wtorek, 11 sierpnia 2015

Błogosławieni ci, którzy siedzą - kino Roya Anderssona



Filmy Roya Anderssona są dla kinofilów tym, czym igrzyska olimpijskie dla wielbicieli sportu. Konieczność długiego oczekiwania na kolejne premiery tylko zwiększa ich rangę i znaczenie. Choć teoretycznie wiemy czego się spodziewać, dzieła Szweda zawsze zaskakują i dają nam więcej niż moglibyśmy żądać. Podobna formuła – składająca się z długich ujęć, luźno powiązanych epizodów i dziwacznych skeczy – zamiast nużyć przewidywalnością, za każdym razem wypełnia się nową, przenikliwą treścią. Nic dziwnego, że Andersson wzbudza szacunek swych kolegów po fachu.

 Z uznaniem wypowiada się o nim nawet pyszałkowaty Lars von Trier, który przed festiwalem w Cannes w 2000 roku przyznał, że obawia się konkurencji tylko ze strony szwedzkiego autora. Choć twórca „Tańcząc w ciemnościach” ostatecznie wówczas triumfował, czas Anderssona nadszedł już kilkanaście lat później. Zrealizowany przez niego „Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu” okazał się niekwestionowanym zwycięzcą ostatniego festiwalu w Wenecji. Triumf umocnił pozycję Szweda jako jednego z najoryginalniejszych autorów kina i bezpośredniego spadkobiercy Chaplina, Felliniego i De Siki. Przy okazji udowodnił także, że Andersson, jak mało kto, rozumie paradoksy, patologie i bolączki współczesnego świata.


Szwedzkiego mistrza często określa się mianem surrealisty. Można się na to zgodzić, ale tylko pod warunkiem, że potraktujemy jego inwestycję w absurd i abstrakcję jako strategię buntu przeciw bardzo konkretnym aspektom rzeczywistości. Pod tym względem Andersson przypomina zresztą Luisa Bunuela. O ile jednak hiszpański mistrz godził ostrzem krytyki w kler i arystokrację, jego szwedzki następca idzie z duchem czasu i przedmiotem ironicznych ataków czyni kogoś zupełnie innego. Filmy Anderssona to pamflety na „strasznych mieszczan”, rozleniwionych dobrobytem przedstawicieli zachodnioeuropejskiej klasy średniej i gorliwych klientów sieci IKEA.
Podobne podejście wydaje się ściśle związane z młodzieńczymi przeżyciami reżysera. Choć dziś rzadko się o tym wspomina, w czasach studenckich przyszły twórca „Giliapa” chętnie uczestniczył w antykapitalistycznych, hipisowskich demonstracjach. Aby je dokumentować bez pozwolenia korzystał zresztą z uczelnianej kamery, co o mało nie skończyło się wydaleniem ze szkoły filmowej. Ślady tamtego radykalizmu widać zresztą w pierwszych zawodowych próbach reżysera. W 1968 roku Andersson wraz z kilkunastoma innymi twórcami, między innymi Bo Widerbergiem, zrealizował kontrowersyjną „Białą grę”. Dokument relacjonował młodzieżowe protesty przeciwko meczowi tenisowemu, który Szwecja miała rozegrać z – prowadzącą wówczas rasistowską politykę – Rodezją.

Doświadczenia te sprawiają, że Andersson wydaje się dziedzicem rewolucji roku 1968 w niemniejszym stopniu niż na przykład Jean – Luc Godard czy Bernardo Bertolucci. Z ducha kontestacji wyraźnie wyrasta samodzielny debiut reżysera – „Historia miłosna” (1970). Film pozostaje przesiąknięty tym samym nastrojem swobody obyczajowej, co kontrowersyjna „Jestem ciekawa w kolorze żółtym” Vilgota Sjömana. Bohaterowie Anderssona, najwyżej piętnastolatkowie, palą papierosa za papierosem, przeżywają pierwsze przygody erotyczne i na każdym kroku dają świadectwo przedwcześnie osiągniętej dojrzałości. Leniwie zmysłową atmosferę filmu podkreśla dodatkowo fakt, że akcja została umiejscowiona w samym środku upalnego lata. Opowiastka o uczuciowych dylematach młodych ludzi, dobra może dla twórcy w typie Erica Rohmera, to jednak za mało dla Anderssona. Bardzo szybko wychodzi na jaw, że – niejako wbrew tytułowi – główny wątek „Historii miłosnej” dotyczy konfliktu pokoleń między rodzicami a dziećmi. Pozornie uporządkowane życie tych pierwszych zostaje naznaczone przez obłudę, rodzinne awantury i z trudem skrywane kompleksy. Bardzo wymowna okazuje się w tym kontekście finałowa scena rozgrywająca się w trakcie plenerowej imprezy. Pijany ojciec głównej bohaterki w pewnym momencie odłącza się od grupy, gubi drogę w lesie i bełkocze, że „zmarnował 45 lat życia”.


Oglądana dziś „Historia miłosna” razi uproszczeniami i sprawdza się głównie jako zapis ducha epoki, pstrokata pocztówka z czasów kontrkultury. Nie zmienia to jednak faktu, że w Szwecji cieszy się statusem kultowym. Do fascynacji filmem zgodnie przyznają się utytułowani reżyserzy średniego pokolenia – Lukas Moodysson i Ruben Östlund. „Fucking Amal” – brawurowy debiut tego pierwszego – wydaje się wręcz uwspółcześnioną wersją filmu Anderssona. „Historia miłosna” bardzo spodobała się także w dniu premiery i otrzymała dwie nagrody na festiwalu Berlinale. Niespodziewany sukces nadmiernie pobudził jednak ambicje młodego reżysera i wkrótce miał stać się jego przekleństwem. Andersson przyrzekł sobie bowiem, że nie będzie odcinał kuponów od debiutu i nakręci film zupełnie inny od poprzedniego. Choć rzeczywiście dotrzymał słowa, nie miał szans na powtórzenie sukcesu. Słusznie zapomniany dziś „Giliap” (1975) to dość wydumana historia kelnera, który podejmuje pracę w osobliwym hotelu. Pełna kafkowskiej grozy atmosfera kłóci się z subtelną i melancholijną w założeniu opowieścią o niemożliwej do spełnienia miłości między bohaterem a koleżanką z pracy. Reżyser próbował tłumaczyć swą klęskę konfliktem z producentami, ale nie zdołał ukryć, że fatalne recenzje okazały się dla niego nokautującym ciosem. Aby podnieść się z desek, potrzebował wieloletniego rozbratu z kinem.

(...) całość w sierpniowym wydaniu miesięcznika KINO


wtorek, 4 sierpnia 2015

W polskim kinie jest jeszcze wiele do zrobienia - rozmowa z Łukaszem Rondudą, współtwórcą głośnego "Performera"





Piotr Czerkawski: „Performera” odbieram przede wszystkim jako opowieść o poszukiwaniu prawdy na temat tytułowego bohatera. Czy tego rodzaju misja ma w ogóle szansę powodzenia?

Łukasz Ronduda: Już od jakiegoś czasu coraz więcej artystów przenosi naszą uwagę z gotowego komunikatu na sam proces jego formułowania. Na tej zasadzie działa sztuka konceptualna. Nigdy nie uda się odnaleźć jej istoty, choć z każdym krokiem można się do tego coraz bardziej przybliżać. Podobna myśl przewija się choćby w twórczości Zbigniewa Warpechowskiego, czyli jednego z najważniejszych bohaterów „Performera”. Przyjrzenie się na ekranie jemu bądź Oskarowi Dawickiemu stanowiło wyzwanie, bo do tej pory kino portretowano głównie malarzy i rzeźbiarzy.

Czym film o performerze różni się jednak właściwie od kinowej biografii malarza?


Performance jest sztuką bardziej efemeryczną, a więc jej fenomen, siłą rzeczy, staje się trudniejszy do uchwycenia na kinowym ekranie. Nie ma tu miejsca na kliszę, zgodnie z którą Picasso doznaje iluminacji, podbiega do sztalug i – przy akompaniamencie podniosłej muzyki – tworzy arcydzieło. Od takich schematów uciec się po prostu nie da i nie dokonał tego nawet mistrz pokroju Mike’a Leigh. W jego „Panu Turnerze” również mamy przecież scenę, w której tytułowy bohater – w romantycznym geście – przywiązuje się do masztu statku i z tej perspektywy maluje szalejącą burzę. Nie zrozum mnie źle, uważam, że to świetny film, ale bardziej niż biografia Turnera interesują mnie dokumenty o Marinie Abramović, której twórczość lepiej wyraża ducha naszych czasów.

(...)

Jednym z najważniejszych tematów „Performera” pozostaje zależność artysty od praw rynku i ekonomii. Na czym polega jej specyfika w kontekście sztuk wizualnych?

Twórcy z tego kręgu panicznie boją się zarzutów o skomercjalizowanie swojej twórczości. Bezinteresowność i pogarda dla wymagań rynku urasta wśród nich do rangi cnoty. Gdyby Zbigniew Libera albo Oskar Dawicki zgodzili się wystąpić w reklamie mercedesa, środowisko momentalnie by ich wyklęło.  W światku filmowym nie ma chyba miejsca na tego rodzaju uprzedzenia. Dzieje się tak pewnie dlatego, że zrobienie filmu wymaga bardzo dużych pieniędzy, więc kwestia ich pochodzenia siłą rzeczy staje się drugorzędna.

Świat kina również ma jednak swoje absurdy. Z którymi z nich musiałeś zmierzyć się podczas pracy nad „Performerem”?

Nie rozumiem niesłabnącej fascynacji koncepcją autorstwa filmowego i fetyszyzowaniem pozycji reżysera. Tymczasem film jest przecież dziełem zbiorowym i powstaje wskutek kolektywnego wysiłku. Doskonale wie to na przykład Małgorzata Szumowska, która przy każdym swoim filmie blisko współpracuje z operatorem Michałem Englertem i montażystą Jackiem Drosio. Sam nie wahałem się, by do realizacji „Performera” zaprosić współreżysera, Macieja Sobieszczańskiego. Przez cały czas pracy nad filmem duży wpływ na jego kształt zachowywał także Oskar Dawicki. Niestety, postawa nasza i Małgorzaty wciąż wydaje się wyjątkiem.

Jakie są inne bolączki polskiego środowiska filmowego?

Przeszkadza mi jego konserwatyzm i mizoginia. Do realizacji filmów wciąż dopuszcza się stanowczo zbyt mało kobiet. Obawiam się też, że wielu reżyserów nie interesuje się niczym innym poza kinem. Trudno spotkać ich w teatrze czy księgarni, nie mówiąc już o galerii sztuki. Gdy przez dwa lata uczęszczałem do szkoły filmowej, nikt nie zainteresował się tym, co robię i nie uznał sztuki współczesnej za potencjalnego źródła inspiracji. Zamknięcie się na inne środowiska rodzi pokusę kumoterstwa.

Jak w takim razie udało wam się doprowadzić do powstania „Performera”?

To zasługa osobistej decyzji dyrektor Agnieszki Odorowicz, która  uznała, że warto zaufać artystom wizualnym. Bardzo się cieszę, bo uważam, że zawarte w nazwie PISF słowo „sztuka” nie znalazło się w niej przez przypadek.

Więcej na łamach Dziennika


poniedziałek, 3 sierpnia 2015

7 Najlepszych filmów Nowych Horyzontów 2015




W ramach melancholijnego żegnania się z Nowymi Horyzontami 2015, przedstawiam  listę 7 najlepszych filmów, które udało mi się zobaczyć na festiwalu:

1. Wada ukryta (Inherent Vice), Paul Thomas Anderson

 Najlepszy joint, jakiego wypalicie w życiu. Paul Thomas Anderson kręci własną wersję "Długiego pożegnania ", w którym fascynacja beztroska ery hipisowskiej łączy się ze świadomością jej rychłego zmierzchu. "Oooosom " jakby to powiedział doszczętnie upalony Joaquin Phoenix.

2. Nasza najmłodsza siostra (Our Little Sister), Hirokazu Koreeda

Hirokazu Koreeda filtruje tematy lojalności i poświęcenia przez pryzmat ulotnych elementów codzienności. W ten sposób pozorne błahostki zyskują niespodziewaną wagę i stają się częścią rządzącego światem porządku. Piękny film, który w swym bezwstydnym, lecz mądrym optymizmie, przypomina bardzo kino mojego ulubionego Rohmera

3. Moja matka (My Mother), Nanni Moretti

Najbardziej intymny, ale i zdyscyplinowany film włoskiego mistrza od lat. Autotematyczny komizm rodem z "Nocy amerykańskiej " Truffauta zgrabnie łączy się tu z dyskretnym tragizmem codzienności.

4. Pan Turner (Mr. Turner), Mike Leigh

 Frapujący, na przemian okrutny i czuły portret brytyjskiego malarza. W ujęciu brytyjskiego twórcy Turner pozostaje zdolny zarówno do aktów bezdusznej arogancji, jak i porywów ujmującej wrażliwości. Gorset kina kostiumowego nikogo tu nie uwiera, a tytułowy bohater - wykuwający swój geniusz z gniewnych prychnięć i ospałych pomruków - bez wątpienia trafia do grona najciekawszych postaci z reżyserskiego uniwersum.

5. Zupełnie Nowy Testament (Brand New Testament), Jaco van Dormael

Jaco van Dormael prezentuje się jako szalony, lecz dobroduszny demiurg, który deportuje Pana Boga do Uzbekistanu i każe Catherine Deneuve sypiac z gorylem. W "Testamencie " cyrkowe sztuczki niespodziewanie zyskują jednak melancholijna głębię, a kolejne skecze zamieniają się wręcz w miniaturowe traktaty filozoficzne. Trochę tak jakby Fellini zabrał Kieślowskiego do cyrku i rozbawił go do rozpuku.

6. Electric Boogaloo, Mark Hartley

Duch Eda Wooda wstępuje w człowieka imieniem Menahem Golan i każe mu nakręcić kilkaset najgorszych filmów świata. Dokument Hartleya działa jak gaz rozweselający i przez niemal dwie godziny prowokuje wybuchy niekontrolowanego, opętańczego śmiechu.

7. B - movie: Namiętność i dźwięk w Berlinie Zachodnim (B-MOVIE: Lust & Sound in West-Berlin), Jörg A. Hoppe, Klaus Maeck, Heiko Lange 

Hipnotyzujący dokument o niemieckim mieście z czasów, gdy nie było tam jeszcze Poli Dwurnik. Reżyser przyjmuje ciekawą perspektywę, w której delikatność i liryzm służą przywołaniu czasów pełnych dzikości

sobota, 25 lipca 2015

Raport z samego dna (3): Świt żywych trupów (felieton dla gazety festiwalowej "Na Horyzoncie")




Mamy środek lata, więc czemu, do cholery, czuję jakbym grał w „Zaduszkach” Konwickiego? Może dlatego, że jest już po północy, a ja snuję się po ulicy Świętego Antoniego. Wiecie, tej z zakładami pogrzebowymi przedzielonymi budą z kebabem. Po ciemku łatwo się zresztą pomylić, zapach nie robi różnicy.


Oprócz mnie spacerują tu może ze trzy osoby. Mało – myślę – ale i tak frekwencja wyższa niż na „Hiszpance”. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się przygarbiony starzec. Wchodzi do kebabiarni i pyta: „Przepraszam, czy macie tu drink Ostatni Dzień Lata? Cholernie mocny, wypiłem go kiedyś w Warszawie i obudziłem się potem na plaży…”. Chwilę później policja na sygnale odwiozła go na izbę wytrzeźwień. Zrobiło mi się przykro i zacząłem myśleć o śmierci. Cztery lata temu – w trakcie festiwalu – zaatakował Breivik, a kilkanaście godzin później umarła Amy Winehouse. Na szczęście następnego dnia odbył się już tylko bankiet nagrody Mętraka. Pamiętam, że dowiedziałem się o Amy, gdy – wraz z kumplem – nielegalnie przegrywaliśmy na dysk najgłośniejsze filmy w festiwalowej wideotece. Westchnęliśmy głęboko, zanuciliśmy „Rehab” i po minucie wróciliśmy do roboty. Wideotekę zamknęli, ale my na szczęście jesteśmy wolni. Nagle z rozmyślań wyrywa mnie mój kumpel, jest wyraźnie podekscytowany. Mówi: „Stary! Przed chwilą, tu na Antoniego, widziałem Philippa Seymoura Hoffmana. Ta sama fryzura, okulary, dobrotliwy uśmiech, zaskakująco dobra forma. Śledzę go chwilę, chcę zadać milion pytań… Niestety, podszedłem bliżej i  okazało się, że to tylko moja dziewczyna z podstawówki”.


piątek, 24 lipca 2015

Raport z samego dna (2): Pterodaktyl w Auschwitz (felieton dla gazety festiwalowej "Na Horyzoncie")





Dopiero drugi dzień, a ja już mam wrażenie, że tegoroczny festiwal sponsoruje producent dopalaczy „Mocarz”. No bo jak tu, bez tego specyfiku, przeżyć seans takiego „Reality” (cytuję za katalogiem festiwalowym): „Reality to imię dziewczynki, której ojciec zabija świnię, w której wnętrznościach znajduje się kaseta wideo”. 

Jeszcze jakoś się trzymacie? No to pokonajcie „Dystans”: „Trzech porozumiewających się telepatyczną ruszczyzną karłów dostaje od więźnia zadanie – wykraść tytułowy przedmiot, czymkolwiek on jest”. Jakby tego było mało, bohater tegorocznej retrospektywy, Philippe Garrel w latach 70., ćpał tak dużo, że musieli leczyć go elektrowstrząsami. Kiedy oglądam takich „Zwyczajnych kochanków”, myślę, że terapia chyba nie do końca się udała. Gość festiwalu, Abel Ferrara, swego czasu przyjmował natomiast tyle dragów, że dostrzegł talent aktorski nawet u Kasi Figury. 

Nie zapominajmy jeszcze o Philippie Morze. Wiadomo, pracował z Dennisem Hopperem i kręcił dla kultowej wytwórni Troma, ale dla mnie pozostanie przede wszystkim autorem zdania: „Po wczorajszym bankiecie byłem w takim stanie, że próbowałem ogolić się pastą do zębów”. Philippe, jak co roku, wrócił do Wrocławia. Tym razem ma być grzecznie – nakręcił w końcu dokument „Trzy dni w Auschwitz”. Nie  ufałbym jednak takim zapowiedziom. Mamy w końcu do czynienia z facetem, który parę lat temu popełnił film „Kobieta- pterodaktyl z Beverly Hills”. A co gdyby połączyć te dwa projekty? „Kobieta – pterodaktyl w Auchwitz” (w roli tytułowej Maja Komorowska) brzmi jak doskonały pomysł na przyszłoroczny film otwarcia. 


czwartek, 23 lipca 2015

Raport z samego dna (1): Wybory 2015 (felieton dla gazety festiwalowej "Na Horyzoncie"



Na program Nowych Horyzontów spoglądam zwykle wzrokiem lubieżnym. No bo jak tu patrzeć inaczej, kiedy wszystkie te filmy wiją się przede mną, kuszą, uśmiechają zalotnie i zapraszają bym to właśnie w ich towarzystwie spędził najbliższe dwie godziny? 

Zaczynam czuć się jak nastolatek, który – zamiast wydać kieszonkowe w EuroDisneylandzie - z wywalonym jęzorem pędzi prosto na plac Pigalle. Napięcie sięga zenitu, więc dla rozluźnienia przypominam sobie anegdotę, którą opowiedziała mi kiedyś kierowniczka jednego z kin. Weekend, w kolejce ona i on, typy raczej kloszardzkie, pięćdziesiątka na karku, tyle samo mililitrów w żołądkach. Między nimi dialog, jaki usłyszelibyście może w polskim filmie, gdyby jego scenarzysta rzucił w kąt podręcznik i wyszedł czasem z domu:
Ona: Może „Pod mocnym aniołem”?
On: Daj spokój. Przecież mamy to na co dzień. Może „Nimfomanka”?
Ona: Phi, to też miałam na co dzień… 20 lat temu”.
Festiwalowe wybory bywają tymczasem jeszcze trudniejsze. „Bestia wychodząca z morza”? Niby tak, ale po co mam oglądać film o mojej byłej żonie? „Mała Apokalipsa”? Przecież mam to na co dzień, zwłaszcza, gdy chodzę do klubu festiwalowego. „Polskie gówno”? No może, choć trzeba uważać, bo usłyszałem od kumpla, że na taki tytuł zasługuje co najmniej kilka filmów z programu. „Na progu śmierci”? Ostatni raz czułem się tak w zeszłym roku, gdy parę razy zabłądziłem na projekcje konkursowe.
Pierwszego dnia, co za ulga, wyboru dokonano za mnie. Na otwarcie „Zupełnie Nowy Testament”, podobno najlepszy sequel od czasu „Obcego 2”.


środa, 22 lipca 2015

Lubię wkurzać paryskich mieszczan - rozmowa z Philippem Garrelem (sierpniowy numer "Zwierciadła")




Piotr Czerkawski: Należy pan dziś do grona najważniejszych twórców francuskiego kina. Na taką pozycję pracuje się latami, a pan jest w branży już od ponad pół wieku, gdyż swój pierwszy film nakręcił w wieku 16 lat. Co sprawiło, że zainteresował się pan kinem tak wcześnie?

Philippe Garrel: Można by pomyśleć, że nie miałem wyjścia, bo pochodziłem z filmowej rodziny, a mój ojciec – Maurice Garrel – był paryskim aktorem. W praktyce wyglądało to trochę inaczej. Od dziecka ciągnęło mnie w stronę sztuki, ale początkowo myślałem raczej o karierze malarza, wykazywałem zresztą w tym kierunku pewne uzdolnienia i w młodości uczęszczałem na zajęcia plastyczne. Wiedziałem jednak, że w Paryżu mieszka aż 45 tysięcy malarzy i nie chciałem stawać się częścią tego tłumu. Zwłaszcza, że na początku lat sześćdziesiątych modne było malarstwo abstrakcyjne, a ja osobiście uważałem je za dość ograniczone. Traf chciał zresztą, że pewnego dnia na lekcji francuskiego odkryłem dla siebie wiersze Artura Rimbauda. Byłem zachwycony, bo nigdy wcześniej nie pomyślałem, że słowa mogą nieść za sobą tak wielką moc. Nie wiedziałem już więc, czy bardziej pociąga mnie kariera malarza czy poety. W końcu odkryłem dla siebie kino i uznałem, że reżyser filmowy może być jednym i drugim jednocześnie.

Jako syn artysty miał pan barwne dzieciństwo i czuł, że należy do uprzywilejowanej warstwy społeczeństwa?

O nie, wręcz przeciwnie. Ojciec dopiero po wielu latach stał się znanym aktorem. Wcześniej tylko od czasu do czasu występował na scenie albo udzielał się w kukiełkowym teatrze. Byliśmy więc bardzo biedni, a mnie dawało to do myślenia. Od samego początku chciałem nie tylko osiągnąć sławę, lecz także zarobić przy okazji pieniądze i zapewnić  godziwe życie przyszłej rodzinie. Kino wydawało się pod tym względem pragmatyczne, bo w większym stopniu niż malarstwo czy poezja przypominało rozwinięty przemysł i uporządkowany system. Poza tym potencjalny reżyser musi dobrze znać się na technice, a to automatycznie eliminowało sporą część konkurencji. Dla mnie natomiast  wymóg ten nie stanowił żadnego problemu, gdyż mój dziadek był inżynierem, który opatentował kilka swoich wynalazków. Od dziecka dorastałem więc w otoczeniu maszyn i silników, a później na planie filmowym odczułem po prostu wrażenie de ja vu.

Czy, ze względu na podobne zainteresowania, mieliście z ojcem dobry kontakt i mógłby uznać go pan za swojego mentora? 

Ojciec był dla mnie bardzo ważną postacią i wystąpił już w pierwszym zrealizowanym przeze mnie filmie. Pracowaliśmy zresztą razem do samego końca. Ostatnią rolę w karierze zagrał jako 88 – letni staruszek w moim „Gorącym lecie” i zmarł na kilka miesięcy przed premierą. Za prawdziwego mentora z dzieciństwa muszę uznać jednak nauczyciela francuskiego, który zapoznał mnie z poezją Rimbauda. Co ciekawe, belfer ten był początkowo święcie przekonany, że powinienem zająć się pisaniem. Kino uważał za jarmarczną i wulgarną rozrywkę, która nie jest godna młodzieńca z ambicjami. Przez pewien czas byłem skłonny przyznawać mu rację, ale potem obejrzałem słynny film Godarda „Do utraty tchu” i doznałem takiego samego olśnienia jak niedawno w przypadku Rimbauda. Postawiłem więc sobie za punkt honoru, by przekonać mojego nauczyciela do zmiany zdania na temat kina. W tym celu postanowiłem, że sam nakręcę film i poproszę go, aby zagrał jedną z ról.


(...)

Mimo wszystko, jest pan skazany na zawieranie kompromisów z oczekiwaniami widzów i producentów. Czy dziś jako żywy klasyk francuskiego kina i bywalec najważniejszych festiwali  tęskni pan za dawną niezależnością?

Nawet w swoich bardziej konwencjonalnych filmach, staram się umieszczać pewne elementy absurdu, poezji i szaleństwa. Myślę, że to uczciwa postawa, bo przecież od czasu do czasu pojawiają się one także w naszym życiu. Nie mogę zaprzeczyć, że stałem się dojrzalszy, ale mam nadzieję, że przynajmniej nie zgnuśniałem do reszty. Kręcę przecież długie, czarno – białe filmy, w których opowiadam o narkotykach, nieszczęśliwej miłości, seksie, samobójstwie i rewolucji  maja 68 roku. Proszę mi wierzyć, że nie są to tematy, o których paryscy mieszczanie lubiliby rozmawiać przy obiedzie. Z ich perspektywy jestem więc zapewne takim samym buntownikiem jak dawniej.

Cały wywiad w sierpniowym numerze miesięcznika Zwierciadło