czwartek, 25 kwietnia 2013

Film z pazurem - "Vic + Flo zobaczyły niedźwiedzia"





Nowy film Denisa Cote spełnia zawartą w tytule obietnicę ekscentryzmu. Vic + Flo zobaczyły niedźwiedzia zaczyna się jak dramat społeczny w stylu braci Dardenne, by po chwili nabrać charakteru lesbijskiego romansu skrzyżowanego z kinem zemsty. Pozornie nieprzystające do siebie porządki mogą zgodnie współbrzmieć tylko dlatego, że Cote nie stara się traktować ich zupełnie serio. Zamierzona niedorzeczność fabuły potwierdza deklarowaną przez reżysera pogardę dla gawędziarskiego snucia opowieści. Film, który pierwotnie został ponoć zatytułowany po prostu Vic + Flo giną na końcu, bardziej niż pretekstową intrygę eksponuje swój hipnotyczny nastrój. Wyrażana przez reżysera nonszalancja bynajmniej nie prowadzi jednak do lekceważenia publiczności. Przeciwnie, „Vic+ Flo...” należałoby raczej traktować jako prezent sprawiony współczesnemu widzowi. W dobie nieustającego recyklingu zużytych konwencji i wyczerpanych schematów kanadyjski reżyser z powodzeniem pokusił się o stworzenie filmu zaskakująco oryginalnego.

Przepełniające reżyserską wizję szaleństwo pozostaje w paradoksalny sposób zdyscyplinowane. W filmie Cote nie ma ani jednej zbędnej sceny, a pozornie nieistotni bohaterowie ostatecznie okazują się kluczowi dla całej historii. Ozdobę Vic + Flo... stanowią także odznaczające się malarską starannością kadru. Jednocześnie jednak – niczym w reżyserowanym również przez Cote Bestiariuszu [2012] - stanowią one dla bohaterów rodzaj więzienia. Podobna ambiwalencja piękna i grozy przejawia się w Vic + Flo... nawet w najdrobniejszych szczegółach. Nie przez przypadek napisom końcowym towarzyszy elektropopowy przebój z refrenem, w którym zmysłowy głos wokalistki powtarza frazę: „it's a pretty day to die”.

Mimo całej swojej oryginalności, Vic + Flo... nie funkcjonuje bynajmniej w kontekstowej próżni. Nowy film Cote stanowi wariację na tematy przewijające się w całej dotychczasowej karierze reżysera i swobodnie mógłby być odczytany w kategoriach błyskotliwego autopastiszu. Przedmiotem zainteresowania kanadyjskiego twórcy jak zwykle pozostają pełni wewnętrznych pęknieć i psychicznych ran outsiderzy. Tytułowe Vic i Flo to dwie lesbijski próbujące uratować rozpadający się związek. Tak jak przed kilku laty w filmie Nos Vies Privees [2007] Cote raz jeszcze opowiada o miłości, która nie chce dać ukojenia i przynieść stabilizacji. Cieniem na stosunkach Vic i Flo kładą się skrywane przez obie kobiety tajemnice. Pod tym względem istotna zdaje się zwłaszcza mroczna przeszłość pierwszej z nich.

(...)

Więcej w nowym numerze Ekranów 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz