środa, 9 października 2013

W stanie nieważkości - recenzja "Grawitacji"







„Grawitacja” okazuje się doprawdy odpychająca. Rzekome arcydzieło kina science – fiction rozpada się na naszych oczach równie widowiskowo jak prom Challenger. Nowy film Alfonso Cuarona odbiega o lata świetlne od znakomitego „Moon” i pozostaje tylko rozmazgajonym bękartem „Ludzkich dzieci”.  Między wyspą patosu, a morzem łez reżyser znajduje przestrzeń dla filozoficznych dywagacji. Cuaron wysyła alarmujący komunikat: Bóg zasiedział się na fajrancie, a my zostaliśmy sami we wszechświecie. Na planecie Hollywood nie ma jednak miejsca na krańcowy pesymizm, a nawet najcięższe więzienie zostanie w końcu objęte amnestią. Dzięki temu opowieść o zagubieniu w egzystencjalnej próżni może zamienić się w narrację o wygranym przez nokaut pojedynku ze słabościami własnego charakteru. Według Cuarona dominującą w kosmosie ideologią okazuje się płytki feminizm. Pod wpływem niezidentyfikowanego środka dopingującego astronautka o męskim imieniu Ryan może przemienić się z kruchej istoty w heroinę o wdzięku enerdowskiej pływaczki. Osiągniętemu w ten sposób triumfowi należy się rychła dyskwalifikacja.

sobota, 5 października 2013

Kręta ścieżka Denisa Villeneuve'a





Nowy film Denisa Villeneuve’a jest przygnębiający jak wieczór na cmentarzu, konfundujący niczym śnieg w maju i mocniejszy niż „Ładunek 200” Bałabanowa. „Labirynt” lawiruje między powagą, a nieuświadomionym kampem, wyrafinowaniem prozy Lehane’a i McCarthy’ego, a trywialnością miesięcznika „Detektyw”. Kryminał Villeneuve’a ogląda się z bojaźnią i drżeniem, a napięcie w niektórych scenach bywa tak duże, że przed wejściem na salę kinową powinno się ustawić znak ostrzegawczy. Wirtuozeria reżysera imponuje, lecz wzbudza jednocześnie podejrzliwość. Villeneuve od początku kariery uwodził widza w sposób nieprzyzwoicie efekciarski. Chwilami – jak w przedrzeźniającym późnego Kieślowskiego "Maelströmie" – szarża kończyła się niekwestionowanym zwycięstwem. Już jednak w przecenionym „Pogorzelisku” nachalna stylizacja na grecką tragedię wzbudzała raczej niesmak. Przy okazji „Labiryntu” Villeneuve  odstawił już Sofoklesa na półkę, ale wciąż pozostał wierny niemiłosiernemu patosowi i powierzchownie depresyjnej wizji świata. Od klęski reżysera ratuje jednak finał, w którym mroczny labirynt zostaje wreszcie wypełniony przez słabe światło. Ostatnie sceny filmu Villeneuve’a  jako żywo przypominają finał pamiętnego „Siedem”. Wymizerowany, obarczony tikami nerwowymi detektyw Loki z „Labiryntu” z pewnością mógłby podpisać się pod słowami Williama Somerseta z filmu Finchera: „Ernest Hemingway powiedział, że świat jest piękny i warto o niego walczyć. Zgadzam się z tą drugą częścią” .


Planeta Kino - wywiad z Markiem Cousinsem







Piotr Czerkawski: Spełniasz się jednocześnie jako krytyk filmowy i reżyser. Przypominasz pod tym względem twórców francuskiej Nowej Fali. Czy odczuwasz szczególną więź z tym nurtem światowego kina?

Mark Cousins: Bardzo lubię Nową Falę. Za jej najważniejsze osiągnięcie uważam przekonanie widzów, że kino nie patrzy na nasze życie z zewnątrz, lecz samo jest jego istotną częścią. Nowofalowcy zwrócili uwagę, że młodość, miłość i to wszystko, co najbardziej fascynuje nas na co dzień, doskonale sprawdza się także na ekranie. Właśnie zacieranie granicy między rzeczywistością, a filmową fikcją najbardziej pociąga mnie w propagowanej przez Godarda czy Truffauta postawie życiowej, którą określili mianem kinofilii.

Czy ty sam również uważasz się za kinofila?

Jak najbardziej. Moja fascynacja filmami pozostaje bardzo czysta, wolna od cynizmu, dystansu i akademickiego zadęcia. Zgadzam się z Sergem Daneyem, byłym redaktorem naczelnym „Cahiers du Cinema”, który powiedział kiedyś: „W kinie czuję się tak naturalnie jak ryba w wodzie”. Nie jestem w tym zresztą odosobniony. Popatrzmy na tak różnych twórców jak: Bernardo Bertolucci, Nagisa Oshima czy Martin Scorsese. Każdy z nich czuł się zainspirowany Nową Falą, a wywiadach opisywał kino językiem, którego zazwyczaj używa się do mówienia o miłości bądź religii.

Sądzisz, że kino rzeczywiście ma w sobie coś mistycznego?

Zawsze myślałem o nim jako o duchu, który objawia się w procesie tworzenia i ze zwykłych zabiegów technicznych w rodzaju „cięcia” bądź „zbliżenia” czyni elementy potężnego rytuału.

Czy twoja ostentacyjnie deklarowana pasja nie czyni cię przypadkiem jednostką oderwaną od rzeczywistości?

Często śmiejemy się wespół z moją koleżanką Tildą Swinton, że jesteśmy kosmitami w rodzaju Ziggy’ego Stardusta, którzy zaplątali się na Ziemię przez przypadek. Kino to w tym przypadku statek kosmiczny przenoszący nas na macierzystą planetę.

Czy dziś uprawianie kinofilii wydaje ci się trudniejsze niż przed laty, w czasach Godarda i Truffauta?

Wręcz przeciwnie. Bardzo duże ułatwienie przynosi nam internet. Dzięki niemu bardzo szybko możemy znaleźć ludzi o podobnych zainteresowaniach, niezależnie od tego czy dotyczą kina, seksu czy Formuły 1. Gdy byłem mały, nie miałem takiego komfortu. Pamiętam, że w wieku 11 lat obejrzałem po raz pierwszy „Dotyk zła” Orsona Wellesa i uznałem, że mam do czynienia z arcydziełem. Przez długi czas nie znalazłem jednak nikogo, kto widział ten film i mógłby ze mną o nim porozmawiać. Czułem się jak dzieciak, który jest skazany na masturbację zanim znajdzie sobie dziewczynę. Dopiero na studiach spotkałem wielu ludzi również uwielbiających „Dotyk zła”. Odetchnąłem z ulgą, bo już myślałem, że coś ze mną nie tak! 

Jak w ogóle zaczęła się twoja filmowa pasja?

Jako dziecko miałem problemy z czytaniem, ale za to rozwinąłem w sobie świetną pamięć obrazową, umiałem też całkiem nieźle rysować. Poza tym byłem bardzo dobry z matematyki. Tylko kino pozwoliło mi połączyć miłość wobec sztuki z fascynacją przedmiotami ścisłymi i technologią.

Pamiętasz pierwszy film, który obejrzałeś?

To było disnejowskie „Herbie Rides Again”, miałem wtedy około siedmiu lat. Dużo później uświadomiłem sobie, że odczułem wówczas coś takiego jak bohaterka „Zielonego promienia” Erica Rohmera, która w finale filmu dostrzega tytułowe zjawisko i doznaje dzięki niemu iluminacji.

Czy zdarzyło ci się obejrzeć jakiś film w szczególnie nietypowych okolicznościach?

Będąc młodym chłopakiem, spędzałem trochę czasu u mojej ciotki, gorliwej katoliczki. Pewnego razu uprosiłem ją, żebym mógł obejrzeć „Egzorcystę”. Ciotka zgodziła się, ale tylko pod warunkiem, że zanim zobaczę ten straszny film, ona zanurzy odtwarzacz VHS w święconej wodzie. Czy po takim doświadczeniu mógłbym nie zostać kinofilem?

Po raz kolejny wracamy do podobieństwa pomiędzy kinem i religią. Podkreślało je wielu filmoznawców, w tym Andre Bazin, który porównywał festiwal filmowy do katolickiej mszy.

Również widzę tu pewną analogię.  Kino – tak jak religia – promuje określone wartości, wskazuje życiową drogę w świecie, który może wydawać się coraz bardziej jałowy. Zastanawiam się tylko dlaczego przed seansami w multipleksach musimy oglądać dziś te idiotyczne reklamy. Czy ktoś widział reklamy w kościele?
(…)

Chyba najbardziej niezwykłym tytułem w twoim dorobku pozostaje – zrealizowany w wyniszczonym  wojną Iraku – "The First Movie". Czy chciałeś udowodnić w nim, że kino może zmienić świat?

Z całą pewnością. Nie tylko zresztą w tak dramatycznych okolicznościach jak w Iraku. Wystarczyło popatrzeć na filmy prezentowane we Wrocławiu na tegorocznym festiwalu Nowe Horyzonty.  Mówiło się w nich dużo o seksie, przełamywało tabu i występowało naprzeciw konserwatyzmowi, z którym kojarzone jest polskie społeczeństwo. W krajach Europy Zachodniej takich jak Wielka Brytania wpływ filmów na otoczenie nie jest może tak oczywisty, ale wciąż pozostaje widoczny. Za sprawą kina walczymy przecież z naszym narcyzmem, rasizmem i homofobią. Udowadniamy, że film może zmieniać świat, choć proces ten może przebiegać zupełnie inaczej w różnych okolicznościach.

Więcej w piątkowym wydaniu Dziennika 

poniedziałek, 30 września 2013

Emancypacja przez orgazm - recenzja "Jeune et jolie" Francoisa Ozona






Jeune et jolie to jeden z najlepszych filmów w bogatym dorobku Francoisa Ozona. Francuski reżyser bywał już równie zmysłowy i tak samo zabawny, ale jeszcze nigdy nie połączył tych zalet w obrębie jednej fabuły. W swoim filmie twórca 8 kobiet (2002) z mieszaniną ironii i wyrozumiałości spogląda na problem seksualnego przebudzenia młodej dziewczyny. Mimo swej nieskrywanej frywolności, Jeune et jolie okazuje się jednak filmem zaskakująco dojrzałym. Ozon, do tej pory pozujący raczej na nieco egzaltowanego stylistę, nakręcił wreszcie film poruszający i dający do myślenia. Charakterystyczny dla twórcy Basenu (2003) zmysł obyczajowej prowokacji zyskał tym razem wymiar konstruktywny. Ozon nie tylko wykpiwa już burżuazyjną hipokryzję, ale proponuje dla niej przewrotną alternatywę. 

Niezależnie od wszystkich tych innowacji, francuski twórca kontynuuje rozważania rozpoczęte już na początku kariery. Jeune et jolie można by potraktować wręcz jako rewers pamiętnego Sitcomu (1998). W tamtym filmie szacowna paryska rodzina ulegała rozkładowi, a surrealistyczny pretekst dla tego procesu przyniosło pojawienie się w domu małego, białego szczura. Bohaterowie Jeune et jolie nie potrzebują już nawet żadnego impulsu z zewnątrz. Degrengolada tradycyjnych wartości odbywa się pod wpływem domowniczki, wychowywanej na wzorową francuską dziewczynę Isabelle. Piękna nastolatka wcześnie odkrywa dla siebie rozkosze seksualności. Bardzo szybko zdaje sobie również sprawę z emancypacyjnego potencjału własnych orgazmów. Okrywająca otoczenie hańbą rozwiązłość staje się dla Isabelle formą protestu przeciw pozbawionej fantazji, skostniałej egzystencji rodziców. Działania dziewczyny udowadniają zresztą, że pozornie uporządkowane życie matki i ojczyma pozostaje ufundowane na niezwykle kruchych fundamentach. W znakomitej scenie rozmowy w salonie mężczyzna musi przecież wykonać nadludzki wysiłek, by nie ulec czarowi bezczelnie kokieteryjnej pasierbicy.

Łatwość z jaką piękna Isabelle manipuluje swoim otoczeniem staje się przedmiotem pysznej reżyserskiej kpiny. W Jeune et jolie Ozon potwierdza reputację artysty sprawnie żonglującego fabularnymi kliszami i doprowadzającego kulturowe stereotypy do rangi samoświadomego absurdu. Nie przez przypadek Isabelle zaczyna dawać upust swej wybujałej chuci jako luksusowa prostytutka, a najwierniejszego klienta znajduje w podstarzałym satyrze. Poddany presji zaimponowania młodej kochance mężczyzna ostatecznie ponosi klęskę. Z właściwym sobie dowcipem Ozon przekonuje, że nazywanie orgazmu „małą śmiercią” miewa znaczenie nie tylko metaforyczne.

(...)


Znajdującemu się na antypodach Szumowskiej Ozonowi znacznie bliżej do Luisa Bunuela czy Piera Paolo Pasoliniego. W nowym filmie francuskiego reżysera warto dostrzec jednak również wpływ znacznie mniej oczywistego patrona. Mowa o byłym profesorze Ozona, wspominanym przez niego z wielką estymą Ericu Rohmerze. Ozon odwołuje się do swojego mistrza już na płaszczyźnie narracyjnej konstrukcji filmu. Decyzja, by podzielić fabułę na cztery części i rozegrać ją na przełomie jednego roku wydaje się subtelnym hołdem dla cyklu Opowieści czterech pór roku (1990-1998). Znacznie ważniejsze wydaje się jednak istniejące między dwoma twórcami pokrewieństwo wrażliwości. Ozon dzieli z Rohmerem fascynację młodością jako okresem kształtowania się charakteru i budowania tożsamości. Tak jak twórca Zielonego promienia (1986) daje bohaterce prawo do popełniania błędów, z zainteresowaniem przygląda się jej intensywnym dylematom i skomplikowanym wyborom.

(...)


Więcej w najnowszym wydaniu Ekranów