wtorek, 9 kwietnia 2013

Wyznania Ulricha Seidla - recenzja "Raju: wiary"



Łatwo wyobrazić sobie, że po seansie „Raju: wiary” Tomasz Terlikowski zaklął siarczyście, arcybiskup Głódź z wrażenia upuścił kieliszek z winem, a nowowybrany papież  obłożył Ulricha Seidla  ekskomuniką. W swoim nowym filmie austriacki reżyser konfrontuje przecież widzów z masturbacją krzyżem, pluciem na wizerunek Jezusa i znieważeniem portretu Benedykta XVI. Mimo wszystko, „Raj: wiara” wciąż nie zdołała wywołać na świecie spodziewanego ogromu protestów.
W Polsce wyjątek potwierdzający regułę stanowią wyłącznie buńczuczne deklaracje pryszczatych minstrantów z organizacji Krucjata Młodych (tych samych, którzy przed paroma miesiącami bezskutecznie próbowali zablokować warszawski koncert jawnogrzesznicy Madonny). Cisza przed burzą? Być może. Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby stawać w obronie przedstawionego przez Seidla modelu religijności. Główna bohaterka filmu, wiedeńska radiolog o imieniu Anna Maria, traktuje fanatyczną wiarę jak lek na dręczące ją frustracje. Niezależnie od powtarzanych przez siebie frazesów o miłosierdziu, bohaterka uwielbia znęcać się także nad swym sparaliżowanym mężem. Muzułmański imigrant nie pozostaje zresztą dłużny- przy każdej okazji obrzuca swą małżonkę wyzwiskami i drwi z wyznawanej przez nią religii. Relacja niedobranej pary przypomina jednocześnie zabawę w „pana i sługę”, konflikt kulturowy i wojnę domową rozgrywaną na przestrzeni kilkudziesięciu metrów kwadratowych.

Z dwojga małżonków Seidla zdecydowanie bardziej interesuje Anna Maria. Kobieta wzbudza nieuchronne skojarzenia z bohaterami jednego z poprzednich filmów reżysera - „Jezu, ty wiesz”.
W tamtym dokumencie kilkoro wiedeńskich katolików spowiadało się przed kamerą ze swego stosunku do wiary. Z kolejnych wypowiedzi na ekranie stopniowo wyłaniał się portret outsiderów, którzy w religii szukają odskoczni od niepowodzeń w innych dziedzinach życia. Bardzo często najgłębsze źródło ich kompleksów stanowiła sfera seksualna. Podobny trop odgrywa pierwszoplanową rolę także w „Wierze”. Choć Anna Maria nie może liczyć na erotyczne umiejętności kalekiego męża, bardzo szybko znajduje niecodziennego kochanka w osobie Jezusa Chrystusa. Nieprzypadkowo bohaterka przed zaśnięciem obcałowuje jego podobiznę, a swoje modlitwy stylizuje na egzaltowane listy miłosne. Jednocześnie jednak Anna Maria zdaje sobie sprawę z grzeszności własnych myśli i wymierza za nie srogą karę w postaci samobiczowania. Widoczne w filmie napięcie między pruderią, a perwersją zyskuje swoje apogeum, gdy  bohaterka staje się przypadkowym świadkiem plenerowej orgii.  Kakofoniczna symfonia na obwisłe piersi i pomarszczone penisy nie wzbudza w Annie Marii instynktownej odrazy. Uczucia towarzyszące kobiecie należałoby opisać raczej jako mieszankę fascynacji i zawiści spowodowanej niemożnością dołączenia do starczych bachanaliów.

(...)

Więcej w kwietniowym HIRO


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz