wtorek, 18 grudnia 2012

Borat dla nadwrażliwych - recenzja "Miłości z księżyca"




Kazachskie stepy coraz częściej rozpalają wyobraźnię europejskich filmowców. Kilka lat temu bawił w tych okolicach sam Volker Schlöndorff, który przywiózł z egzotycznej podróży souvenir w postaci filmu „Ulzhan”. Ledwo reżyser "Blaszanego bębenka" skończył swój turnus, na jego miejscu pojawił się kolejny twórca. Zrealizowana przez Veita Helmera "Miłość z księżyca" przypomina reportaż z kazachskiej cepelii. Przed obiektywem niemieckiego twórcy odziani w stroje ludowe autochtoni jedzą, modlą się i kochają, a wszystkiemu przygrywa w tle rzewna muzyka Gorana Bregovicia. W filmie Helmera przez półtorej godziny mamy okazję obserwować artystowską sielankę podszytą poczuciem kulturowej wyższości wobec "dzikiego Wschodu".

W poszukiwaniu okolicznych atrakcji Helmer dociera do położonego gdzieś w stepie szerokim kosmodromu Bajkonur. Zgodnie z wizją reżysera nietypowe sąsiedztwo nie pozostaje bez wpływu na okolicznych mieszkańców. Choć Kazachowie na co dzień zajmują się przyziemnymi sprawami, w głębi duszy marzą o wielkich czynach. Ze swoimi aspiracjami nie kryje się zwłaszcza młody Iskander. Ze względu na wyrażaną przez chłopaka fascynację kosmosem niektórzy sąsiedzi nazywają go zresztą "Gagarinem". W pewnym momencie los uśmiecha się do chłopaka w zupełnie inny sposób, niż mógłby się tego spodziewać. Niedaleko domu Iskandera rozbija się kosmiczna kapsuła z francuską astronautką. Po odzyskaniu przytomności panna Julie ochoczo zrzuca ciuchy przed "Gagarinem" i w try miga robi z niego prawdziwego mężczyznę.

(...) Więcej na łamach Dziennika


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz