środa, 10 kwietnia 2013

Optymista to ten, kto widzi na cmentarzu same plusy - rozmowa z Janem Hrebejkiem





W wywiadzie dla marcowego kina Jan Hrebejk cytuje Toma Waitsa, chwali Menzla i Formana oraz opowiada o czeskim podejściu do seksu.

Piotr Czerkawski: W „Świętej czwórcy”  bardzo spodobał mi się pomysł, by nie analizować na przykład seksualnych perwersji znudzonych bogaczy, lecz skupić się na życiu erotycznym zwykłych robotników.

Jan Hrebejk: Dziękuję, choć nie zapominam, że ta pochwała należy się przede wszystkim autorowi scenariusza- Michalowi Vieweghowi. Pomysł, by opowiedzieć takiej a nie innej warstwie społecznej wydał mi się jednak bardzo ciekawy i starałem się – w miarę możliwości – jak najbardziej go rozbudować. Choć w tekście nie ma na ten temat żadnych wskazówek, zadbałem, aby kostiumy i dekoracje nie pozostawiały wątpliwości, że mamy do czynienia właśnie z robotnikami z małego miasteczka.

Wspomniał pan o Vieweghu, który należy dziś do najpoczytniejszych czeskich pisarzy. Do tej pory najczęściej korzystał pan jednak ze scenariuszy tworzonych przez Petra Jarchovsky’ego. Na czym polega najważniejsza różnica między tymi dwoma autorami?

Petr jest przede wszystkim scenarzystą a dla Michala pisanie dla filmu jest tylko swego rodzaju produktem ubocznym. Dzięki temu spodziewałem się odnaleźć w jego tekście pewną świeżość i element zaskoczenia. Było mi o to łatwiej także dlatego, że Petra znam już jakieś 30 lat a Michala zaledwie 20.

W Polsce zawsze zazdrościliśmy Czechom braku pruderii i większej otwartości w mówieniu o seksie. Widać to także w waszych filmach. Potrafiłby pan wymienić swoją ulubioną scenę erotyczną w czeskim kinie?

Z ręką na sercu: ta otwartość najczęściej wynika z tego ile kto wypił a nie czy jest Czechem albo Polakiem. Nie mam jednej ulubionej sceny erotycznej, ale zawsze doceniałem delikatny i poetycki humor z jakim seks na ekranie pokazywali Menzel i Forman. W ostatnich latach do tej tradycji udało się nawiązać „Wycieczkowiczom” Jiříego Vejděleka- ekranizacji jednej z powieści  Viewegha.

W „Świętej czwórcy” z ironią pokazuje pan, że dzieci głównych bohaterów wydają się znacznie bardziej konserwatywne niż ich rodzice. Z czego, pańskim zdaniem, wynika taki stan rzeczy?

Tom Waits powiedział kiedyś, że jego najstarszy syn jest starszy od niego. To żart, ale myślę, że jest w nim wiele prawdy. Dzisiejsi 40- i 50- latkowie  przeżywali swój pokoleniowy bunt zupełnie inaczej niż ich dzieci. W Czechach na przykład rozluźnienie obyczajów było nie tylko protestem przeciw rodzicom, ale przede wszystkim ostentacyjnym sposobem na rozdrażnienie pruderyjnego reżimu komunistycznego. Dziś, gdy seks stał się towarem takim samym jak każdy inny, nie przywiązuje się już do niego aż tak wielkiej wagi. Poza tym współczesnym nastolatkom znacznie trudniej niż nam przychodzi nawiązywanie ze sobą nie tylko relacji erotycznych, ale też zwykłych, koleżeńskich kontaktów. Moja przyjaciółka, scenarzystka Olga Dabrowska mawia, że „dzieci to bardzo samotne istoty”. O tym zresztą zamierza napisać swój następny tekst.

Bohaterowie pańskiego nowego filmu odczuwają nieustanne napięcie między rozkoszą a wstydem. Być może właśnie ono jest najważniejszym tematem „Świętej czwórcy”?

Myślę, że to napięcie jest charakterystyczne nie tylko dla mojego filmu, ale dla całego życia seksualnego w ogóle. Sam odbieram „Świętą czwórcę” przede wszystkim jako opowieść o tolerancji i przebaczeniu. Spoglądanie w ten sposób na problematykę kryzysu małżeńskiego jest może naiwne, ale inaczej nie potrafię. To jak w tym dowcipie: „Co widzi optymista na cmentarzu? Same plusy!”. Oczywiście, nie sprawdziłoby się to na cmentarzu żydowskim…

Więcej w marcowym numerze KINA


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz