środa, 11 grudnia 2013

Wielkie bla, bla, bla - recenzja "Ani słowa więcej"






W jednym ze swych najsłynniejszych bon motów Groucho Marx stwierdzał: „spędziłem doskonale uroczy wieczór… Ale nie ten!”. Amerykański komik odniósłby pewnie podobne wrażenia, gdyby pojawił się na imprezie przedstawionej w „Ani słowa więcej”. Ogrodowe party wypełnia tylko kilka minut filmu, ale i tak wydaje się kluczową ilustracją jego nieudolności. Zaproszeni goście bez przerwy snują się po posesji i częstują otoczenie miksem czerstwych dowcipów, fałszywych uśmiechów i chybionych komplementów. W dalszych partiach filmu zmienia się zawstydzająco niewiele. Bohaterowie wciąż żyją życiem zadowolonych z siebie mieszczan i porozumiewają się dialogami, które na co dzień możemy usłyszeć w maglu lub w kolejce do kosmetyczki. Odpowiedzialna za „Ani słowa…” Nicole Holofcener mogłaby bronić się argumentem, że opowieść o miłości ludzi po pięćdziesiątce burzy fundamenty komedii romantycznej. Cóż z tego jednak, jeśli na tych zgliszczach amerykańska twórczyni potrafi zbudować jedynie willę z basenem? Filmowi Holofcener nie pomagają nawet PR-owskie zagrywki sprzedające amerykańską komedię jako stypę po przedwcześnie zmarłym Jamesie Gandolfinim. Jak powiedziałby czołowy ironista współczesnego kina, Jep Gambardella z „Wielkiego piękna” Sorrentino, treść „Ani słowa…” to nic więcej niż „wielkie bla, bla, bla”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz