piątek, 14 listopada 2014

Lubię kreować mody - wywiad z Ferzanem Ozpetkiem, gościem festiwalu Cinergia





Piotr Czerkawski: Debiutowałeś równolegle ze zdobywcą Złotej Palmy za „Zimowy sen”, Nurim Bilge Ceylanem. Czy to prawda, że do dziś jesteście przyjaciółmi?

Ferzan Ozpetek: W 1997 roku spotkaliśmy się na jednym z tureckich festiwali filmowych i od tego czasu rzeczywiście jesteśmy w stałym kontakcie. Często śmiejemy się z tego, że moje filmy są lubiane przez publiczność i otrzymują w miarę dobre recenzje, podczas gdy dzieła Nuriego wzbudzają zachwyt krytyków i obojętność widowni. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak powiedzieć, że ostatnie sukcesy przysporzyły widzów także Ceylanowi. I bardzo dobrze, bo to jeden z tych twórców, którzy doskonale posługują się na ekranie tajemnicą a przez to realizują filmy uniwersalne i zachęcające do głęboko osobistych interpretacji.


Twoje filmy są przesiąknięte zmysłowością. Jej najważniejszym nośnikiem często okazują się sceny przygotowania i spożywania posiłków. Czy w życiu prywatnym również uchodzisz za smakosza?

Śniadania jedzone w „Hamam” czy obfite biesiady z filmu „On, ona i on”  rzeczywiście są wzorowane na posiłkach, które przygotowuję dla swoich przyjaciół. Pamiętam, że zawsze irytowała mnie sztuczność z jaką bohaterowie filmów udawali swój apetyt. Aby temu zapobiec, pozwalałem aktorom na planie jeść dopiero po włączeniu kamery. Zacząłem jednak od tego odchodzić, gdy spostrzegłem, że inni twórcy bezwstydnie żerują na mojej wyobraźni.

Co konkretnie masz na myśli?

Pamiętasz zrealizowane przeze mnie „Okna”? W jednej ze scen bohater filmu, który jest z zawodu cukiernikiem pieczołowicie przygotowuje pyszny tort czekoladowy. Wyobraź sobie, że w niedługim czasie powstały we Włoszech trzy filmy, które kopiowały tę scenę w skali 1:1! Wkurzyłem się i gdy realizowałem „Saturno Contro. Pod dobrą gwiazdą” umieściłem w kadrze suto zastawione stoły i zabroniłem aktorom czegokolwiek tknąć. Naturalnie nic to nie dało, bo po premierze i tak pisano, że nakręciłem kolejny film o jedzeniu.

Tak chętnie kopiowanie twojej twórczości możesz odbierać jednak w kategoriach komplementu. Czy masz poczucie, że udało ci się odcisnąć piętno na włoskim kinie?

Rzeczywiście miło być pionierem, rozpocząć jakąś modę i potem natychmiast się od niej odżegnać. Pamiętam, że rozpocząłem kiedyś jeden z filmów od bardzo intymnej dedykacji, a na końcu drugiego umieściłem piosenkę, której tekst puentował całą fabułę. Obie tendencje wkrótce stały się bardzo popularne, ale ja nigdy nie zastosowałem ich po raz kolejny. Najwięcej satysfakcji dostarczył mi za to wpływ na sposób pokazywania we włoskim kinie miłości homoseksualnej. Pocałunki moich bohaterów nie mają nic wspólnego ze słodkim mizianiem się rodem z komedii romantycznych, lecz są czułe i intensywne, jak w życiu. Mam wrażenie, że dzięki sukcesowi moich filmów niektórzy młodsi reżyserzy mogli nabrać obyczajowej odwagi.

Choć od 40 lat mieszkasz i pracujesz we Włoszech, wciąż jeszcze towarzyszy ci etykietka „reżysera – imigranta”. Czy wciąż jeszcze czujesz się w tym kraju obco?

Przeczytałem ostatnio w gazecie, że pracownik tureckiej ambasady w Rzymie użył w rozmowie z włoskim politykiem sformułowania „Nasz rodak Ferzan Ozpetek…”. Tamten przerwał mu w pół słowa i krzyknął: „O nie! Ozpetek jest przecież Włochem”. Sam już nie wiem jak określać swoją narodowość, ale nie spędza mi to snu z powiek. Wystarczy mi pewność, że jestem jedynym reżyserem z tak dziwnym nazwiskiem, któremu udało się zrobić karierę we Italii.

Więcej w dzisiejszym Dzienniku 

 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz