poniedziałek, 1 lipca 2013

Nie lubię Szwejka - rozmowa z Davidem Ondříčkiem




 Piotr Czerkawski: Akcja „W cieniu” rozgrywa się w komunistycznej Czechosłowacji. Chwilami pański film ogląda się jednak jak hollywoodzki czarny kryminał. Czy to świadoma inspiracja?

David Ondříček: Film noir zawsze poruszał mnie i inspirował, choć nigdy nie podchodziłem do niego ortodoksyjnie. Jestem zdania, że filmy takie jak „Sin City” czy „Siedem” - choć odległe od klasyków gatunku – również świetnie sprawdzają się jako czarne kryminały. W czasie pracy nad „W cieniu” inspirowałem się także „Ojcem chrzestnym”, który  nie jest, rzecz jasna, typowym  noir, ale wciąż mocno trzyma się niektórych jego zasad. Właśnie film Coppoli przekonał mnie, by jak najczęściej używać naturalnego światła i – w miarę możliwości – utrzymywać kamerę na wysokości wzroku bohatera.

„W cieniu” to kolejny z filmów o komunistycznej przeszłości, które masowo powstają w ostatnim czasie w krajach byłego bloku wschodniego. Dlaczego zaczęliśmy interesować się tym okresem naszej historii akurat teraz?

Tuż po zmianie ustroju nikt nie był w nastroju do głębszej refleksji. Wtedy raczej cieszyliśmy się po prostu z odzyskanej niepodległości. Całe moje pokolenie zachłysnęło się dobrodziejstwami, które przyszły do nas z krajów demokratycznych: wolnością słowa, wolnością osobistą, ale też muzyką i narkotykami. Ostatnimi czasy tak bardzo upodobniliśmy się jednak do społeczeństw „Zachodu”, że właściwie niczym się już od nich nie różnimy. W poszukiwaniu tematów, które byłyby dla nas swoiste  musieliśmy w końcu sięgnąć do historii i to do najboleśniejszych jej fragmentów.


Czy na pewno jednak warto rozdrapywać stare rany?


Nie da się uciec od historii. Nie w okresie postmodernizmu, gdy zewsząd słyszymy, że wszystko już było, a każde wydarzenie stanowi po prostu wariację na temat podobnych faktów z przeszłości. To samo dzieje się zresztą w świecie kina, co akurat wydaje mi się strasznie irytujące.



(...)

Nie jest tajemnicą, że apetyt na współczesną czeską komedię rozbudzili u nas wyreżyserowani przez pana „Samotni”.

Do mnie również dotarły takie pogłoski. Co więcej, ośmieliły mnie one nawet, żeby porozmawiać z Petrem Zelenką o ewentualnej kontynuacji filmu. Od  „Samotnych” minęło już w końcu ponad 10 lat i wiele się w tym czasie w moim życiu zmieniło.

Co na przykład?

Gdy kręciłem ten film miałem 30 lat i byłem absolutnie pewien, że nigdy nie będę bardziej samotny niż wówczas. Dzisiaj wiem, że byłem w wielkim błędzie, a z wiekiem świadomość izolacji tylko się pogłębia. Jeśli w wieku 30 lat wydajesz się sobie samotny w środku miasta, wiedz, że dekadę później będziesz czuł się tak samo we wnętrzu własnego domu. Może właśnie o tym warto by zrobić  film?

Brzmi świetnie, proszę kręcić!

Dobrze, w takim razie powiem o tym Zelence!

Czy właśnie  pesymistyczne obserwacje na temat własnego życia skłoniły pana do nakręcenia tak poważnego filmu jak „W cieniu”?

Dojrzałem do momentu, w którym powiedziałem samemu sobie, że nie chcę już robić takich filmów jakie realizowałem wcześniej. Coraz bardziej zacząłem interesować się korzeniami mojej rodziny i uważniej przysłuchiwać się opowieściom mojego ojca, operatora filmowego Miroslava Ondricka, który zawsze był doskonałym gawędziarzem. To właśnie tato opowiedział mi o kulisach reformy monetarnej z 1953 roku jako o temacie, który mógłby mnie zainspirować.

Czy pan Miroslav widział już gotowy film?

Tak, wiem, że był z niego całkiem zadowolony. Niestety, tato jest już poważnie chory i nie umie wyrażać swoich myśli tak precyzyjnie jak dawniej. Ma to jednak swoje dobre strony. Tato regularnie odwiedzał mnie, gdy pracowałem nad moimi filmami i zawsze był szalenie krytyczny. Tymczasem, na planie „W cieniu” wszystko mu się wreszcie podobało.

Zawsze byłem ciekaw jak Miroslav Ondricek odebrał wielki sukces „Samotnych”.

Tak jak można się było spodziewać, w świecie „Samotnych” tato w ogóle nie mógł się odnaleźć. Nie wyobrażam sobie na przykład, żeby kiedykolwiek palił trawę. Mama już prędzej, ale ojciec? Nigdy w życiu!

Czy aby na pewno? Był przecież stałym współpracownikiem Milosa Formana i nakręcił z nim słynne „Hair”.

Cholera, o tym nie pomyślałem! Wydaje mi się jednak, że ojciec zawsze stronił od gwiazdorskiego stylu życia i towarzyszących mu atrakcji. Był na to po prostu zbyt grzeczny.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz