czwartek, 26 grudnia 2013

Rzut karłem do celu - recenzja "Wilka z Wall Street"






„Wilk z Wall Street” pokazał pazury, a Martin Scorsese nakręcił najbardziej drapieżny film roku. Autor „Wściekłego byka” znokautował oponentów, którzy przedwcześnie wzywali go do zakończenia kariery. Odsyłany na emeryturę reżyser dał znienacka popis twórczej witalności. „Wilk…” to jedna wielka impreza, przy której pozornie barokowa „Infiltracja” stanowi tylko niewinne before party. Choć bohaterowie odchodzą od zmysłów wskutek liczonych w setkach orgazmów i wciąganej tonami kokainy, Scorsese zachowuje trzeźwość spojrzenia. „Wilk…” okpiwa zarówno na wskroś współczesny wizerunek "cywilizacji nadmiaru", jak i mityczne wyobrażenie USA jako krainy wielkich możliwości. W filmie autora „Taksówkarza” królami kapitalizmu okazują się indywidua o IQ mniejszym niż rozmiar penisa. Ciekawe, że dyrektor ekranowego cyrku – znacznie sprytniejszy od wszystkich podwładnych Jordan Belfort – kilkukrotnie porównuje swoją firmę do żaglowca Mayflower, którym w XVII wieku przybyli do Ameryki pierwsi osadnicy. Scorsese nie ma wątpliwości: statek pijany idzie na dno, a orkiestra zagłusza przerażenie załogi energetycznymi szlagierami w rodzaju „Ca Plane Pour Moi” Plastic Bertranda. Reżyser „Kasyna” – choć ma do dyspozycji Leonarda Di Caprio – nie zamierza jednak inscenizować emocjonalnego sequelu „Titanica”. Zamiast łez wybiera zaraźliwy śmiech, który jednocześnie koi i przeraża. W dyktowanej nim estetyce Scorsese realizuje szereg scen wyjętych jakby z najdziwniejszych snów mistrza Felliniego. Jedna z nich zdarza się już na samym początku filmu. Oto nowojorscy maklerzy – by świętować osiągnięty właśnie sukces – rzucają karłami w okrągłą tarczę. Nie ma wątpliwości, że Scorsese w „Wilku z Wall Street” grzmotnął z całej siły i trafił w dziesiątkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz