom)