piątek, 2 czerwca 2017

Przyzwolenie na infantylność - rozmowa z Cristim Puiu (miesięcznik "Kino")



Piotr Czerkawski: „Sieranevada” to niezwykły film, który trwa trzy godziny i oparty jest głównie na dialogach. Dlaczego właśnie one okazały się dla ciebie takie ważne?

Cristi Puiu: Moje zainteresowanie sztuką zaczęło się od czytania książek. Jako, że dorastałem w komunistycznej Rumunii, miałem ograniczony dostęp do światowej literatury, ale na szczęście pozwalano nam sięgać po autorów rosyjskich, dziewiętnastowiecznych francuskich klasyków i mistrzów latynoamerykańskich, którzy podobali się władzy, bo – oprócz tego, że byli wielkimi pisarzami - często wyrażali lewicowe poglądy. Te trzy rodzaje literatury wpłynęło na mnie na tyle mocno, że, nawet jeśli z czasem zwróciłem się w kierunku kina, do dziś uważam słowo za świętość

Myślisz, że gdyby nie tamte, młodzieńcze lektury, twoje życie mogłoby potoczyć się inaczej?

Bardzo możliwe, dlatego cieszę się, że urodziłem się na tyle wcześnie, by móc jeszcze w pełni się nimi zachwycić. Gdy niedawno podsunąłem Dostojewskiego do czytania moim córkom, eksperyment zakończył się katastrofą.  Usłyszałem, że „w tę książkę nie da się wgryźć, trzeba przebrnąć przez 100 stron, żeby zrozumieć o co chodzi, a dzisiaj przecież nikt tak nie pisze!”

(...)

Często myślisz o takiej ucieczce od codzienności?

Coraz częściej, zwłaszcza gdy oglądam telewizyjne wiadomości. Przypomina mi się wtedy jeden z moich ulubionych filmów – „Drzewo, mer i mediateka” Erica Rohmera, opowieść o burmistrzu małego miasteczka, który próbuje pokonać biurokratyczne absurdy i wybudować dla mieszkańców tytułową mediatekę. To film sprzed 20 lat, a masz wrażenie jakby od jego powstania minęła cała epoka. Kogo dziś, w dobie zamachów terrorystycznych i gróźb globalnego konfliktu, obchodziłyby problemy prowincjonalnego francuskiego miasteczka? To trochę jak w tym słynnym obrazku z uśmiechniętym Clintonem i podpisem „Ten moment, gdy największym problemem świata było to, że ktoś zrobił blow job prezydentowi USA”.

W „Sieranevadzie”  nie zajmujesz się jednak problemami globalnymi, lecz tworzysz sarkastyczny portret pewnej rodziny z Bukaresztu.

Jednym z moich celów było wyśmianie charakteryzującego bohaterów egoizmu. Mam starszą siostrę i młodszego brata i pamiętam, że wszyscy troje niemal zabijaliśmy się o to, by przyciągnąć uwagę rodziców. Moje trzy córki zachowywały się bardzo podobnie. Tyle tylko, że w pewnym momencie powinieneś dorosnąć i zrozumieć, że w ten sposób nie da się żyć. Dzisiejsza kultura daje ci tymczasem przyzwolenie na wieczną infantylność.

W jaki sposób się od niego uwolnić?

Myślę, że to skomplikowany proces, który składa się z kilku etapów. Początek bierze się wtedy, gdy jako nastolatek zakochujesz się i zaczynasz rozumieć, że nie znajdujesz się centrum świata, bo wokół ciebie żyje inna istota, której odmienność nie tylko wzbudza twój szacunek, lecz zaczyna cię wręcz fascynować. Przez resztę czasu ćwiczysz się w tym myśleniu, aż w końcu osiągasz jego apogeum, gdy stajesz się rodzicem. Wtedy każdy dzień staje się lekcją empatii, pretekstem do rezygnacji z części siebie po to, by ofiarować czas komuś, kto potrzebuje twojej uwagi i pomocy.

Co jeszcze zawdzięczasz doświadczeniu ojcostwa?

Dzięki moim córkom nauczyłem się słuchać. Kiedyś myślałem, że to czynność, którą wykonujesz automatycznie i bezwiednie. Zorientowałem się jednak, że wcale tak nie jest. Jeśli słuchasz kogoś szczerze, musisz robić to świadomie, a nie „przy okazji”. W tym pozornie prostym akcie jest sporo pokory, która bardzo mi się podoba. Gdy słuchasz co ktoś inny ma ci do powiedzenia, przestajesz przecież myśleć o sobie i na kilka chwil przyjmujesz perspektywę kogoś innego, ukształtowanego przez jego własne przeżycia, emocje i intuicje. Dlatego właśnie uważam słuchanie za rodzaj sztuki, która z dnia na dzień staje się coraz mniej popularna.

Czy pokazałeś już „Sieranevadę” członkom swojej własnej rodziny?

Tak, widział ją mój brat. Co ciekawe, w ogóle nie zorientował się, że ważna dla filmu scena sprzeczki z ciotką – komunistką została zainspirowana kłótnią, którą odbyłem z moją prawdziwą ciotką 10 lat temu, na pogrzebie ojca. Nasza dyskusja trwała dobre dwie godziny, aż w końcu ciotka obraziła się i wyszła, trzaskając drzwiami.

Jak dziś miewa się ciotka?

Ma 83 lata, jest bardzo biedna, bardzo chora i myślisz pewnie, że w takiej sytuacji wyleczyła się wreszcie z fascynacji komunizmem, ale nic z tych rzeczy. Wciąż fanatycznie broni ustroju, który nie dał jej absolutnie nic. To dla mnie bardzo smutny przykład potwierdzający tezę, że człowiek zwykle nie potrafi zmienić poglądów, gdyż jest zbyt dumny, by przyznać, że przez lata tak bardzo się mylił. Tymczasem rozumiem, że wyznanie „No dobra, spieprzyłem swoje dotychczasowe życie” może być trudne, ale jednocześnie widzę w tym coś wyzwalającego. Nigdy w końcu nie jest za późno, by narodzić się na nowo.

Cały wywiad w czerwcowym numerze miesięcznika KINO


czwartek, 1 czerwca 2017

Wspólnota egoistów. Kino Cristiego Puiu





Podczas zeszłorocznego festiwalu w Cannes o Złotą Palmę rywalizowały ze sobą najnowsze filmy Cristiana Mungiu i Cristiego Puiu. Choć oba tytuły przynależą do kręgu rumuńskiej nowej fali, reprezentują jej skrajnie odmienne oblicza. Podczas gdy „Egzamin” okazał się solidny, lecz nieco przewidywalny, „Sieranevada" odsłoniła w sobie pierwiastek szaleństwa i artystycznego ryzyka. Odwaga Puiu nie znalazła wprawdzie uznania w oczach canneńskiego jury, ale ugruntowała pozycję rumuńskiego autora jako jednego z najoryginalniejszych filmowców naszych czasów.

Twórca „Aurory” wykazuje imponującą odporność na wpływy mód i wymogów rynku. Puiu sprawia wrażenie jakby za wszelką cenę chciał, aby jego kino pozostało dostępne wyłącznie dla wąskiego kręgu wtajemniczonych. Element odstraszający niewyrobionego widza stanowi już sam metraż filmów Rumuna, które rzadko kiedy trwają mniej niż dwie i pół godziny. Do tego dochodzi jeszcze nieefektowna, hiperrealistyczna forma i tematyka sytuująca się znacznie bliżej szarej codzienności niż atrakcyjnego eskapizmu.

Pod pewnymi względami twórczość rumuńskiego autora można potraktować jako filmowy ekwiwalent prozy Davida Fostera Wallace'a. Obaj artyści wydają się jednakowo rozmiłowani w poetyce nadmiaru. Zarówno filmy Rumuna, jak i powieści Amerykanina przytłaczają rozmachem, pozostają nierówne, pełne fragmentów nużących, a nierzadko zwyczajnie zbędnych. Wszystkie te manieryzmy przestają  mieć znaczenie, gdy Wallace i Puiu uruchamiają zmysł obserwacji pozwalający im zamienić się w błyskotliwych kronikarzy swoich czasów. Podczas gdy pierwszy z nich zasłynął jako krytyk zepsutego przez nadmiar ironii społeczeństwa amerykańskiego, drugi piętnuje współczesną Rumunię jako ojczyznę cyników, karierowiczów i egoistów. Jednocześnie jednak zarówno autor „Niepamięci”, jak i reżyser „Sieranevady” nie patrzą na portretowane zbiorowości z góry, lecz otwarcie przyznają się do pokrewieństwa ze swymi bohaterami.


Za moment narodzin rumuńskiej nowej fali uznaje się premierę zrealizowanej przez Puiu „Śmierci pana Lazarescu” (2005), ale zwiastuny przyszłego przełomu można dostrzec już w debiucie reżysera - „Towarze i kasie”. Nakręcony w 2001 roku film ma więcej wspólnego z konwencjonalnym kryminałem niż z kinem autorskim, ale zawiera w sobie pewne elementy świadczące o wyjątkowości jego twórcy. W„Towarze i kasie” dochodzi do głosu choćby charakterystyczna dla Puiu skłonność do konfrontowania wzniosłości i trywialności. Na taki trop naprowadza detal w postaci imienia głównego bohatera, który podejmuje się wykonania drobnej przysługi dla lokalnego gangstera. Fakt, że chłopak nazywa się Ovidiu i pochodzi z Konstancy, a więc miejsca wieloletniego pobytu Owidiusza, pozwala powiązać jego losy z twórczością rzymskiego poety. W następującej w toku fabuły, mimowolnej przemianie bohatera łatwo dostrzec świadomie zwulgaryzowaną, skąpaną w postkomunistycznej szarzyźnie wariację na temat głównego motywu słynnych „Metamorfoz”. Podobna strategia stała się jeszcze bardziej klarowna we wspomnianej „Śmierci...”, której bohater – umierający alkoholik – nosi wszystko mówiące imię i nazwisko Dante Lazarescu. Nawiązania do „Boskiej komedii” i biblijnej historii Łazarza jeszcze bardziej wzmocniły w tym przypadku sarkastyczną wymowę opowieści. Zgodnie z nią podróż pomiędzy rumuńskimi szpitalami z jednej strony przypomina wędrówkę przez piekło, a z drugiej pozostaje naznaczona pewnością, że chorego może uratować od śmierci wyłącznie cud.

Kształt rzeczywistości z filmów Puiu okazuje się parodią wzorców obecnych nie tylko w literackim kanonie, lecz także w na wskroś współczesnej mitologii zachodniej codzienności. Wyruszający w podróż z Konstancy do Bukaresztu nastolatkowie z „Towaru i kasy” bardzo chcieliby poczuć się jak żądni przygód bohaterowie amerykańskiego filmu drogi. Reżyser ani przez moment nie pozwala im jednak zapomnieć, że mamy do czynienia z road movie made in Romania, w którym rozklekotane samochody toczą się powoli po dziurawych drogach. Nieprzystawalność realiów ojczyzny Puiu do wzorców zachodnich doskonale widać także w krótkometrażowych „Papierosach i kawie”, nagrodzonych Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie w 2004 roku. Fabularny punkt wyjścia jest tu analogiczny jak w zatytułowanej niemal identycznie serii filmów Jima Jarmuscha – dwaj mężczyźni spotykają się w kawiarni. O ile  bohaterowie Amerykanina prowadzili między sobą niezobowiązujące, lekko absurdalne pogawędki, postacie z dzieła Puiu rozmawiają o najważniejszych życiowych sprawach, takich jak pomoc w zdobyciu pracy. Tytułowe papierosy i kawa nie są dla nich zresztą zwyczajnymi artykułami spożywczymi, lecz rarytasami stanowiącymi przedmiot łapówki dla wspólnego znajomego.

(...) Cały tekst do przeczytania w czerwcowym numerze miesięcznika KINO


sobota, 18 lutego 2017

7 ulubionych filmow Berlinale 2017




1. On the Beach At Night Alone (Hong Sangsoo)

Tytuł tego filmu doskonale pasowałby do obrazu Hoppera, tak samo zresztą jak i ekranowy nastrój: nie depresyjny, ale pelen lagodnego smutku, napiecia, oczekiwania na emocjonalny przelom. Hong Sangsoo w zwyczajowo świetnej formie.

2. The Other Side of Hope (Aki Kaurismaki)

 Kaurismaki powraca do Finlandii, by w mistrzowski sposob polaczyc slapstickowy humor z czuloscia wobec bohaterow, a polityczny przekaz wpisac w stylistykę wspolczesnej basni.

3. Serce milosci (Lukasz Ronduda)

Najlepszy polski film na Berlinale, czyli jednoczesnie gorzki rewers "Patersona" oraz kongenialny hold dla tworczosci Wojciecha Bakowskiego i Zuzanny Bartoszek

4. Call My By Your Name (Luca Guadagnino)Luca Guadagnino potwierdza, że należy do czołowych stylistów europejskiego kina, a na dodatek pozostaje bodaj jedynym wspolczesnym reżyserem, u którego zmysłowo wypadają nawet intelektualiści. Właśnie taki film mógłby nakręcić Luchino Visconti do spółki z Erikiem Rohmerem!

5. A Fantastic Woman (Sebastian Lelio)

Sebastian Lelio nie przeskakuje samego siebie z czasów "Glorii", ale znów tworzy frapujacy portret kobiecej bohaterki, ktora dzielnie stawia czola codziennosci

6.  Politics, instructions manual (Fernando León de Aranoa)

Trudno wyobrazić sobie film, który bardziej pasowałby do programu Berlinale niż dwugodzinny dokument o partii Podemos. De Aranoa w krzepiący sposób przekonuje, że polityczny pragmatyzm wcale nie musi stać na drodze wizjonerstwu. Z polskiej perspektywy rzeczywistość ukazana w "Politics..." wzbudza zazdrość, ale wyposaża też w sporą dawkę nadziei.

7. Pokot (Agnieszka Holland)

Film zupelnie jak jego bohaterka: ekscentryczny, momentami irytujacy, ale ogolnie dajacy sie lubic. Mimo swojej programowej nonszalancji, stanowi tez wlasciwie kontynuacje kina moralnego niepokoju i przynosi najbardziej trafna diagnoze wspolczesnej, polskiej rzeczywistosci obok "Powidokow" Wajdy.

sobota, 28 stycznia 2017

Ratuje mnie stoicyzm - rozmowa z Johnem Hurtem



(...)

Piotr Czerkawski: Snowpiercer” przedstawia bardzo gorzką wizję świata przyszłości. Czy podziela pan pesymizm reżysera?

Nie sądzę, żeby świat w 2039 roku mógł wyglądać tak jak w filmie, ale sztuka ma prawo wyolbrzymiać pewne problemy. Tylko wtedy może prowokować dyskusję na ważne tematy. Żyjemy w takich czasach, że jeśli nie wstrząśniesz widzami, nigdy nie zainteresują się tym, co masz do powiedzenia.

Czy myśli pan, że kino wciąż ma w sobie moc, by zmieniać zastaną rzeczywistość?

Aż takim optymistą na pewno nie jestem. Wciąż uważam jednak, że oglądanie filmów potrafi poszerzyć nasze horyzonty i umożliwić spojrzenie na niektóre sprawy z nieznanego dotychczas punktu widzenia. W tym samym czasie może, oczywiście, zapewniać widzom świetną rozrywkę i zapewniam, że nie ma w tym żadnej sprzeczności.

Oprócz ról w wielu filmach ma pan na swoim koncie także występ w „Doktorze Who” uznawanym za najdłuższy serial science – fiction w historii telewizji. Jak wspomina pan to doświadczenie?

Zanim zagrałem w „Doktorze Who” odnosiłem wrażenie, że zdaję sobie sprawę z popularności tego serialu. Szybko jednak zorientowałem się, że jej nie doceniłem. To wspaniałe uczucie być częścią przedsięwzięcia, które jest ważne dla tak wielu osób, czasem buduje wręcz pomosty między pokoleniami. „Doktor Who” kojarzy mi się ze świetną zabawą, ale także z ciężką pracą. W serialu roi się od quasi – naukowych odniesień, więc do grania w kolejnych odcinkach trzeba było przygotowywać się jak do klasówki.

Innego rodzaju kult towarzyszy serii o „Harrym Potterze”, z którą również był pan związany. Czy jest pan w stanie zrozumieć jej fenomen?

Podoba mi się, że to właściwie bardzo „realistyczne” fantasy. Niezależnie od aury niesamowitości mamy tam przecież do czynienia z uniwersalną historią o dojrzewaniu. Na takiej samej zasadzie działały na odbiorców najbardziej klasyczne baśnie.

Czy styl gry prezentowany przez pana dziś różni się od aktorstwa, które uprawiał pan na początku kariery?

Nie, bo nigdy nie starałem się grać w określony sposób. To nie sztuka wyuczyć się konkretnej techniki i mechanicznie stosować ją w kolejnych rolach. Dlatego właśnie nie jestem zwolennikiem metody aktorskiej Lee Strasberga. Uważam, że jest szkodliwa, bo ogranicza twoją wyobraźnię i w praktyce sprowadza się do prostego naśladownictwa.

Czy po ponad pół wieku grania w filmach wciąż czerpie pan z niego tę samą przyjemność?

Oczywiście, pewnie dlatego, że nigdy nie traktowałem aktorstwa jako misji, lecz uważałem się po prostu za dostarczyciela rozrywki. Takie podejście bynajmniej nie oznacza jednak, że oceniam swoją działalność jako pozbawioną znaczenia. Dobrze wiem jak bardzo ludzie potrzebują wytchnienia od codzienności. Mimo że lubię swoją pracę, nie będę jednak pana okłamywał, że wszystko układa się w niej idealnie. Czasem dzięki aktorstwu bywam szczęśliwy, innym razem popadam przez nie w depresję.

W jaki sposób radzi pan sobie z takimi kryzysami?

Nie zawsze mi się to udaje. Ogólnie rzecz biorąc, ratuje mnie jednak pewien stoicyzm. Gdy wychodzisz na dwór w czasie deszczu, korzystasz z parasolki. Jeśli nie masz jej przy sobie, musisz zmoknąć, ale niedługo później wyschniesz i wszystko wróci do normy.

Czy to prawda, że niewiele zabrakło, a zamiast aktorem zostałby pan malarzem?

Tak, moi rodzice na pewno byliby z tego bardzo zadowoleni. Na moją pasję aktorską patrzyli raczej z niechęcią, bo uważali, że to zawód bez przyszłości. Jako malarz mogłem natomiast zostać przynajmniej nauczycielem. Nie posłuchałem ich, ale do dziś traktuję malarstwo jako hobby.


A może myśli pan czasami o przejściu na aktorską emeryturę?

O nie. W aktorstwie decydujesz się na ten krok w dwóch przypadkach: albo jesteś ciężko chory, albo nikt nie chce już z tobą pracować. Na całe szczęście nie spełniam jeszcze żadnego z tych warunków.

A zatem może ma pan listę reżyserów, z którymi chciałby pan pracować w przyszłości?


Och, proszę mi wierzyć, że byłoby ich całe mnóstwo. Gdybym jednak musiał wymienić tylko jedno nazwisko, zdecydowałbym się chyba na Michaela Hanekego.

Rozmowa ukazała się w kwietniu 2014 roku w "Dzienniku. Gazecie Prawnej" przy okazji polskiej premiery filmu "Snowpiercer"