Więcej na łamach Dziennika
niedziela, 10 marca 2013
Harlequin społecznie zaangażowany - recenzja "Rust & Bone" Jacquesa Audiarda
Więcej na łamach Dziennika
sobota, 2 marca 2013
Portugalska tajemnica - recenzja "Tabu" Miguela Gomesa
Film Miguela Gomesa odbiera się jak zdradzony nam w
zaufaniu sekret. Portugalski reżyser celowo nie rozstrzyga tkwiących w fabule
sprzeczności i dopuszcza współistnienie różnych interpretacji.
Charakterystyczne dla opowiadanej historii niedopowiedzenia każą śledzić ją z
rosnącym zainteresowaniem. O sile „Tabu” świadczy chociażby wyrażany przez
reżysera szacunek do słowa. Film Gomesa korzysta z narracji właściwej dawnym
legendom i afektowanym listom miłosnym, których tonacja wydaje się wprost
stworzona dla melodyjnego języka portugalskiego. W kreowaniu melancholijnej
atmosfery „Tabu” równie duże znaczenie mają czarno-białe zdjęcia wyglądające
jak zbiór fotografii ze staroświeckiego albumu. Niezwykłość portugalskiego
filmu podkreśla również umiejętnie dobrana muzyka. Na ścieżce dźwiękowej „Tabu”
bezpretensjonalne popowe szlagiery sąsiadują z posępnymi balladami i
hipnotycznym motywem przewodnim skomponowanym przez pianistkę Joanę Sa.
Reżyserskie zamiłowanie do łączenia przeciwieństw
towarzyszy filmowi na każdym kroku. „Tabu” zawiera w sobie mrok i humor,
nostalgię i namiętność, szacunek do tradycji i ironiczną grę schematami
klasycznego melodramatu. Podobna mieszanka doprowadziła do dezorientacji
jurorów zeszłorocznego festiwalu w Berlinie, którzy ostatecznie przyznali
jednak filmowi nagrodę imienia Alfreda Bauera za innowacyjność. Pochwały pod
adresem filmu Gomesa spłynęły również ze strony opiniotwórczych magazynów w
rodzaju „Cahiers du Cinema” i „Sight & Sound”, które w swoich plebiscytach
uznały „Tabu” zasłużenie za jeden z najlepszych filmów 2012 roku.
Wizja Gomesa uwodzi już za sprawą sekwencji
otwierającej. Portugalski reżyser snuje w prologu opowieść o kolonizatorze,
który przemierza niedostępne rejony Afryki. Pozuje na nieustraszonego śmiałka,
by w jednej chwili zamienić się w nieporadnego, chaplinowskiego z ducha
włóczęgę. Choć działania bohatera napędza pozornie pragnienie przeżycia
przygody, w rzeczywistości większe znaczenie ma dla niego chęć ucieczki przed
niespełnioną miłością.
(...) Więcej w marcowym KINIE
Etykiety:
Berlinale,
Joana Sa,
kino portugalskie,
Miguel Gomes,
Tabu
piątek, 1 marca 2013
W dzieciństwie uwielbiałem oglądać "Egzorcystę" - rozmowa z Cristianem Mungiu
Z okazji premiery "Za wzgórzami" Cristian Mungiu opowiada mi o życiu w postkomunistycznej Rumunii, stosunku do kościoła katolickiego a także namiętności wobec "Egzorcysty" Williama Friedkina. Cały wywiad ukazał się na portalu Krytyki Politycznej (http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/film/20130301/mungiu-dobre-intencje-za-malo)
Piotr Czerkawski: Za wzgórzami i 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni to oczywiście zupełnie różne filmy. Wydaje mi się jednak, że łączy je jedno bardzo ważne podobieństwo. W obu przypadkach pokazuje pan bohaterów, którzy pozostają zniewoleni przez obowiązującą w ich świecie ideologię.
Cristian Mungiu: Niektórzy bohaterowie obu tych filmów poddają się opresji, innym udaje się zachować wewnętrzną wolność. Otila z 4 miesięcy... – w swoich myślach i czynach stara się być niezależna. Alina w Za wzgórzami również rzuca wyzwanie ustalonym regułom, nie chce spocząć na laurach i ma w sobie siłę, by wystąpić przeciwko społecznemu konformizmowi. Prawdą jest jednak, że oba filmy starają się śledzić opresyjny wpływ reżimowych instytucji na postępowanie jednostek. Komunizm z pewnością nie zachęcał ludzi do tego, by myśleli samodzielnie. Nie wszystko da się jednak wytłumaczyć po prostu wpływem autorytarnego reżimu czy opresyjnością państwowych instytucji. Aktualna sytuacja w Rumunii stanowi wypadkową procesów historycznych, które trwają w nim przez ostatnie 50, 100 czy nawet 500 lat. Jednocześnie jednak jesteśmy za to wszystko współodpowiedzialni. W codziennych zachowaniach utrwalamy patologie tkwiące w jądrze systemu. Dlatego właśnie Za wzgórzami pozostaje dla mnie przede wszystkim opowieścią o niekompetencji, miernocie i zaniku wartości moralnych, które mają wpływ na całe społeczeństwo, a nie tylko funkcjonujące w nim instytucje.
Demokratyzacja kraju w żaden sposób nie wpłynęła zatem na mentalność obywateli?
Wydaje mi się, że – niezależnie od ustroju – w każdych warunkach ludzie wolą podążać za stereotypami i kliszami aniżeli myśleć swobodnie i podważać narzucane im wzorce. Tak jest po prostu łatwiej: bycie niezależnym wymaga większej determinacji, a jednocześnie nie przynosi żadnych wymiernych korzyści. Brutalna prawda jest taka, że społeczeństwo w żaden sposób nie traktuje cię lepiej, jeśli zachowujesz się bardziej etycznie.
Powiedział pan w jednym z wywiadów, że Za wzgórzami jest filmem o dobrych intencjach, które prowokują jednak podjęcie złych decyzji. Jak dochodzi do tego paradoksu?
Dobre intencje bez wiedzy, edukacji i wolnej woli to za mało. Proszę wyobrazić sobie sytuację, w której próbuje pan pomóc osobie rannej w wypadku samochodowym, ale nie wie nic o medycynie. Bardzo łatwo może pan kogoś zabić – pomimo tego że działa pan z najszlachetniejszych pobudek. Dlatego właśnie tak ważne jest, żeby myśleć samodzielnie i zdroworozsądkowo także w codziennym życiu. Wtedy łatwiej zachować spokój w sytuacji kryzysowej, nie ulec stereotypom i irracjonalnym lękom, które mogą doprowadzić do błędów, jakie stały się udziałem bohaterów Za wzgórzami.
Motyw napięcia między pragnieniami pojedynczego człowieka a zasadami rządzącymi życiem społeczeństwa przewija się w całej pańskiej twórczości. W ostatnim czasie zaistniał on także chociażby w polsko-rumuńskiej Drodze na drugą stronę. Czy myśli pan, że poruszana w tych filmach tematyka stanowi jeden z ważnych tematów dla nowego kina rumuńskiego?
Droga... to bardzo smutny film o obojętności, niekompetencji, zaniku empatii i braku odpowiedzialności. Opowiadana w niej historia mogłaby wydarzyć się wszędzie na świecie. Ludzie nieustannie próbują przecież przeciwstawiać się systemowi, niezależnie od jego natury. Dla filmu nie jest zresztą istotne, czy odniosą w swoich wysiłkach sukces. Zadanie artysty polega na tym, by dowartościować sam akt podjęcia przez nich walki.
(...)
Tematyka klasztornego życia od lat inspiruje zarówno twórców wysokiej klasy kina artystycznego, jak i filmów klasy B. Czy w Za wzgórzami starał się pan w jakikolwiek sposób odnieść do którejś z tych tradycji?
Jestem oczywiście świadom istnienia takiego kina, ale nie myślałem o nim w trakcie swojej pracy. Na pewno nie wynika to jednak z mojej pogardy względem filmów klasy B. Pod pewnymi względami wydają mi się one nawet znacznie bardziej szczere i poważne niż tak zwane „kino artystyczne”. To jednak wyłącznie uwagi na marginesie, bo w swojej twórczości nie staram się nigdy świadomie nawiązywać do innych twórców. Być może zabrzmi to zaskakująco, ale jedynym filmem, o którym w jakikolwiek sposób myślałem w trakcie realizacji Za wzgórzami był Egzorcysta. Widziałem ten film po raz pierwszy w wieku 15 lat i wywarł na mnie wyjątkowo silne wrażenie.
(...) Więcej na portalu Krytyki Politycznej
Etykiety:
3 tygodnie i 2 dni,
4 miesiące,
Cristian Mungiu,
Droga na drugą stronę,
Egzorcysta,
filmy o zakonnicach,
kino rumuńskie,
wywiad Mungiu,
Za wzgórzami
poniedziałek, 25 lutego 2013
Terapia kinem - recenzja "Poradnika pozytywnego myślenia"
„Poradnik pozytywnego myślenia”
faktycznie emanuje zawartym w tytule optymizmem. Sugestywność
filmu staje się w dużej mierze zasługą wirtuozerskiej reżyserii
Davida O. Russella. Twórca „Fightera” zaczyna swoją opowieść
jak farsową wersję „Drogi do szczęścia”, by potem nadać jej
wdzięk dawnej screwball comedy i zakończyć inteligentnym pastiszem
filmów w stylu „Dirty Dancing”. W „Poradniku...” świeżość
ożywiająca klasyczne schematy sąsiaduje ze znakomitym wyczuciem
współczesności. Wizja, w której ekranowy świat stanowi siedlisko uzależnionych od psychotropów wykolejeńców bądź ofiar
kryzysu finansowego wydaje się idealnie oddawać ducha naszych
czasów. Zagubieni bohaterowie wzbudzają jednak sympatię a
mainstreamowy w gruncie rzeczy film idealnie sprawdza się jako
pochwała życiowej nieszablonowości. Utrzymany w klimacie łagodniejszych
dzieł Woody'ego Allena „Poradnik...” cieszy dbałością o
szczegóły, które doskonale eksponują zawarty w nim ekscentryzm. W
świecie Russella Ernest Hemingway zostaje skrytykowany za
niechęć do happy endów a piosenka Steviego Wondera zyskuje status
stymulatora niekontrolowanych aktów agresji. Zaproponowana w
„Poradniku...” recepta nawet na najbardziej dotkliwe frustracje wydaje
się jednak genialna w swojej prostocie. Natychmiast po seansie
chciałoby się – wzorem głównego bohatera – narzucić na
siebie worek na śmieci, wybiec na ulicę i poszukać wzrokiem
lokalnej Jennifer Lawrence.
Etykiety:
David O Russell,
Ernest Hemingway,
Fighter,
Jennifer Lawrence,
Oscary 2013,
Poradnik pozytywnego myślenia,
screwball comedy,
Stevie Wonder,
Woody Allen
niedziela, 24 lutego 2013
Moje własne Oscary 2013
W pełni świadomy rozbieżności własnego gustu z sądami Akademii , mimo wszystko przedstawiam pożądaną przez siebie listę oscarowych zwycięzców.
NAJLEPSZY FILM - "Django", reż. Quentin Tarantino
" Tarantino w swoim filmie raz jeszcze przypomina mściciela, który w ramach „Operacji kino” bierze krwawy odwet na okrutnej historii. Tak jak w "Bękartach..." zawierza sile iluzji i na naszych oczach próbuje odczarować prawdę za pomocą samoświadomego spektaklu."
NAJLEPSZY REŻYSER - Michael Haneke, "Miłość"
"Powolna agonia bohaterki ma w sobie wstrząsający autentyzm, który po raz ostatni można było zaobserwować bodaj w bergmanowskich „Szeptach i krzykach”. „Miłość” to kino z równie wysokiej półki, po dawnemu wizjonerskie i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach."
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY - Wes Anderson, Roman Coppola, "Moonrise Kingdom"
"Moonrise Kingdom. Kochankowie z Księżyca" to najlepszy z
dotychczasowych filmów Wesa Andersona.Amerykański reżyser z wdziękiem
potrafi połączyć w nim ekscentryczną komedię, inicjacyjną baśń i
ujmującą opowieść o sile pierwszej miłości."
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY - Chris Terrio, "Operacja Argo"
"„Operacja Argo” stanowi zaklęty w
doskonałych dialogach i błyskotliwych ripostach ironiczny portret
Hollywood lat 70. Przy tym wszystkim wciąż pozostaje opowieścią o
sile kina i drzemiącej w nim mocy przekształcania rzeczywistości.
"
NAJLEPSZY DOKUMENT - "Searching for Sugar Man", reż. Malik Bendjelloul
"Ostateczna wymowa „Sugar Mana” zyskuje jednak w sobie przewrotny
optymizm, a prezentowany w filmie świat niespodziewanie odsłania
drzemiący w sobie porządek. Zgodnie z wizją Bendjelloula autentyczny
talent musi w końcu uzyskać uznanie, nawet jeśli – tak jak Rodriguez –
będzie czekać na nie przez cztery dekady."
NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY - "Miłość", reż. Michael Haneke
NAJLEPSZY AKTOR - Joaquin Phoenix, "Mistrz", reż. Paul Thomas Anderson
NAJLEPSZA AKTORKA - Jessica Chastain, "Wróg numer jeden", reż. Kathryn Bigelow
NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY - Christoph Waltz, "Django", reż. Quentin Tarantino
NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA - Amy Adams, "The Master", reż. Paul Thomas Anderson
sobota, 23 lutego 2013
W oczekiwaniu na Apokalipsę - rozmowa z Carlosem Reygadasem
(...)
Większość krytyków usiłuje
osadzić twoje filmy w kontekście kultury meksykańskiej. Tymczasem
ty od lat uparcie podkreślasz ich uniwersalność.
Moje kino często
drażni aroganckich Europejczyków, którzy patrzą na Amerykę
Łacińską przez pryzmat pielęgnowanych latami stereotypów. Według
nich twórca z Meksyku mógłby pokazać na festiwalu filmowym co
najwyżej komedię z tańcem i śpiewami albo łzawy film społeczny
o biednych wieśniakach, którzy upijają się tequilą. Tymczasem
nagle przyjeżdża do nich facet, który poprzez swoją twórczość
próbuje zadawać uniwersalne pytania filozoficzne. To wydaje się
nie do pomyślenia i powoduje zupełną dezorientację. Swoją drogą,
widziałeś „Poza szatanem” Bruno Dumonta?
Oczywiście. Bardzo cenię ten film.
No właśnie, ale
przecież nie przyszłoby ci do głowy, żeby doszukiwać się w jego
kinie portretu współczesnej Francji, prawda? Andrzej Wajda także
nie kręci przecież swoich filmów po to, żeby pokazywać
zachodniemu widzowi czym jest Polska. No, może ostatnio zaczął iść
w tym kierunku, ale w najlepszych filmach był od tego jak
najbardziej daleki.
(...)
Przez 15 lat mieszkałeś w Europie,
gdzie robiłeś karierę jako dyplomata. Dlaczego ostatecznie
zdecydowałeś się na powrót do ojczyzny?
Chciałem, żeby
moje dzieci wychowywały się właśnie tam. Jestem pewien, że życie
w Meksyku będzie dla nich bogatsze niż w Europie. Nie mówię,
rzecz jasna, o wymiarze finansowym, ale o duchowym, społecznym.
W Europie wciąż nie mogłeś
poczuć się jak u siebie?
Nie miałem
większych problemów z aklimatyzacją: jako mieszkańcy Ameryki
Łacińskiej jesteśmy przecież na wpół Europejczykami. Dzięki
temu było mi znacznie łatwiej przystosować się do waszej
rzeczywistości niż komuś z Hong Kongu czy Ugandy. Podejrzewam, że
gdybym szedł ulicą, mógłbyś wziąć mnie za Polaka i nie
zwróciłbyś na mnie specjalnej uwagi. Przez cały czas jednak
zachowywałem optykę przybysza z zewnątrz i cieszę się, że
mogłem przyjrzeć się z tej perspektywy „zachodniemu” światu.
Poczynione przeze mnie obserwacje były jednak dosyć gorzkie.
Na co przede wszystkim zwróciłeś
swoją uwagę?
Nie sądziłem, że
ludzie w Europie wydadzą mi się aż tak bardzo samotni. Odniosłem
wrażenie, że na własne życzenie odseparowują się zarówno od
natury, jak i od siebie nawzajem. Oczywiście, macie doskonale
rozwiniętą technologię, ale – jak mówiłem wcześniej –
równie dobrze może ona służyć celom wzniosłym i haniebnym. A
przecież Europejczycy zawsze mieli w sobie skłonność do zabijania
ludzi. Gdy ktokolwiek stawiał im opór w procesie kolonizacji czy
podbojów, z miejsca sięgali po broń. Impuls do rozpoczęcia II
wojny światowej również wyszedł przecież z Europy. System
„zachodniego” świata wciąż opiera się na agresji i
destrukcji. Dziś jesteśmy w stanie zniszczyć Ziemię z powodu
walki o ropę albo jakieś inne gówno. Czy ludzie kiedykolwiek
zrozumieją, że to wszystko nie ma sensu?
Jednym z często akcentowanych
problemów współczesnego świata pozostaje niemożność
porozumienia się między ludźmi. Twoi bohaterowie również próbują
sobie z tym poradzić i jednym z najważniejszych środków wzajemnej
komunikacji czynią chociażby seks.
Takie podejście
jest oczywiście sprzeczne z nakazami religii monoteistycznych, które
traktują życie płciowe jako coś świętego, dozwolonego wyłącznie
małżonkom. Tymczasem, moim zdaniem, seks może pełnić podobną
funkcję, co uściśnięcie ręki lub wymiana uśmiechów. Tyle
tylko, że zapewnia znacznie bardziej intensywne przeżycia. Tak czy
inaczej, to świetny sposób na budowanie mostów między sobą.
Dziś coraz częściej jednak zdarza
się nam o tym zapominać?
Komunikacja między
ludźmi, która nie ogranicza się wyłącznie do bodźców
językowych na pewno ma w sobie znacznie większą siłę
oddziaływania. Nawet samo spojrzenie na drugiego człowieka często
znaczy więcej niż wymiana zdań. Wydaje mi się, że doskonale
rozumieli to ludzie z czasów przedchrześcijańskich. Do pewnego
momentu tworzyli oni różnorodne plemiona, kultywowali własną
obyczajowość, ufali swoim instynktom. Gdy jednak zostali
zjednoczeni przez wspólną religię, musieli zapomnieć o własnej
odrębności, stali się jednakowi i podporządkowani ścisłemu
systemowi zakazów i nakazów. Jak widzisz, to wszystko wina
pieprzonego monoteizmu!
Jeśli mistycyzmu nie da się już
dostrzec w zinstytucjonalizowanej religii, to może warto poszukać
go w kinie. Co sprawia, że akurat to medium szczególnie nadaje się
do mówienia o duchowości?
Kino jest
językiem, który zwraca się bezpośrednio zmysłów. Cokolwiek w
trakcie seansu usłyszysz bądź zobaczysz, bierzesz za coś
prawdziwego. Nawet jeśli doskonale wiesz, że masz do czynienia z
kreacją, twoje uszy i oczy tego nie rozumieją. W czasie seansu
przekraczasz granice między światami i przyswajasz do swojego
porządku elementy innej rzeczywistości. Moim zdaniem trudno o
lepszą ilustrację mistycyzmu.
(...) Więcej w lutowym wydaniu miesięcznika FILM
czwartek, 21 lutego 2013
Kino po Osamie - filmowa wojna z terroryzmem
Dzięki „Wrogowi Numer Jeden” Kathryn Bigelow amerykańscy widzowie mogli wygodnie rozsiąść się w fotelach, by na własne oczy obejrzeć egzekucję znienawidzonego Osamy bin Ladena. Myliłby się jednak ten, kto stwierdzi, że obywatele Stanów Zjednoczonych rozpoczną teraz ekstatyczny taniec na symbolicznym grobie saudyjskiego terrorysty. Mimo śmierci bin Ladena operacja ochrzczona niegdyś przez administrację George'a W. Busha jako „wojna z terroryzmem” bynajmniej nie zbliża się do końca. W Iraku i Afganistanie niemal każdego dnia giną ludzie a amerykańskie zaangażowanie militarne w tych rejonach wciąż bywa przedmiotem zażartych polemik. Polityczne kontrowersje rykoszetem trafiają również w kinowy ekran.
(...)
Dokonane przez Bigelow ekranowe uśmiercenie bin Ladena z pewnością nie pozostanie bez wpływu na kształt przyszłych filmów o wojnie z terroryzmem. Być może kolejni twórcy coraz rzadziej będą zainteresowani ukazywaniem działań militarnych i śmielej dopuszczą do głosu inne perspektywy. We współczesnej publicystyce nie brak głosów, że Irak i Afganistan pozostawiły w masowej świadomości mieszkańców USA niemal tak głębokie rany jak przed laty wojna w Wietnamie. Łatwo przewidzieć, że wielu reżyserów będzie używać kamery jako narzędzia propagandy mającej na celu podniesienie morale Amerykanów. W takich filmach naprzeciw bezdusznych biurokratów i cynicznych polityków obowiązkowo musi stawać szlachetna jednostka. Pół biedy, jeśli równie naiwny przekaz uzyska przynajmniej efektowną oprawę wizualną jak miało to miejsce we „W sieci kłamstw” Ridleya Scotta. Gorzej, gdy patriotyczne komunały będą wypełniać treść niemiłosiernie rozwleczonej czytanki rodem z „Ukrytej strategii” Roberta Redforda.
Odtrutkę na nieznośny patos takiego kina z pewnością mógłby stanowić błazeński dowcip. Amerykanie nie kwapią się jednak do opowiadania o wojnie z terroryzmem na wesoło tak jak my pewnie nieprędko doczekamy się komedii o Smoleńsku. Traf chce, że autorami zdecydowanie najzabawniejszego z dotychczasowych filmów o następstwach 11 września pozostają Brytyjczycy. W „Czterech lwach” Christophera Morrisa islamscy terroryści przypominają duże dzieciaki, które traktują swe rzekome posłannictwo jak zadanie w ulubionej grze komputerowej. Wychowani w Londynie muzułmanie wydają się ukształtowani w tym samym stopniu przez Koran i „Playboya”. Do zorganizowania zamachu pcha bohaterów nie tyle religijny fanatyzm, co chęć wyrwania się z marazmu i dokonania czegoś niezwykłego. W „Czterech lwach” bardziej niebezpieczną bronią ideologia okazuje się zwyczajna, ludzka głupota.
(...) więcej w lutowym Exklusivie
Subskrybuj:
Posty (Atom)


