środa, 12 grudnia 2012

Szaleństwa pana Martina - recenzja "Siedmiu psychopatów" Martina McDonagha



„Siedmiu psychopatów” jest jak Allenowska „Melinda i Melinda” po trzech szklankach whisky. Opowieść o rozterkach wziętego scenarzysty stanowi  zaproszenie do zwiedzania zakamarków umysłu twórcy filmu. Imponująca wyobraźnia Martina McDonagha kreuje świat, w którym blondwłosa dziwka okazuje się znawczynią Noama Chomsky'ego, Tom Waits wciela się w melancholijnego mordercę a Christopher Walken nosi znajome nazwisko Kieślowski. Twórca „Siedmiu psychopatów” prowadzi wyrafinowaną grę z przyzwyczajeniami widza. Tam gdzie spodziewamy się erupcji przemocy film zaskakuje nas ekscentrycznym żartem a pozornie monotonną scenę potrafi ubarwić absurdalną puentą. Niespodzianki objawiają się również w psychologicznym rysunku postaci. Niczym dawniej Truffaut w „Strzelajcie do pianisty”, McDonagh potrafi przedstawić nam postać groźnego gangstera, którego wyposaża jednak w iście dziecięcą słabość. Podobne gesty ostentacyjnie podkreślają umowność przedstawionego świata. Największe zwycięstwo reżysera polega na tym, że jego film przekracza tę zamierzoną sztuczność i prowokuje jak najbardziej autentyczne emocje.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz