sobota, 15 lipca 2017

Żyć cudzym życiem - kino Yorgosa Lanthimosa





Yorgos Lanthimos bez wątpienia należy do ulubieńców festiwalu w Cannes. Przed kilkoma miesiącami Grek, który ma już na koncie triumf w sekcji Un Certain Regard i Nagrodę Jury Konkursu Głównego, dorzucił do swej kolekcji laury za scenariusz filmu „Killing of a Sacred Deer”. Wiele wskazuje na to, że wzbogacenie tego imponującego dorobku o Złotą Palmę stanowi tylko kwestię czasu. O wyjątkowej pozycji twórcy „Kła” w świecie współczesnego kina świadczy jednak coś więcej niż lista zdobytych nagród. Choć w filmach Lanthimosa dostrzega się czasem podobieństwa do dzieł Pasoliniego, Bunuela czy wczesnego Angelopoulosa, reżyser utrzymuje, że interesuje go tworzenie kina jedynego w swoim rodzaju. Deklaracja ta nie stanowi jedynie czczej przechwałki. Radykalne zarówno pod względem treści, jak i doskonale zespolonej z nią formy filmy Greka rzeczywiście stanowią we współczesnym kinie powiew świeżości.

Wyrazistość stylu Lanthimosa ma swoją cenę, bo czyni jego twórczość niełatwą w odbiorze. Autor „Kła” chętnie posługuje się długimi ujęciami, każe aktorom grać w sposób ostentacyjnie sztuczny, a ponadto nie stroni od makabrycznego humoru i naturalistycznego ukazywania seksu oraz przemocy. Oryginalności filmów greckiego twórcy bynajmniej nie ujmuje fakt, że ich autora zalicza się w poczet twórców tak zwanej „Greckiej Nowej Fali”. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że nurt ów wyczerpał swój potencjał szybciej niż zakładano, a większość łączonych z nim artystów okazała się gwiazdami jednego sezonu. Bodaj najbardziej dobitnie świadczy o tym przypadek Athiny Rachel Tsangari, współpracowniczki i producentki pierwszych dzieł Lanthimosa. Twórczyni, która błysnęła jako reżyserka rewelacyjnym „Attenbergiem”, w następującym po nim „Chevalierze” nie była już w stanie wznieść się ponad poziom miałkiej satyry na społeczeństwo patriarchalne. Całkiem możliwe, że od podzielenia losu koleżanki i szybkiego popadnięcia w kryzys twórczy ocaliła twórcę „Kinetty” wyprowadzka z ojczyzny. Decyzja reżysera, by po zrealizowaniu świetnie przyjętych „Alp”, przenieść się do Londynu początkowo została przyjęta z mieszanymi uczuciami. Obawiano się, że – jak wielokrotnie bywało to wcześniej z twórcami „z importu” - ceną za możliwość pracy w komfortowych warunkach okaże się utrata artystycznej niezależności.


Premiera „The Lobster” rozwiała wszelkie wątpliwości i udowodniła, że w nowych warunkach reżyser pozostał wierny dawnym obsesjom. Najważniejsza z nich wydaje się dotyczyć portretowania postaci niezdolnych do wzięcia odpowiedzialności za własne życie i rezygnujących z wolności na rzecz pozornego poczucia bezpieczeństwa. Wątek ten pojawił się już w najsłabszym z dotychczasowych dzieł Greka - debiutanckiej „Kinettcie”. Wyprany jeszcze z charakterystycznego dla reżysera humoru, powielający niemal wszystkie schematy poetyki slow cinema  film przedstawia historię grupy ludzi zajmujących się inscenizowaniem popełnionych w nadmorskim miasteczku morderstw. Bohaterowie Lanthimosa zachowują się jakby brali zupełnie serio sarkastyczną maksymę Woody'ego Allena: „Jedyne czego żałuję w życiu to tego, że nie jestem kimś innym”. Wyrzeczenie się własnego „ja” nie przynosi im jednak ulgi, lecz prowadzi do uzależnienia się od odgrywanych ról, a w konsekwencji do pogłębienia egzystencjalnego chaosu.

Kwestia płynnej tożsamości jednostek, choć poddana w „Kinettcie” hiperbolizacji, odnosi się do jednego z palących problemów naszych czasów. Chęć portretowania rzeczywistości nieznacznie tylko wykoślawionej, znajdującej się jedynie o pół kroku przed światem, w którym żyjemy na co dzień, po dziś dzień stanowi kluczowy element twórczości greckiego reżysera. Suma tych drobnych wyolbrzymień prowokuje zwykle przerażające rezultaty. Co jednak istotne, piekła Lanthimosa niemal zawsze pozostają wybrukowane dobrymi chęciami. Demoniczny ojciec z „Kła” chce przecież „tylko” uchronić swe dzieci przed zagrożeniami zewnętrznego świata, a bohaterów „Alp” motywuje szlachetna z założenia chęć pomocy ludziom niemogącym poradzić sobie z odejściem bliskich. Nawet w totalitarnym z ducha świecie „Lobstera” okrutne praktyki władz pozostają podyktowane chęcią uchronienia obywateli przed samotnością.

Lanthimos z rezerwą ocenia wysiłki podejmowane przez protagonistów w celu wydostania się z niewoli. Starsza Córka z „Kła” wprawdzie opuszcza pilnie strzeżony dom, ale przez cały czas stosuje się do reguł gry wpojonych jej przez Ojca. Pielęgniarka w „Alpach” zrywa toksyczną więź z pracodawcą tylko po to, by spróbować nawiązać ją z rodziną jednego ze swych klientów. Wreszcie, zbuntowani przeciw przepisom zmuszającym ludzi do życia w parach, rebelianci z „Lobstera” sami kierują się kodeksem równie surowo każącym zakochiwanie się.

Bohaterowie filmów greckiego reżysera nie są zdolni do autentycznego sprzeciwu, gdyż zostali poddani procesowi skrajnej infantylizacji. Najbardziej wyraźnie widać to w „Kle”, w którym dwudziestoparolatkowie znajdują się na poziomie rozwoju właściwym dla kilkuletnich dzieci. Protagoniści „Alp” i „Lobstera” przewyższają ich pod tym względem tylko nieznacznie.  Niedojrzałość emocjonalna wszystkich tych postaci wiąże się przede wszystkim z niezdolnością do podjęcia ryzyka i poniesienia skutków ewentualnej porażki. Również i pod tym względem antyutopie Lanthimosa przypominają ukazane w krzywym zwierciadle odbicie świata, w jakim żyjemy.  Brak gotowości na odseparowanie się od rodziców, umiejętność przepracowania żałoby czy stworzenie dojrzałego związku to dziś problemy charakterystyczne dla coraz większej liczby ludzi. Wbrew upraszczającym interpretacjom, podejmujący te tematy reżyser niekoniecznie musi odwoływać się wyłącznie do realiów pogrążonej w kryzysie Grecji. Lanthimos wydaje się należeć do tej samej międzynarodówki ironicznych katastrofistów, w której skład wchodzi choćby Michel Houellebecq zwracający w „Uległości” uwagę na perwersyjny powab konformizmu. 
Więcej na łamach lipcowego numeru Miesięcznika KINO