Woody Allen stwierdził kiedyś: „Gdybym miał do wyboru
papieża i klimatyzację, wybrałbym klimatyzację”. Teraz amerykański mistrz
mógłby powtórzyć to samo odnośnie „Noego”. Film Darrena Aronofsky’ego to
artystyczna katastrofa i requiem dla zmarnowanego talentu reżysera. Słynny
twórca opada na dno z tych samych powodów, które zaprowadziły go tam przy
okazji „Źródła”. „Noe” stopniowo pogrąża się w otchłani pseudometafizycznego
kiczu. Chwilami można odnieść wrażenie, że Aronofsky pracował nad scenariuszem razem
z Antonim Krauze, a w ostatniej scenie Noe i spółka będą witać się z duchami
pomordowanych oficerów w Katyniu. Jedyny prawdziwy cud w filmie następuje
jednak, gdy po wygłoszeniu tony nabzdyczonych sloganów główny bohater zaciska zęby i z
trudem wypowiada zdanie wielokrotnie złożone. Oprócz fatalnego Russella Crowe’a
w roli tytułowej na drugim planie kompromituje się Anthony Hopkins
grający dziadka bohatera. Deklarowana przez starca obsesja na punkcie jagód
niewiele różni się od fascynacji jajkami wyrażanej przez pamiętną bohaterkę
„Różowych flamingów”. Po zrealizowaniu „Noego” Aronofsky powinien rozpocząć
modlitwy o to, by Stwórca okazał się obdarzony kampowym poczuciem humoru. W
przeciwnym razie reżyser może spodziewać się widowiskowego aktu zemsty za swe
wątpliwe dzieło.
poniedziałek, 31 marca 2014
Artystyczne dno - recenzja "Noego" Darrena Aronofsky'ego
Etykiety:
Anthony Hopkins,
Antoni Krauze,
Darren Aronofsky,
filmy biblijne,
Noe,
Noe wybrany przez Boga,
różowe flamingi,
Russell Crowe,
Woody Allen,
Źródło
piątek, 28 lutego 2014
Oscary 2014 - rozsądne typy i pobożne życzenia
PRYWATNY RANKING FILMÓW Z NAJWAŻNIEJSZEJ KATEGORII:
1. Wilk z Wall Street (Scorsese)
2. Tajemnica Filomeny (Frears)
3. Ona (Jonze)
4. Witaj w klubie (Vallee)
5. Nebraska (Payne)
6. Kapitan Phillips (Greengrass)
7. American Hustle (Russell)
8. Zniewolony (McQueen)
9. Grawitacja (Cuaron)
NAJLEPSZY FILM
Wygra: "Zniewolony. 12 Years a Slave" (Steve McQueen)
Powinien wygrać: Skoro już haniebnie pominięto "Inside Llewyn Davis" Coenów, to "Wilk z Wall Street" (Martin Scorsese)
NAJLEPSZY REŻYSER
Wygra: Alfonso Cuaron za "Grawitację"
Powinien wygrać: Martin Scorsese za "Wilka z Wall Street"
NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY
Wygra: Matthew McConaughey za "Witaj w klubie"
Powinien wygrać: Leonardo DiCaprio za "Wilka z Wall Street"
NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA
Wygra: Cate Blanchett za "Blue Jasmine"
Powinna wygrać: Cate Blanchett za "Blue Jasmine"
NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY
Wygra: Jared Leto za "Witaj w klubie"
Powinna wygrać: Jared Leto za "Witaj w klubie"
NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA
Wygra: Jennifer Lawrence za "American Hustle"
Powinna wygrać: Jennifer Lawrence za "American Hustle" (nie chodzi o szczególny podziw dla roli, lecz raczej brak konkurencji)
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY
Wygrają: Eric Singer i David O. Russell za "American Hustle"
Powinien wygrać: Woody Allen za "Blue Jasmine"
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY
Wygrają: Steve Coogan i Jeff Pope za "Tajemnicę Filomeny"
Powinni wygrać: Richard Linklater, Julie Delpy i Ethan Hawke za "Przed północą"
NAJLEPSZY PEŁNOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY
Wygra: Scena zbrodni (Joshua Oppenheimer)
Powinna wygrać: Scena zbrodni (Joshua Oppenheimer)
NAJLEPSZA PIOSENKA
Wygra: U2 za "Ordinary Love" z "Mandela: Long Walk to Freedom"
Powinna wygrać: Karen O za "Moon Song" z "Her"
NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY
Wygra: La grande bellezza (Paolo Sorrentino)
Powinno wygrać: La grande bellezza (Paolo Sorrentino). Każde inne rozstrzygnięcie sprawi, że się obrażę
niedziela, 16 lutego 2014
"Fucking catholics, huh?" - recenzja "Tajemnicy Philomeny" Stephena Frearsa
Tylko pozornie najważniejsza kwestia wypowiadana w „Tajemnicy
Filomeny” brzmi: „Fucking catholics, huh?”. Znacznie bardziej istotne wydają
się słowa wydawczyni Martina Sixsmitha, która w pewnym momencie stwierdza: „Nie
sądziłam, że jesteś aż takim cynikiem!”. Kluczem do odczytania filmu będzie zrozumienie
błędnego charakteru tej diagnozy. Żywiołem bohatera, a także całej "Tajemnicy...",
pozostaje bowiem nie cynizm, lecz ironia, która odsłania moc, by powściągnąć
gniew i rozmiękczyć ckliwość. Sixmith ma swój kręgosłup
moralny, ale nie potrzebuje podtrzymywać go za sprawą patetycznych deklaracji.
Pod tym względem jest jak Chandlerowski Marlowe bez pistoletu. Cięty dowcip
dziennikarza nie odbiera bynajmniej powagi opowieści snutej przez jego
rozmówczynię, Filomenę Lee. Zamiast tego unieszkodliwia tylko czające się w
toku narracji melodramatyczne klisze. Łatwo odgadnąć, że Sixmith to alter ego
reżysera filmu. Ustami dziennikarza Stephen Frears broni swojej decyzji, by
sięgnąć po jeden z najbardziej pogardzanych gatunków filmowych. Bohater "Tajemnicy...", były
współpracownik BBC, porzuca świat wielkiej polityki, by wysłuchać historii
prostej kobiety. Zamiast arogancji demonstruje jednak – zabarwioną humorem – pokorę wobec
emocjonalnej siły, którą dostrzega w narracji Filomeny. Łatwo zaakceptować taką postawę. Streszczenia
wielu arcydzieł kina niespecjalnie różniłyby się przecież od opisów fabuł
telenowel.
środa, 5 lutego 2014
Najbardziej oczekiwane filmy Berlinale
Boyhood (Richard Linklater), Competition
Richard Linklater przez kilkanaście lat przygląda się procesowi dojrzewania głównego bohatera. Oby postawił raczej na subtelność Truffauta niż mistycyzujący bełkot Malicka.
Calvary (John McDonagh), Panorama
Parę lat temu McDonagh obezwładnił berlińską publiczność przezabawnym "Strażnikiem". Teraz pierwszy udany dowcip to obsadzenie Brendana Gleesona w roli księdza. A potem powinno być już tylko lepiej.
Life of Riley (Alain Resnais), Competition
W finale poprzedniego filmu mistrz Alain Resnais przekonał nas dobitnie, że "jeszcze nic nie widzieliśmy". Jestem pewien, że tym razem również będzie umiał nas zaskoczyć.
Is The Man Who Is Tall Happy? (Michel Gondry), Panorama Dokumente
Mistrz Michel Gondry rysuje na ekranie Noama Chomsky'ego. Idę o zakład, że ze spotkania tych dwóch indywidualności wyniknie coś jeszcze oprócz uroczego tytułu i kunsztownej formy.
Nymphomaniac vol.1, long version (Lars von Trier), Out of Competition
Lars von Trier ofiarowuje nam dodatkowe pół godziny rozkoszy. Czego chcieć więcej?
Obietnica (Anna Kazejak), Generation
Obsesyjnie wyczekuję udanego polskiego filmu o młodzieży i odtrutki na kakofoniczne "Bejbi blues".
The God Help the Girl (Stuart Murdoch), Generation
Stuart Murdoch z Belle & Sebastian najpierw założył świetny zespół God Help the Girl, a teraz nakręcił inspirowany własną muzyką film o szkockiej młodzieży. Jeśli Murdoch okaże się tak dobrym reżyserem jak muzykiem, będzie murowany hit!
The Grand Budapest Hotel (Wes Anderson), Competition
Każda okazja, by zameldować się w świecie wyobraźni Wesa Andersona jest na wagę złota
The Kidnapping of Michel Houellebecq (Guillame Nicloux), Forum
Narcystyczna fantazja doskonałego pisarza i równie wytrawnego prowokatora. Z oficjalnego opisu wynika, że, oprócz Houellebecqa, ważną rolę odegra w filmie polska kiełbasa.
Untitled
New York Review of Books Documentary (Martin Scorsese, David Tedeschi),
Berlinale Special
Etykiety:
Alain Resnais,
Berlinale 2014,
Lars von Trier,
Michel Gondry,
najbardziej oczekiwane filmy Berlinale,
Nimfomanka,
Richard Linklater,
Stuart Murdoch
niedziela, 2 lutego 2014
"Duś mnie zdechłym kotem!" - recenzja "Her" Spike'a Jonze'a
Paradoks: Spike’owi Jonze’owi udało się nakręcić bardzo
zmysłowy film o stechnicyzowanej rzeczywistości. Amerykański reżyser potrafi wydobyć nowe sensy z trywialnej, mieszczańskiej fantazji
o uwiedzeniu sekretarki. Do tego sprowadza się bowiem w istocie historia pisarza
zakochującego się w systemie operacyjnym obdarzonym głosem
Scarlett Johansson. Film Jonze'a można porównać do cybernetycznej wersji „Annie Hall” bądź
komedii romantycznej zrealizowanej przez ponuraka pokroju Giorgiosa
Lanthimosa.
Twórca "Być jak John Malkovich" traktuje swój film jako arenę intrygującego pojedynku
pomiędzy wewnętrznym ironistą i marzycielem. Obaj antagoniści znajdują także zaskakującą
płaszczyznę porozumienia, którą okazuje się nieufność wobec słowa. Na samym
początku „Her” Theodore Twombly z czułością recytuje egzaltowany list. Chwilę
później okazuje się, że napisał go w celach zarobkowych dla nieznajomego
mężczyzny. Jeszcze większe zaskoczenie funduje nam scena rozmowy przez sekstelefon. Czar udawanej zmysłowości pryska, gdy kochanka Theodore'a – jakby za podszeptem figlarza w typie Johna Watersa – wywrzaskuje frazę:
„Duś
mnie zdechłym kotem!”.
Doświadczony takimi
przeżyciami Twombly musi zauważyć, że jego związek z systemem operacyjnym
również stanowi łatwą do zdemaskowania iluzję. Mimo wszystko bohater brnie w swą
dziwną relację z mieszaniną desperacji i nadziei. Rezultaty, niezależnie od
absurdalności całej sytuacji, pozostają te same, co zwykle. Po początkowym
zauroczeniu pojawiają się pierwsze niesnaski prowadzące do bolesnego rozstania.
Na osłodę pozostaną Theodore’owi wyrwane
z kontekstu wspomnienia. Widok bohatera napawającego się swym szczęściem w rytm
świetnej „The Moon Song” Karen O pozostanie w naszej pamięci równie długo jak fantazja
o zdechłym kocie. Rywalizujący ze sobą w „Her” ironista i marzyciel w ten
sposób doszli chyba do ostatecznego porozumienia.
piątek, 31 stycznia 2014
Kino oralnego niepokoju - recenzja "Nimfomanki, część II"
„Nimfomanka – część 2” porzuca uwodzicielską
bezpretensjonalność swojej poprzedniczki i zamienia się w
kino oralnego niepokoju. Nowy film Larsa von Triera sprawia znacznie więcej
bólu niż rozkoszy. Mimo wszystko, relacje między głównymi bohaterami pozostają
pozornie bez zmian. Podczas gdy Seligman wciąż traktuje uczone książki jako
krynicę mądrości, Joe używa ich głównie do stymulacji swojej łechtaczki. Rozpoczęty
w pierwszej części salonowy flirt przeciwstawnych postaw tym razem zamienia się
jednak w brutalny konflikt. Von Trier próbuje zatuszować gwałtowną zmianę
tonacji za sprawą – jednocześnie ironicznej i wzniosłej - gry z mistrzami kina.
Duński reżyser przegląda się w krzywym zwierciadle Andreja Tarkowskiego, zgrywa
krnąbrnego ucznia Michaela Hanekego czy wreszcie zawstydza swymi fantazjami
bohaterki „Raju: miłości” Ulricha Seidla. Kłopoty z „Nimfomanką” zaczynają się
wtedy, gdy Trier pozostaje sam na sam z własnymi neurozami. Jakby przestraszony
lekkością poprzedniej części, reżyser próbuje tym razem zneutralizować ją za
sprawą kiczu i dosadności. Obie te strategie okazują się jednakowo chybione. Na
właściwe tory sprowadza „Nimfomankę” dopiero przewrotne zakończenie. Inteligencka
wyrozumiałość Seligmana okazuje się w nim tylko maską skrywającą jego samczą
arogancję. Wywołana tym zachowaniem reakcja Joe w pierwszej chwili szokuje, ale
ostatecznie pozostaje uzasadniona. Udająca opowieść o uzależnieniu „Nimfomanka”
w rzeczywistości staje się przekonującym świadectwem emancypacji.
Misja niespecjalna - recenzja "Jacka Stronga"
Misja Władysława Pasikowskiego zakończyła się niepowodzeniem.
Twórca „Krolla” potrafi stąpać po cienkiej linie między finezją a obciachem,
ale tym razem wykonał fałszywy ruch. „Jack Strong” to film przestarzały i
niezamierzenie śmieszny, zupełnie jak urządzenie, przez które główny bohater kontaktuje się z
Amerykanami.
Łatwo wyobrazić sobie, że pułkownik Kukliński powtarza co rano kultowe zdanie Franza Maurera: „Będę służyć Rzeczpospolitej do samego końca. Mojego lub jej”. Ironiczny uśmiech twardziela zastępuje jednak przy tym zafrasowaną miną bogobojnego patrioty. Portret buntownika, który w splugawionym świecie jako ostatni postępuje „w imię zasad” przekonuje znacznie mniej niż w „Pokłosiu”. Tamten film, choć wyciosany na ekranie siekierą, był przynajmniej uczciwy w swej przesadzie. Porywom trudnego do zniesienia patosu towarzyszyły w nim fajerwerki smoliście czarnego humoru. „Jack Strong” rzadko kiedy potrafi zdobyć się na podobną ekstrawagancję. Trudno przecież opowiadać dowcipy w pozycji klęczącej.
Film Pasikowskiego jest jak fantazja polskich polityków, którzy – w dobie afery z tajnymi więzieniami CIA- tęsknią za czasem, gdy służalczość Amerykanom przynosiła przynajmniej wymierne korzyści. Co więcej, reżyser bez oporów pozwala na skolonizowanie swojej świadomości przez hollywoodzkie kino. To jednak akurat żadna nowość. Podobnej strategii pozostaje przecież wierny co najmniej od czasu „Psów”.
„Jack Strong” odróżnia się za to od kultowego filmu Pasikowskiego pod innym względem. Trudno uwierzyć, że umysł, który przed laty spłodził ikoniczną postać Angeli, tym razem sportretował na ekranie bohaterkę taką jak żona pułkownika Kuklińskiego. Pani Hanna odmawia mężowi seksu, a w chwili irytacji potrafi wymierzyć mu siarczysty policzek. Wszystko wskazuje na to, że demoniczna ideologia gender nie oszczędziła także czołowego macho polskiego kina.
Łatwo wyobrazić sobie, że pułkownik Kukliński powtarza co rano kultowe zdanie Franza Maurera: „Będę służyć Rzeczpospolitej do samego końca. Mojego lub jej”. Ironiczny uśmiech twardziela zastępuje jednak przy tym zafrasowaną miną bogobojnego patrioty. Portret buntownika, który w splugawionym świecie jako ostatni postępuje „w imię zasad” przekonuje znacznie mniej niż w „Pokłosiu”. Tamten film, choć wyciosany na ekranie siekierą, był przynajmniej uczciwy w swej przesadzie. Porywom trudnego do zniesienia patosu towarzyszyły w nim fajerwerki smoliście czarnego humoru. „Jack Strong” rzadko kiedy potrafi zdobyć się na podobną ekstrawagancję. Trudno przecież opowiadać dowcipy w pozycji klęczącej.
Film Pasikowskiego jest jak fantazja polskich polityków, którzy – w dobie afery z tajnymi więzieniami CIA- tęsknią za czasem, gdy służalczość Amerykanom przynosiła przynajmniej wymierne korzyści. Co więcej, reżyser bez oporów pozwala na skolonizowanie swojej świadomości przez hollywoodzkie kino. To jednak akurat żadna nowość. Podobnej strategii pozostaje przecież wierny co najmniej od czasu „Psów”.
„Jack Strong” odróżnia się za to od kultowego filmu Pasikowskiego pod innym względem. Trudno uwierzyć, że umysł, który przed laty spłodził ikoniczną postać Angeli, tym razem sportretował na ekranie bohaterkę taką jak żona pułkownika Kuklińskiego. Pani Hanna odmawia mężowi seksu, a w chwili irytacji potrafi wymierzyć mu siarczysty policzek. Wszystko wskazuje na to, że demoniczna ideologia gender nie oszczędziła także czołowego macho polskiego kina.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
