poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ćmy barowe, czyli o knajpach i kinie










Kino i dobra knajpa mają ze sobą wiele wspólnego. Do obu miejsc wraca się przecież regularnie, by zająć ulubione miejsce, ponownie spotkać tych samych ludzi. Nierzadko chodzi również o wagary z własnego życia i wrażenie spowalniającego czasu. Choć zasady rządzące knajpianą rzeczywistością są w wielu filmach podobne, za każdym razem różnią się atrakcyjnymi szczegółami.

Wiele lokali z dumą przyznaje się do filmowego rodowodu. Rozmaite knajpy kuszą kinofilów znajomą nazwą, próbują zachować dobrze znany wystrój i przywołać upragniony nastrój. Ta fascynacja bez wątpienia jest dwukierunkowa. Reżyserzy z lubością osadzają w knajpach akcję swoich filmów. W barach i pubach pozwalają swoim bohaterom zrywać związki, nawiązywać romanse, wdawać się w bójki lub prowadzić pozornie zwyczajne rozmowy o niespodziewanej głębi. Czasem chodzi po prostu o to, by usiąść gdzieś w kącie, zamówić butelkę i – przywołując nieodżałowanego Jana Himilsbacha – wprowadzić organizm w bajkowy nastrój.

Bary i restauracje odgrywają kluczową rolę we wspomnieniach Luisa Bunuela. Książka "Moje ostatnie tchnienie" również dobrze mogłaby zmienić tytuł na "Alfabet zakochanego w knajpach". Twórca "Widma wolności" ze swadą opisuje swoje wizyty w świątyniach jadła i napitku. Między kolejnymi akapitami mimowolnie rysuje obraz knajpy idealnej, będącej dowodem na prawdziwość maksymy: Nikt nigdy się nie nudzi w barze. To nie to, co w kościele, gdzie zostaje się sam na sam z własną duszą.

W filmowej rzeczywistości istnieją miejsca, w których od razu czujemy się jak u siebie. W   zależności od nastroju równą przyjemność sprawia nam przesiadywanie w przytulnych kawiarenkach co w podłych spelunach. Po dionizyjskiej orgii w "Soul Kitchen" Fatiha Akina warto wyciszyć się w ociekającej melancholią knajpie z "Jagodowej miłości" Wonga Kar Waia. Abstynenci doskonale poczują się za to w lokalach prezentowanych w "Kawie i papierosach" – w przybytkach Jima Jarmuscha okryje ich nie tylko gęsta chmura tytoniowego dymu, ale i opary absurdu. Bez wątpienia nie wolno zapominać także o  pijackich anegdotach Charlesa Bukowskiego ujętych w scenariuszu "Ćmy barowej" Barbeta Schroedera. Z realizacją tego filmu wiąże się zresztą fascynująca historyjka przytoczona przez pisarza w książce "Hollywood". W obliczu  kłopotów ze sfinansowaniem filmu Schroeder udał się na kolejne spotkanie z kapryśnym producentem. W trakcie rozmowy reżyser wyjął piłę mechaniczną i całkiem serio zagroził, że w razie fiaska negocjacji odetnie sobie palce. Podobna determinacja w walce o swój  projekt z pewnością zasługuje na to, by uczcić ją całą serią toastów.

(...)

Więcej na łamach Filmwebu

2 komentarze:

  1. Fajny pomysł na tekst, kino i knajpy niewątpliwie żyją w odwiecznej symbiozie. Aczkolwiek nie ukrywam, że zabrakło mi innego filmu z Rourke - DINER!

    /Tomasz Borczyk

    OdpowiedzUsuń
  2. "Diner" jest znakomity! Choć gdybym miał wymienić tam wszystkie dobre filmy "knajpiane", skończyłbym jak w "Straconym weekendzie" :)

    OdpowiedzUsuń